Przejdź do głównej części strony

INTERIA360

Nawigacja

Górne menu

Szeptuchy z Podlasia pomogą na wszystko!

Autor: Emeczka (zredagowany przez: Anna Mielczarek)

Słowa kluczowe: podlasie, uroki, czary

Podlasie to ziemia wciąż jeszcze przesycona magią. Tu nadal jeszcze można zobaczyć chałupy kryte strzechą, błękitne lub żółte kopuły cerkiewek, przydrożne drewniane pochylone krzyże.
fot.Michal Zacharzewski/sxc.hu 

fot.Michal Zacharzewski/sxc.hu 

Często obok siebie stoją i te katolickie, i te prawosławne - z dodatkową poprzeczką - jak przykład prawdziwego ekumenizmu.

Prawdziwym magicznym zakątkiem są tereny wokół Białowieży. Tu wciąż ludzie głęboką wiarę w Boga łączą z wiarą w nadprzyrodzone moce. Kultywują cerkiewną liturgię i obrzędy, ale równocześnie pielęgnują zabobony.

Kiedy nadchodzi burza, w oknach pojawiają się świece, biją cerkiewne dzwony. Staropanieństwu zapobiega się wieszając w rogach izby okruchy chleba poświęconego w cerkwi i zawiniętego w szmatkę.
Reumatyzm leczy się laniem wosku, a na wszystkie choroby pomaga woda ze świętego źródła „kryniczki" znajdującego się w samym sercu Puszczy Białowieskiej.

To tutaj, na tych terenach do dziś zachowała się instytucja szeptuchy. Są to stare kobiety zajmujące się „szeptaniem", czyli odczynianiem uroków i leczeniem. Dawniej często się mówiło również o tychże uroków rzucaniu. Ale obecnie chyba już się to nie zdarza albo ludzie o tym nie mówią.

Generalnie „szeptucha" leczy i to leczy bardzo skutecznie. Wiara w ich siłę jest bardzo rozpowszechniona w tym regionie. Jedni nazywają ich umiejętności zabobonami i magią, ale dla wielu nadal są ratunkiem w sprawach beznadziejnych.

Najbardziej znane są szeptuchy z Orli i Rutek.
Twierdzą one, że swoją moc zawdzięczają Bogu, są tylko przekaźnikami uzdrawiającej energii z nieba.
Jeśli ktoś chce być uleczony, musi się na tę energię otworzyć i przede wszystkim uwierzyć.

Szeptucha przed rozpoczęciem właściwego rytuału oczyszcza pacjenta ze złych energii i szuka przyczyny dolegliwości. Niezmiennie okazują się nimi - stres, nerwy, przepracowanie - czyli życie niezgodne z rytmem przyrody.
A jeśli zadziałały czyjeś złe myśli, słowa, uroki, szeptucha też to odkryje.


Sam rytuał „szeptania" przebiega różnie w zależności od choroby, ale też i od umiejętności i mocy danej szeptuchy. Popularne bardzo jest okadzanie dymem ze specjalnych ziół.
Często stosowane jest pocieranie kostek u nóg, aż pacjent poczuje mrowienie i ciepło w nogach. Wtedy zatacza się rękami chorego duże kręgi i w ten sposób strząsa złą energię. Zabiegom tym cały czas towarzyszą szeptane po białorusku modlitwy.
Szeptuchy dają do domu chlebek, który trzeba żuć modląc się przez ileś tam wieczorów.

Niespokojne niemowlęta, które płaczą bez powodu, szeptuchy przekładają przez spódnicę lub kładą główką na progu domu przed drzwiami i robią nad nimi znak krzyża a następnie też spódnicą wymiatają złe moce.

Na problemy z zajściem w ciążę najlepsza jest kolorowa wstążka, którą kobieta dotyka Pisma Świętego podczas czytania Ewangelii i przewiązuje się nią później w pasie. Podobno pomaga!

Wszystko to pewnie śmieszy i dziwi - czy w XXI wieku ktoś w to jeszcze wierzy?

Szeptuchy to osoby głęboko wierzące, nie bogacą się na tym, co robią.
Wciąż mają klientów i zeszyty zapisane podziękowaniami od uzdrowionych.
Przyjeżdżają do nich ludzie z całej Polski.
Jeśli szeptucha wie, że nie pomoże, mówi otwarcie - musisz iść do lekarza, ja ci nie pomogę.
Zawsze podkreślają moc modlitwy i wiary.

Kościół i cerkiew udają, że nie wiedzą o ich istnieniu.

Oficjalnie nie mogą tego tolerować, ale jak wieść gminna niesie, nie raz do drzwi babci z Orli zapukał batiuszka albo ksiądz.

Szeptuchy nie szkodzą, a jeśli komuś pomogły, to chwała im za to.
I niech sobie „szepczą" jak najdłużej, bo są niesamowitym elementem folkloru podlaskiego.

Hen, daleko za bagnami,
tam, gdzie cisza włada głucha,
w puszczy z prastarymi pniami
sędziwa żyje Szeptucha.

Do niej, gdy zła wybije godzina
z dziecięciem na ręku bieży
strachem pobladła rodzina:
Szeptucha urok odczynia.

Kładzie dłoń suchą na główce małej,
dziwną bułeczkę do rączki wkłada,
matce trzy małe ciastka daje
i tak Szeptucha powiada:

Pójdziecie wszyscy o północy,
z pełnią księżyca na dróg rozstaje,
pod wschodnią trzy zakopcie ciastka,
czwartym niech się dziecię naje.

Gdy pójdą - zapala świece Szeptucha,
klęka na swych zdrewniałych kolanach.
Modli się we łzach przed starą ikoną,
modli i płacze bez przerw do rana.

W borze znów cisza nastaje głucha,
matuś nad dzieckiem się upłakała,
zdjęła zeń urok stara Szeptucha,
zdrowie u Boga mu wyjednała. 

Autorką wiersza jest Lucyferia.
Przeczytano razy: 15926
Oceń tekst:
OCENA: 79%
  • Tak, polecam innym
  • Nie warto marnować czasu
 

Ostatnio dodane

Opal - symbol nadziei, szczęścia i prawdyOpal - symbol nadziei, szczęścia i prawdyOpal kamieniem jubilerskim symbolizującym najważniejsze wartości - nadzieję, szczęście i prawdę. Posiada pewne walory estetyczne i właściwości lecznicze. czytaj więcej

Dodatki


Wasze komentarze (57)

Dodaj komentarz

~Klaudi -

Jest niesamowita Sari. Mnie pomogła w problemach zdrowotnych i miłosnych. Kontakt dostałam od znajomej. Bardzo skuteczna. Rytuały pomogły i odzyskałam zdrowie. Mail: sari55@interia.pl Możekomuś innemu też pomoże.

Załączniki:

~Kotlin -

Zgadzam się .Byłam u szeptuchy Lilith Black Moon i nie jestem już samotna a mój synek jest zdrowy . nie doskwiera mu tak bardzo astma .

~30 marca 1689 r. -

Kazimierz Łyszczyński 1634-1689 Autor tekstu: Andrzej Rusław Nowicki Spis treści Przedmowa Rozdział I. Życie Łyszczyńskiego Co wiemy o przodkach Kazimierza Łyszczyńskiego? Co robił Łyszczyński w latach Potopu? Czy bronił kraju przed najeźdźcami? Ile lat przebywał Łyszczyński w zakonie jezuitów? Co wiemy o nauczycielach Łyszczyńskiego? Czy Łyszczyński zajmował się działalnością polityczną? Jakimi sprawami zajmował się Łyszczyński jako podsędek? Za co biskup ekskomunikował Łyszczyńskiego? Kim byt człowiek, który oskarżył Łyszczyńskiego o ateizm? Rozdział II. Poglądy filozoficzne Kazimierza Łyszczyńskiego Jakimi źródłami dotyczącymi poglądów Łyszczyńskiego dysponujemy? Jaki sens miało dla Łyszczyńskiego wyrażenie „nazwa chimeryczna"? Jakie zróżnicowanie społeczeństwa zauważał Łyszczyński? Co sądził Łyszczyński o funkcji społecznej religii i ateizmu? Czy jednym z fundamentów ateizmu Łyszczyńskiego była renesansowa filozofia przyrody? Jaka była struktura filozofii Łyszczyńskiego? Rozdział III. Proces Łyszczyńskiego Jak sprawa Łyszczyńskiego trafiła do Sejmu? Co powiedział oskarżyciel, Szymon Kurowicz Zabistowski, 15.2.1689 r.? Jak przebiegał proces Łyszczyńskiego? Co o procesie podaje Archiwum Radziwiłłowskie? Co pisano o Łyszczyńskim w paryskim tygodniku „Gazette" w 1689 r.? Jak brzmiał wyrok wydany na Łyszczyńskiego? Rozdział IV. Udział biskupów w sądzie nad Łyszczyńskim Rozdział V. Jak wyglądał Łyszczyński? W ilu językach pisano o Łyszczyńskim? Przedmowa Dnia 30.3.1989 r. przypada trzechsetna rocznica męczeńskiej śmierci Kazimierza Łyszczyńskiego, straconego za swoje ateistyczne przekonania. Jaki jest sens przypominania tego faktu? Pamięć o ponurej egzekucji nie powinna nam przesłaniać czegoś znacznie ważniejszego: wartości wniesionych przez Łyszczyńskiego do kultury polskiej, był on bowiem myślicielem niezależnym i śmiałym. Szczególne znaczenie ma myśl Łyszczyńskiego dla polskich ateistów, gdyż studia nad jego dokonaniami przekonują nas o istnieniu rdzennie polskich tradycji naszego ateizmu. Filozofii Łyszczyńskiego nie można jednak redukować do ateizmu. To był tylko jeden z elementów, który nie powinien przesłaniać nam innych jej wątków, stanowiących trwały składnik tradycji ogólnonarodowej, a nie tylko nurtu ateistycznego. Mimo, iż poglądy Łyszczyńskiego znacznie różniły się od panujących wówczas koncepcji, były w jego filozofii również idee, które łączyły go z najwybitniejszymi myślicielami Polski siedemnastowiecznej. Polskość jego ateizmu wyrastała z polskości jego filozofii, w takim znaczeniu tego terminu, jakie nadawał mu w latach czterdziestych XIX w. najwybitniejszy z polskich socjalistów utopijnych i rewolucyjnych demokratów, Edward Dembowski (1822-1846). Przeciwstawiając filozofię polską filozofii niemieckiej i filozofii francuskiej Dembowski widział jej odrębność w tym, że centralną kategorią polskiego myślenia filozoficznego było pojęcie twórczości. Ujmując z tej perspektywy dzieje polskiej filozofii, należałoby uznać za najbardziej polskich tych myślicieli XVII w., którzy w swoich pracach rozwijali różne watki filozofii twórczości, wychodząc z założenia, że istotą człowieczeństwa jest twórcza aktywność. Przypomnijmy tu, co łączy Łyszczyńskiego z takimi polskimi myślicielami XVII w. jak Szymon Starowolski (1588-1656), Maciej Kazimierz Sarbiewski (1595-1640), Jan Heweliusz (1611-1687) i Jan Morawski (1631-1700). Wzięliśmy dla przykładu ludzi bardzo różnych: historyka, poetę i teoretyka poezji, astronoma i teologa. Byli oni starsi od Łyszczyńskiego i żaden z nich nie był ateistą, a jednak u każdego z nich znajdujemy ten sam centralny wątek rozważań nawiązujący właśnie do twórczości. Przynależność Starowolskiego do obozu kontrreformacji nie przeszkodziła mu religijnej koncepcji wychowania, opartej na Żywotach świętych Piotra Skargi, przeciwstawić świecką koncepcję wychowania, opartą na wzorach osobowych polskich twórców kultury (uczonych, pisarzy, poetów, muzyków). Życiorysy tych postaci, które ukazał w pierwszym polskim zbiorze biografii (Hekatonfas czyli Setnik z 1625 roku), są przykładem nie takich wartości chrześcijańskich, jak pobożność i pokora, ale wzorem świeckiej renesansowej aktywności twórczej w dziedzinie nauki i sztuki. Są w tym zbiorze polscy poeci, tacy jak Klemens Jonicki, Jan Kochanowski, Sebastian Fabian Klonowic, jest dwóch kompozytorów polskich, Wacław z Szamotuł i Marcin ze Lwowa, jest najwybitniejszy polski uczony, Mikołaj Kopernik. Wszyscy oni byli twórcami, pozostawili po sobie trwałe „pomniki" (monumenta) — dzieła, w których zostały utrwalone osiągnięcia pracy badawczej i twórczości artystycznej. Sarbiewski był jednym z pierwszych estetyków, który eksponował twórczość jako wartość, przeciwstawiając się tym estetykom, którzy propagowali naśladownictwo. Poeta — pisał Sarbiewski — "de novo creat", stwarza (jak Bóg) to, czego jeszcze nigdy przedtem nie było. Heweliusz oprócz dzieł ściśle astronomicznych — podziwianych przez największych uczonych zachodnioeuropejskich — napisał także zarys dziejów astronomii, w którym wskazywał na to, że do pracy twórczej w dziedzinie nauki są powołane wszystkie narody i wszyscy ludzie, nie tylko mężczyźni, ale i kobiety. Nauczyciel Łyszczyńskiego, jezuita Morawski, uważał, że również w obrębie teologii jest obszar dla aktywności twórczej i nowatorstwa (ten jego pogląd został potępiony przez władze zakonne). Na uwagę zasługuje też myśl Morawskiego o możliwości moralnego postępowania wynikającego z motywów innych niż religijne. Jego rozważania o nazwach pozornych i „bytach chimerycznych" odegrały niewątpliwie inspirującą rolę w formowaniu się poglądów Łyszczyńskiego. Na tle tej tradycji Lyszczyński okazuje się myślicielem, którego ateizm ma swoje fundamenty nie tylko w naturalistycznej ontologii i w logicznej klasyfikacji nazw, ale także w antropologii filozoficznej; w takim pojęciu człowieka, które zakłada przede wszystkim jego aktywność twórczą. Pisząc zuchwale w traktacie De non existentia Dei: "homo est creator Dei" (człowiek jest twórcą Boga), Łyszczyński stwierdza nie tylko to, że Bóg jest wytworem umysłu ludzkiego, ale i to, że człowiek jest twórcą. Konstatacja ta ma przy tym sens znacznie ogólniejszy niż tylko religioznawczy. Zaraz w następnym zdaniu powiada bowiem: "Homines sic sunt Creatores et Factores Dei", co poleży właśnie rozumieć jako oparcie szczegółowego twierdzenia o religiotwórstwie ("factores Dei"), należącego do ateistycznej krytyki religii, na bardziej ogólnym twierdzeniu ("homines sunt creatores" — ludzie są twórcami) — należącym do antropologii filozoficznej. Według tej interpretacji myśl Łyszczyńskiego, zawarta w przytoczonym zdaniu, składa się z dwóch twierdzeń: 1) Ludzie są twórcami ("homines sunt creatores"), 2) Jako twórcy ludzie są między innymi także twórcami pojęcia boga ("et factores Dei"). A skoro poglądy jezuitów, np. Sarbiewskiego czy Morawskiego są włączone do tradycji filozoficznej, akceptowanej także przez niewierzących, to również poglądy polskiego ateisty, Kazimierza Łyszczyńskiego, mogą i powinny być włączone do tej tradycji, uznane za składnik wzbogacający kulturę polską. Życie Łyszczyńskiego Co wiemy o przodkach Kazimierza Łyszczyńskiego Nasza wiedza o przodkach Kazimierza Łyszczyńskiego obejmuje trzy pokolenia. Jego pradziad, Lew Łyszczyński herbu Korczak, urodził się (według tradycji rodzinnej) w 1506 r. Posiadał w województwie brzeskolitewskim majtek Łyszczyce. Ożenił się z Barbarą Mysłowską, która wniosła mu w posagu majątek Dobroniż. Mieli trzech synów: Konstantego, Stanisława i Jana. Lew żył przeszło siedemdziesiąt lat, skoro — jak wynika z dokumentów — jeszcze w 1577 r. procesował się z sąsiadami. Syn Lwa, łowczy Konstanty Łyszczyński, urodzony około 1550 r., wziął za żonę Annę Suchodolską. Miał z nią dwóch synów: Hieronima i Łukasza, między których podzielił w 1639 r. majątek Łyszczyce. Syn Konstantego, Hieronim Kazimierz Łyszczyński, urodził się w 1581 r., zmarł w 1670 r. Od 1652 r. był sędzią grodzkim brzeskim, a około 1666 r. został podsędkiem brzeskim. Posiadał majątki: Łyszczyce, Dobroniż, Kustyń, Matykały, Gałaczew, Czeliw, Gornow i Chruszczow oraz ogrody w Markowszczyźnie. Poślubił Zofię Bałyńską, z którą miał czterech synów: Mateusza, Kazimierza, Piotra i Wincentego. Dzięki dokumentom znajdującym się w rzymskim archiwum zakonu jezuitów znamy dokładnie datę urodzin Kazimierza Łyszczyńskiego herbu Korczak, syna Hieronima: 4.3.1634 r. W 1666 r. ożenił się z Jadwigą Żelichowską. Na pewno miał córkę, która w 1686 r. wyszła za mąż za swego stryja, właściciela Dobroniża. Pradziadkowie: Dziadkowie: Rodzice: Lew Łyszczyński (1509 — po 1577) i Barbara z Mysłowskich herbu Nałęcz Konstanty Łyszczyński (ur. ok. 1550) i Anna z Suchodolskich Hieronim Kazimierz Łyszczyński (1581 — 1670) i Zofia z Bałyńskich Co robił Łyszczyński w latach Potopu? Czy bronił kraju przed najeźdźcami? Za życia Łyszczyńskiego panowało w Polsce kolejno czterech władców: Władysław IV (ur. 1595), wybrany na króla 8.11.1632, zm. 20.5.1648, Jan Kazimierz (ur. 1609), wybrany 8.11.1648, abdykował 16.11.1668, Michał Korybut Wiśniowiecki (ur. 1638), wybrany 19.6.1669, zm. 10.11.1673 i Jan III Sobieski (ur. 1624), wybrany 19.5.1674, zm. 10.7.1696. Można to przedstawić na wykresie: Młodość Łyszczyńskiego przypada na — znane czytelnikom z Trylogii — lata szwedzkiego Potopu. Przypomnijmy, że kiedy Łyszczyński miał 20 lat, wiosną 1654 r., car Aleksy Michajłowicz (1629-1679) wysłał przeciwko Polsce dwie armie moskiewskie: jedna (stutysięczna) zajęła ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego, druga (czterdziestotysięczna) — Ukrainę. W lipcu 1655 r. pod wodzą króla Karola X Gustawa (1622-1660) wkroczyli do Wielkopolski Szwedzi, zajmując w ciągu kilku miesięcy prawie całą Polskę. Następnie, w 1657 r., książę siedmiogrodzki Jerzy II Rakoczy (1621-1660) poprowadził na Polskę wojska węgierskie. Informacje o działalności Kazimierza Łyszczyńskiego w dniach Potopu zawiera niezwykle interesujący dokument podpisany przez króla Jana III Sobieskiego, znajdujący się obecnie w Centralnym Archiwum Państwowym Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej w Mińsku. Fragmenty tego dokumentu opublikowała w 1986 r. prof. Jekatierina Siergiejewna Prokoszina. Otóż, mianując 3.5.1682 r. Kazimierza Łyszczyńskiego podsędkiem brzeskim, król Jan III wspomina o jego zasługach dla Ojczyzny, podkreśla zwłaszcza, że Łyszczyński „od młodych lat służył w wojsku koronnym w chorągwi Jana Sapiehy, a następnie w wojskach litewskich pod księciem podkanclerzym Wielkiego Księstwa Litewskiego (którym wówczas był Lew Kazimierz Sapieha), biorąc udział w wojnie z najazdem moskiewskim, szwedzkim i węgierskim". Dokument ten mówi, że Łyszczyński narażał życie i nie szczędził mienia — a wyliczenie najezdników wskazuje jednoznacznie na lata 1654-1657. Ile lat przebywał Łyszczyński w zakonie Jezuitów? Mieszkający w Polsce Włoch, Tommaso Talenti, w liście do Wielkiego Księcia Toskanii, pisanym z Warszawy 16.2.1689 r., podał informację, że Łyszczyński „był przez osiem lat Jezuitą". Informację tę należy uściślić: Od rozpoczęcia nowicjatu (7.12.1658 r. w Krakowie) do zawarcia związku małżeńskiego z Jadwigą Żelichowską upłynęło siedem lat i kilka miesięcy. Okres ten (1658-1666) był wypełniony przede wszystkim studiami: najpierw w Krakowie, potem cztery lata w Kaliszu i wreszcie we Lwowie. Z zakonu jezuitów wystąpił Łyszczyński w pierwszej połowie 1666 r. Co wiemy o nauczycielach Łyszczyńskiego? Po rocznym nowicjacie w Krakowie Łyszczyński przeniósł się do Kalisza, gdzie w roku akademickim 1660-1661 studiował retorykę, w 1661-1662 — logikę, w 1662-1663 — fizykę, w 1663-1664 — metafizykę. Znamy nazwiska jego nauczycieli, znamy także ich życiorysy drukowane w Polskim Słowniku Biograficznym, a napisane przez nich książki są dostępne w działach starych druków większych bibliotek polskich. Retoryki uczył Łyszczyńskiego Jan Kwiatkiewicz (ur. 27.12.1629, zm. 23.3.1703). Do nowicjatu jezuitów Kwiatkiewicz wstąpił w Krakowie, 25.11.1645 r.; w roku akademickim 1647-1648 studiował pedagogikę w Sandomierzu, a w latach 1648-1651 filozofię w Kaliszu. Potem był nauczycielem w Kaliszu, Brześciu nad Bugiem i w Lublinie. W roku akademickim 1654-1655 studiował teologię w Poznaniu, później w Pradze, następnie wykładał retorykę: w 1658-1659 — we Lwowie, w 1660-1662 w Kaliszu, w 1662-1663 znów we Lwowie; w 1663-1666 w Lublinie. W 1666-1668 wykładał filozofię i matematykę w Sandomierzu, a później etykę w Kaliszu. Opublikował wiele książek, z których na uwagę zasługują Roczne dzieje kościelne (Kalisz 1695). W dziele tym — pod rokiem 1618 — znajdujemy interesującą informację o ateiście włoskim, Giulio Cesare Vaninim (1585-1619): „Parlament Tolossański we Francji — pisał Kwiatkiewicz — na Lucyliusza Wanina dekretował, że niby ucząc lekarskiey nauki młódź swymi zaraźliwymi naukami psował i o Bogu, i Boskiey opatrzności źle mówił. I lubo w więzieniu zmyśłał się katolikiem i sakramenta przyjmował, żeby śmierci uszedł, ale przekonany na nię skazany, gdy mu Xiądz krucyfix pokazał, o zbawieniu jego sądząc, on rzekł: lub ten Chrystus od boiaźni śmierci się pocił, ja się tey nie boie, przeto bluźniercy ięzyk ucięty, sam ćwiartowany i spalony" (s. 844). Wprawdzie książka ta ukazała się już po śmierci Łyszczyńskiego, ale autor z pewnością zbierał do niej materiały przeze wiele lat. We wcześniejszej książce Kwiatkiewicza, zatytułowanej Fascinus a Luthero, Zvinglio, Calvino aliisque Haeresiarchis tot animabus, populis, pro vinciis iniectus seu fraus eorundem Haeresiarcharum (Oliwa 1673), znajdujemy pojęcie bytu „monstrualnego i chimerycznego" jako przedmiotu wiary heretyków. Jak dalej zobaczymy, pojęcie to stało się jedną z centralnych kategorii rozwijanej przez Łyszczyńskiego krytyki religii. To, co jego nauczyciel kierował pod adresem protestantów, Łyszczyński skierował przeciw całej religii chrześcijańskiej. Dzieła Kwiatkiewicza były typowym przykładem kultury baroku. Muzyce przypisywał on „własności magiczne i magnetyczne", a przed retoryką stawiał takie same zadania jak Giambattista Marino i inni barokowi poeci przed poezją. Wymowa — powiadał — nie jest środkiem przekazywania informacji i pouczania, ale sztuką zadziwiania (por. B. Natoński, hasło: Kwiatkiewicz w Polskim Słowniku Biograficznym). Kwiatkiewicz uprawiał także poezję, a wśród licznych utworów, które opublikował, są charakterystyczne dla baroku panegiryki. Poświęcał je różnym osobom, m. in. magnatowi, pod którego rozkazami służył w wojsku młody Łyszczyński, tj. Lwu Kazimierzowi Sapiesze (Meta Sagittae Sapiehanae, wydrukowana z okazji jego śmierci w 1659 r.). Drugim nauczycielem Łyszczyńskiego był Jan Morawski herbu Dąbrowa (ur. 29.12.1633, zm. 24.6.1700), który przez trzy lata uczył go logiki, fizyki i metafizyki. Morawski, po ukończeniu trzyletniego kursu filozofii w jezuickim kolegium w Lublinie, wstąpił do jezuitów w Krakowie (5.11.1651). W latach 1653-1655 był nauczycielem gramatyki w Kaliszu i równocześnie uzupełniał swą wiedzę w zakresie fizyki i metafizyki. Podczas najazdu szwedzkiego na Polskę wyjechał do Włoch, gdzie w Kolegium Rzymskim odbył w latach 1655-1659 studia teologiczne. Wykładał tam wówczas metafizyk hiszpański M. de Esparza Artieda. Po powrocie do kraju Morawski nauczał w Kaliszu etyki, matematyki, logiki, fizyki i metafizyki (w latach 1660-1665). Zasadnicze pojęcia swojej metafizyki opracował w książce Totius philosophiae principia (Poznań 1666). Z dzieła tego można dowiedzieć się, jaką filozofię poznawał — za pośrednictwem Morawskiego — Kazimierz Łyszczyński. Warto przytoczyć tu informację, którą w Polskim Słowniku Biograficznym podał najwybitniejszy w Polsce znawca dziejów zakonu jezuitów, ks. Bronisław Natoński. Napisał on o tej książce Morawskiego „W kwestiach szczegółowych miał własne zdanie, często odmienne od uznanych powag, toteż po wydaniu książki został upominany przez generała zakonu 'za szukanie nowych poglądów'. Książka miała 4 wydania". Po opuszczeniu Kalisza Morawski był przez czternaście lat profesorem teologii w Poznaniu, a w latach 1689-1696 pełnił funkcję rektora poznańskiego kolegium jezuitów. Treść dzieła Totius philosophiae principia omawia Zbigniew Ogonowski (Filozofia szkolna w Polsce XVII wieku, Warszawa 1985, s. 87-93), trafnie podkreślając, że „ma ono charakter i bardzo samodzielny (autor nie trzyma się ślepo jednej szkoły myślenia), ale i jednocześnie wyraźnie eklektyczny, obok wątków tomizmu dostrzegalne są gołym okiem watki myśli szkotystycznej, suarezjańskiej, a nawet i ockhamizmu (...) Jest to też eklektyzm w dobrym stylu". Na szczególną uwagę zasługuje 'treść pierwszej rozprawy w tej książce: O bycie rzeczywistym i bycie myślnym. Byt myślny ("ens rationis") określa Morawski jako byt niemożliwy do zaistnienia poza umysłem. Dwadzieścia kilka lat temu napisałem o dziele Morawskiego: "jest więc rzeczą niemal pewną, że Łyszczyński znał gruntownie jego treść, tym bardziej, że zachowane fragmenty traktatu Łyszczyńskiego wyraźnie nawiązują do rozważań Morawskiego 'o bycie istniejącym tylko w umyśle' ("de ente rationis") i o chimerycznym sposobie istnienia ("de modo existendi chimerico")": To zdanie z moich Wykładów o krytyce religii w Polsce (Warszawa 1965, s. 53) podtrzymuję. Do sprawy tej powrócimy omawiając filozofię Łyszczyńskiego. Czy Łyszczyński zajmował się działalnością polityczną? Po ukończeniu studiów filozoficznych w Kaliszu Łyszczyński przeniósł się do Lwowa, gdzie zaczął studiować teologię. Ale w pierwszej połowie 1666 r. przerwał studia, wystąpił z zakonu i ożenił się. Tak więc po okresie służby wojskowej i zbrojnej walki z najeźdźcami (lata 1655-1657) i po okresie studiów filozoficznych w kolegiach jezuickich (lata 1658-1666), rozpoczął się w życiu Łyszczyńskiego trzeci okres — zaangażowania w działalność polityczną, o czym świadczy jego udział w sejmikach i sejmach, potwierdzony przez dokumenty. Dane dotyczą lat 1669-1674. Można podać następujące daty: 19.1.1669 r. na sejmiku województwa brzeskolitewskiego Kazimierz Łyszczyński, mianowany niedawno podstolim mielnickim, został wybrany na posła na sejm elekcyjny w Warszawie. Na instrukcji dla posłów jest podpisany jego ojciec, który w tym czasie awansował ze stanowiska sędziego grodzkiego na stanowisko podsędka województwa brzeskolitewskiego. Przyczyną zwołania sejmu była abdykacja króla Jana Kazimierza, który doszedł do przekonania, że wobec wzrastającej anarchii magnackiej władza królewska staje się fikcją. Abdykował więc 16.9.1668 r. i wkrótce potem wyjechał do Francji, gdzie zmarł 16.12.1672 r. Sejm elekcyjny rozpoczął się 2.5.1669 r. i trwał do 16.6.1669 r., zakończył się wyborem Michała Korybuta Wiśniowieckiego (1638-1673), syna krwawego Jaremy. Sejm odbywał się w atmosferze terroru. Wielcy magnaci przybyli do Warszawy z własnymi armiami: hetman Michał Radziwiłł na czele 1,6 tys. dragonów, Bogusław Radziwiłł 4 tys., a armie Paca, Sapiehów i Dymitra Wiśniowieckiego były jeszcze liczniejsze: W rezultacie wciąż wybuchały bójki i każdego rana wywożono na cmentarz po kilkadziesiąt trupów. Z uczestnictwem Łyszczyńskiego w tym sejmie wiąże się doniosły fakt: po raz pierwszy imię i nazwisko Kazimierza Łyszczyńskiego ukazało się w druku. Miał on wtedy 35 lat, a druk, o którym mowa, nosił tytuł: Sufraggia Woiewództw y Ziem Koronnych, y Wielkiego Xięstwa Litewskiego zgodnie na Naiaśnieyszego Michała Korybutha, obranego Króla Polskiego, Wielkiego Księcia Litewskiego, Ruskiego, Pruskiego, Mazowieckiego, Inflantskiego, Smoleńskiego, Kijowskiego, Wołhyńskiego, Podolskiego, Podlaskiego y Czernichowskiego. Dane między Warszawą a Wolą, dnia 19 czerwca roku 1669. Stron nieliczbowanych 61. Na stronie 56, wśród 74 elektorów z „Województwa Brześciańskiego", na 29 miejscu znajduje się nazwisko Kazimierza Łyszczyńskiego. Dokument ten jest zarazem potwierdzeniem pobytu Łyszczyńskiego w Warszawie: od 2 maja do 19.6.1669 r. Po powrocie do swego województwa Łyszczyński brał udział w kolejnych sejmikach. Wiemy o tym na podstawie dokumentów sejmikowych z jego podpisem, datowanych no 22.8.1669; 9 września i 30.9.1670. Dnia 14.12.1672 r. na sejmiku województwa brzeskiego Łyszczyński został ponownie wybrany na posła na sejm w Warszawie. Sejm rozpoczął się 4.1.1673 i trwał do 8.4.1673 r., a zakończył się osobistym triumfem Sobieskiego i stronnictwa, które dążyło do detronizacji króla Michała. Do detronizacji jednak nie doszło, ponieważ król Michał zmarł kilka miesięcy później — 10.4.1673 r. Kolejny sejm w Warszawie, w którym znów uczestniczył Łyszczyński jako poseł brzeskolitewski, rozpoczął się 20.4.1674 r., a jego celem było wybranie nowego króla. Do tronu polskiego pretendowali. m. in. książę Karol Lotaryński (który w razie wyboru zobowiązał się poślubić wdowę po Wiśniowieckim, królową Eleonorę), syn Filipa Neuburskiego — książę duński Jerzy, książę Tomasz Sabaudzki, Rinaldo d'Este (książę Modeny), syn elektora brandenburskiego Henryk Hohenzollern i książę francuski Kondeusz, a także kilku innych książąt. Największe szanse miał Karol Lotaryński — kandydat Austrii, mniejsze książę francuski. W tej sytuacji stronnicy Francji skoncentrowali swe wysiłki nie tyle na przeforsowaniu własnego kandydata, ile na utrąceniu kandydata popieranego przez Austrię. Obie partie, profrancuska i proaustriacka, finansowane przez obce ambasady, ściągnęły do Warszawy własne siły zbrojne. Prócz tego na granicy gromadziły się wojska austriackie, które miały wkroczyć do Polski, żeby udzielić swemu kandydatowi poparcia zbrojnego. W pierwszych dniach maja 1674 r. przybył do Warszawy hetman Jan Sobieski, „otoczony przepysznym pocztem rycerstwa" i opromieniony blaskiem świeżego zwycięstwa nad Turkami pod Chocimiem. Stał się on głównym kontrkandydatem Karola Lotaryńskiego. W tej sytuacji wojewoda Jabłonowski, hetman Michał Radziwiłł i Sapiehowie opowiedzieli się za Sobieskim i 19 maja (a faktycznie 21 maja) 1674 r. został on wybrany na króla Rzeczpospolitej. Tę drugą datę podaję za drukiem: Suffragia Województw y Ziem Koronnych, y Wielkiego Xięstwa Litewskiego zgodnie z Naiaśnieyszego Iana Trzeciego, obranego Króla Polskiego (...) Dane między Warszawą a Wolą, dnia 21 maja roku 1674, stron nieliczbowanych 31. Na stronie 26 tego dokumentu, wśród 91 elektorów z „Woiewództwa Brześciańskiego", figuruje na 26 miejscu: "Kazimierz Łyszczyński, Podstoli Mielnic[ki]". Jest tam także wymieniony stryj Kazimierza, Łukasz Łyszczyński. Jakimi sprawami zajmował się Łyszczyński jako podsędek? Dnia 23.3.1682 r. król Jan III podpisał przywilej mianujący Kazimierza Łyszczyńskiego podsędkiem województwa brzeskolitewskiego. W tym samym roku, 8 października, Łyszczyński wziął udział w rozprawie sądowej przeciwko jezuitom, którzy bezprawnie przywłaszczyli sobie dwa ogrody po zmarłym mieszczaninie brzeskim Łukaszu Mincarewiczu. Do sadzenia tej sprawy ufundowano jurysdykcję komisarską na ratusz miasta Brześcia. Na wyroku nakazującym jezuitom oddanie zagarniętych ogrodów widnieje podpis Kazimierza Łyszczyńskiego — nie tylko jako podsędka brzeskiego, ale również jako „komisarza Jego Królewskiej Mości" wyrok został opublikowany w XI tomie wydawnictwa Archeograficzeskij Sbornik dokumientow, Wilno 1890, s. 46-47). Za co biskup ekskomunikował Łyszczyńskiego? Źródła mówią w sposób nieokreślony o „dzieciach" Kazimierza Łyszczyńskiego, nie podając jednak ich imion. Pewne jest tylko, że miał córkę, która w 1686 r. wyszła za mąż za pana Dobroniskiego; w przekazach niemieckich został on nazwany jej „stryjem". Jeżeli rzeczywiście byłby jej stryjem (Oheim), to musiałby nazywać się Łyszczyński. Wynika stąd wniosek, że „Dobroniski" nie było jego nazwiskiem, ale określeniem mówiącym, iż jest właścicielem Dobroniża („panem na Dobronżu"). Córka Łyszczyńskiego miała trzech stryjów (rodzonych braci Kazimierza): jeden miał na imię Mateusz i ożenił się z Elżbietą Burgrabiańską, drugi, Piotr, ożenił się z Darią Wilanowską, trzeci, Wincenty, z Joanną Gryfinową. Natomiast dziedzicem Dobroniża był — prawdopodobnie — Jan Łyszczyński, syn Łukasza i Marianny z Żółakiewskich — stryjeczny brat Kazimierza Łyszczyńskiego. Trudność polega na tym, że w drzewie genealogicznym Łyszczyńskich jako żona Jana figuruje Regina Dąbrowska. Możliwości wyjaśnienia tego problemu są trzy: Regina Dąbrowska mogła być jego drugą żoną, mogła to być także córka Kazimierza przy założeniu, że wcześniej wyszła za mąż za Dąbrowskiego i szybko owdowiała, wreszcie możliwe jest i to, że „pana Dobroniskiego" trzeba szukać wśród innych bliskich krewnych. Dlaczego właśnie bliskich krewnych? Niewątpliwe jest, że z punktu widzenia prawa kościelnego pokrewieństwo małżonków było zbyt bliskie i z tego powodu biskup łupki Jan Stanisław Witwicki herbu Sas (ok. 1630-1698) surowo upomniał Łyszczyńskiego, domagając się unieważnienia ślubu. Łyszczyński odpowiedział mu, że kościelne zakazy nie mają żadnego znaczenia, ponieważ małżeństwo jest „umową świecką" ("contractum civile"). Oburzony tą odpowiedzią biskup Witwicki 30.8.1668 r., uroczyście ekskomunikował Łyszczyńskiego. Pozostawanie przez rok w ekskomunice powodowało uznanie ekskomunikowanego za heretyka. Na szczęście biskup Witwicki awansował. Objął w 1687 r. diecezję poznańską, w której skład wchodziło wówczas także stołeczne miasto Warszawa. Następca Witwickiego w diecezji łuckiej, biskup Bogusław Leszczyński (ok. 1645-1691), miał inne sprawy na głowie i — w świetle znanych nam źródeł — nie występował osobiście przeciwko Łyszczyńskiemu ani w związku z małżeństwem jego córki, ani później w czasie procesu. Kim był człowiek, który oskarżył Łyszczyńskiego o ateizm? Nie znamy wysokości majtku Łyszczyńskiego, ale musiał to być majątek znaczny, skoro jego właściciela stać było na pożyczenie sąsiadowi wysokiej sumy, która jedno ze źródeł określa jako „sto tysięcy fortun". Sąsiadem tym był Jan Kazimierz Brzoska, według jednych źródeł — stolnik bracławski, a według innych — łowczy brzeski. Kiedy zbliżał się termin zwrotu pożyczonej sumy, Brzoska znalazł sposób, żeby długu nie oddawać. Ukradł Łyszczyńskiemu rękopis i książkę z rękopiśmiennymi uwagami na marginesach, a następnie — na podstawie tych dowodów winy — napisał na Łyszczyńskiego donos. Znając okoliczności sprawy, można sobie odpowiedzieć na pytanie, czy powodowała nim gorliwość religijna, czy chciwość, zwłaszcza, że w świetle obowiązujących praw donosiciel otrzymywał część majątku skazanego. Nie wiadomo dokładnie, komu Brzoska wręczył napisany przez siebie donos, ale faktem jest, że pod koniec 1687 r. wojewoda wileński, Kazimierz Jan Sapieha (który był wojewodą w latach 1682-1712), wtrącił Łyszczyńskiego do więzienia, przekazując jego sprawę sądowi kościelnemu. W ten sposób Łyszczyński znalazł się w więzieniu kościelnym biskupa wileńskiego, którym był wówczas Konstanty Kazimierz Brzostowski (1644-1722). Później Brzoska pojawił się na procesie Łyszczyńskiego w Warszawie, gdzie potwierdził przysięgą złożony donos. Źródła mówią, że za to, co zrobił, odnoszono się do niego z pogardą. Poglądy filozoficzne Kazimierza Łyszczyńskiego Jakimi źródłami dotyczącymi poglądów Łyszczyńskiego dysponujemy? Podstawą dla odtworzenia poglądów filozoficznych Łyszczyńskiego jest przede wszystkim rękopis Biblioteki Kórnickiej z pełnym tekstem przemówienia oskarżyciela publicznego („instygatora") Wielkiego Księstwa Litewskiego, którym był (od 1676 r.) Szymon Kurowicz Zabistowski (zmarł w 1692 r.). Wartość tego dokumentu polega na tym, że oskarżyciel nie tylko streszczał i oceniał poglądy Łyszczyńskiego, ale przytoczył dosłownie (w języku łacińskim) kilka najważniejszych fragmentów z traktatu polskiego ateisty (rękopis tego traktatu liczył 265 kart i miał niezwykły tytuł: De non existentia Dei, czyli: O nieistnieniu Boga). Są to — w przekładzie polskim — następujące zdania: "I — Zaklinamy was, a teologowie, na waszego Boga, czy w ten sposób nie gasicie Światła Rozumu, czy nie usuwacie słońca ze świata, czy nie ściągacie z nieba Boga waszego, gdy przypisujecie Bogu rzeczy niemożliwe, atrybuty i określenia przeczące sobie. II — Człowiek jest twórcą Boga, a Bóg jest tworem i dziełem człowieka. Tak więc to ludzie są twórcami i stwórcami Boga, a Bóg nie jest bytem rzeczywistym, lecz bytem istniejącym tyko w umyśle, a przy tym bytem chimerycznym, bo Bóg i chimera są tym samym. III — Religia została ustanowiona przez ludzi bez religii, aby ich czczono, chociaż Boga nie ma. Pobożność została wprowadzona przez bezbożnych. Lęk przed Bogiem jest rozpowszechniany przez nielękających się, w tym celu, żeby się ich lękano. Wiara zwana boską jest wymysłem ludzkim. Doktryna bądź to logiczna, bądź filozoficzna, która się pyszni tym, że uczy prawdy o Bogu, jest fałszywa, a przeciwnie, ta, którą potępiono jako fałszywą, jest najprawdziwsza. IV — Prosty lud oszukiwany jest przez mądrzejszych wymysłem wiary w Boga na swoje uciemiężenie; tego samego uciemiężenia broni jednak lud, w taki sposób, że gdyby mędrcy chcieli prawdą wyzwolić lud z tego uciemiężenia, zostaliby zdławieni przez sam lud. V — Jednakże nie doświadczamy ani w nas, ani w nikim innym takiego nakazu rozumu, który by nas upewniał o prawdzie objawienia bożego: Jeżeli bowiem znajdowałby się w nas, to wszyscy musieliby je uznać i nie mieliby wątpliwości i nie sprzeciwialiby się Pismu Mojżesza ani Ewangelii — co jest fałszem i nie byłoby różnych sekt ani ich zwolenników w rodzaju Mahometa itd. Lecz [nakaz taki] nie jest znany i nie tylko pojawiają się wątpliwości, ale nawet są tacy, co zaprzeczają objawieniu, i to nie głupcy, ale ludzie mądrzy, którzy prawidłowym rozumowaniem dowodzą czegoś wręcz przeciwnego, tego właśnie, czego i ja dowodzę. A więc Bóg nie istnieje". Przytoczone fragmenty zostały znalezione i opublikowane po raz pierwszy dopiero w roku 1957, w pierwszym zeszycie czasopisma „Euhemer. Przegląd Religioznawczy". Od tego czasu były wielokrotnie przedrukowywane w różnych pracach polskich, rosyjskich, białoruskich, litewskich i włoskich, m. in. znalazły się także w monumentalnym wydawnictwie Polskiej Akademii Nauk pt. 700 lat myśli polskiej, na ostatnich stronach I części III tomu (Filozofia i myśl społeczna XVII wieku, Warszawa 1979, s. 735-736). Drugim źródłem dla badacza poglądów Łyszczyńskiego jest broszura pisarza grodzkiego i podczaszego województwa wileńskiego Jana Kazimierza Wolskiego, wydana w Warszawie w roku 1689 pod tytułem: Manifest objaśniający Boga, zacimiający bezbożnego Atheusza, Kazimierza Łyszczyńskiego, [dedykowany] Iaśnie Wielmożnemu I[ego] M[o]ści Panu Ianowi Kozimierzowi Sapiezie hrabi na Bychowiu, Dąbrowie y Zaslawiu, Wojewodzie Wileńskiemu, Hetmanowi W[ielkiego] X[ięstwa] Litewskiego, Wołpiańskiemu, Onikszczańskiemu, Łowaryskiemu, Rakańciskiemu etc, etc. Staroście, jako żarliwemu honoru Boskiego promotorowi. Trzecim — Manifest, a właściwie ów donos stolnika bracławskiego Jana Kazimierza Brzoski, zachowany w czterech nieco różniących się wersjach. Czwartym — rozmaite relacje z przebiegu Sejmu 1688-1689 r. Najobszerniejsza z nich (w języku niemieckim) znajduje się w tzw. Recesach Gdańskich w Wojewódzkim Archiwum Państwowym w Gdańsku. Piątym źródłem są listy jezuity Ignacego Franciszka Zapolskiego, profesora filozofii i teologii, pisane w 1698 r. do jezuity Jerzego Gengella; doniosłość tego źródła wynika stąd, że Zapolski — z polecenia króla Jana III - przeczytał rękopis traktatu Łyszczyńskiego. Szóstym źródłem jest książka toruńskiego pocztmistrza, Jakuba Kazimierza Rubinkowskiego pt. Janina (Poznań 1739), zawierająca dodatkowe informacje o treści dzieła Łyszczyńskiego, nie znane z innych źródeł. Istnieje jeszcze wiele innych źródeł (broszura w języku niemieckim z 1689 r., numery gazety wychodzącej w Paryżu w 1689 r., listy pisane w czasie procesu Łyszczyńskiego przez Polaków i cudzoziemców, przechowywane w różnych archiwach polskich i zagranicznych). Mimo obfitości tych materiałów nie mogą one zastąpić pełnego tekstu traktatu, który — zgadnie z wyrokiem sądu — został spalony 30.3.1689 r. Dlatego nasze próby odtworzenia — z drobnych okruchów — całego systemu poglądów filozoficznych Łyszczyńskiego mają charakter hipotez. Podstawą rekonstrukcji tego systemu będą przede wszystkim główne kategorie, którymi Łyszczyński posługiwał się w swoich rozważaniach, a które występują w zachowanych fragmentach jego tekstów. Jaki sens miało dla Łyszczyńskiego wyrażenie „nazwa chimeryczna"? Filozofia Łyszczyńskiego miała fundamenty logiczne, ontologiczne, antropologiczne i aksjologiczne. Fundamentem logicznym była przyjęta przez Łyszczyńskiego klasyfikacja nazw. Podobnie jak jego nauczyciele, Jan Kwiatkiewicz i Jan Morawski, Łyszczyński odróżniał świat rzeczywisty od świata nazw. Świat nazw — stwierdzał - wbrew pozorom nie jest dokładnym odzwierciedleniem świata bytów realnie istniejących. Nie każdej nazwie ("nomen") odpowiada byt istniejący realnie ("ens reale"). Ludzie używają wielu takich nazw, którym brak odpowiednika w postaci rzeczywiście istniejącego przedmiotu; nazwy te odnoszą się więc do przedmiotów wytworzonych przez umysł i oznaczają to, co może być pomyślane, chociaż z pewnością nie istnieje. Przykładem „bytu umysłowego" ("ens rationis"), o którym można myśleć; a który z wszelką pewnością nie istnieje jest Chimera, czyli znany z mitów greckich potwór z głową lwa, tułowiem kozy i wężem zamiast ogona. Wszystkie nazwy należy zatem podzielić na dwa rodzaje: po pierwsze, nazwy bytów realnych i po wtóre, nazwy bytów chimerycznych; istnienie tych ostatnich jest niemożliwe, chociaż mogą być obecne w umyśle jako przedmioty pomyślane. Otóż według Łyszczyńskiego do bytów chimerycznych należą nie tylko chimery, centaury, syreny, smoki, Pegaz, ale także Bóg chrześcijan. W rękopisie mowy oskarżycielskiej, wygłoszonej przez Szymona Kurowicza Zabistowskiego 15.2.1689 r., został przytoczony następujący fragment rękopisu Łyszczyńskiego: „Ani Bóg nie jest bytem realnym, lecz tylko pomyślanym, a przy tym chimerycznym, jako że Bóg i chimera są tym samym". W wydanej przed procesem broszurze Jana Kazimierza z Rusinowa Wolskiego Manifest objaśniający Boga, zacimiający bezbożnego Atheusza, Kazimierza Łyszczyńskiego (Warszawa 1689) autor cytuje twierdzenie Łyszczyńskiego, że Bóg to tylko "falsum et chimaericum nomen" („nazwa fałszywa i chimeryczna"). Zarzut ten powtórzył w swoim przemówieniu sejmowym z 1.3.1689 r. wojewoda sieradzki Jan Odrowąż Pieniążek, mówiąc, że według Łyszczyńskiego „nie ma Boga, jako że Bóg jest chimerą". Również według jezuity Adama Ignacego Naramowskiego (1681-1736), który zaznacza, że używa własnych słów Łyszczyńskiego, miał on powiedzieć, że „Bóg jest zwykłą chimerą" ("mera chimaera Deus"). Te cztery zbieżne, a jednocześnie wyraźnie niezależne od siebie i wzajemnie uzupełniające się świadectwa, uważać można za dowód, że kategoria „chimery" („bytów chimerycznych" i „nazw chimerycznych") odgrywała zasadnicza rolę w rozważaniach Łyszczyńskiego. W poszukiwaniu źródeł tych sformułowań Łyszczyńskiego natrafiamy na wspomniane już dzieło jezuity Jana Morawskiego, który przez kilka lat był nauczycielem oskarżonego myśliciela. Słuchając jego wykładów w Kaliszu w latach 1660-1664, Łyszczyński znalazł w nich logiczne przesłanki prowadzące do wyciągnięcia ateistycznych wniosków. To Jan Morawski uczył go, żeby odróżniać byty realne od bytów pomyślanych i chimerycznych. Co więcej, ulubionym przykładem „bytu chimerycznego" był w wykładach Morawskiego Ś Bóg! Morawski — będąc teologiem katolickim — rozumował w sposób następujący: Bóg istnieje odwiecznie, ale człowiek może pomyśleć sobie „Boga stworzonego"; taki „Bóg stworzony" będzie tylko bytem chimerycznym. Człowiek może sobie pomyśleć również „drugiego Boga"; skoro jednak istnieje tylko jeden Bóg, to ten „drugi Bóg" może być Bogiem „pomyślanym tylko", a nie bytem rzeczywistym. Ten „drugi Bóg" nie może posiadać „realnego sposobu istnienia"; jego „sposób istnienia jest chimeryczny": „Bóg stworzony", „drugi Bóg" — to byty chimeryczne. Łyszczyński przyswoił sobie aparaturę pojęciową swojego nauczyciela i wyciągając ostateczne konsekwencje z jego rozumowania doszedł do przekonania, że skoro z istnienia pojęcia w umyśle ludzkim nie wynika realne istnienie odpowiadającego mu bytu, to nie tylko „drugi Bóg", ale również „pierwszy Bóg" — i w ogóle każdy Bóg jest nazwą chimeryczną bez żadnego realnego pokrycia. Jeżeli słowo „Bóg" nie ma żadnego odpowiednika w postaci rzeczywistego bytu, to z tego wynika, że: 1) pojęcie Boga zostało wytworzone przez ludzi i 2) nie zostało zaczerpnięte z obiektywnej rzeczywistości, ale wytworzone „z niczego", żadnego Boga nie ma, a więc nie jest prawdą, że Bóg jest stwórcą świata i człowieka. Pojęcie Boga zostało stworzone przez ludzi, a więc to ludzie są „stwórcami Boga". Oskarżyciel Kurowicz Zabistowski mówił w swojej mowie oskarżycielskiej, że Łyszczyński nazywał w swoim rękopisie Boga „chimerą, potworem, czczym bożyszczem, tworem człowieka, bytem chimerycznym" ("Chimaera, Monstrum, Numen inane, creatura hominis, ens Chimaericum"). W gdańskim rękopisie Uphagena czytamy, że wśród twierdzeń Łyszczyńskiego przeciwko istnieniu Boga znajdowało się następujące: „Bóg nie jest twórcą człowieka, ale człowiek jest twórcą Boga, ponieważ uroił sobie Boga z niczego" ("Deus non est creator hominis, sed homo est creator Dei, quia Deum sibi finxit ex nihilo"). Zdanie to znajdujemy także w niemieckiej broszurze z 1689 r.; przytaczają je w swoich pracach m.in. Gottfried Arnold (1699), Paul Stookmann (1701) i Georg Daniel Seyler (1740). Jakie zróżnicowanie społeczeństwa zauważał Łyszczyński? Analizując wypowiedzi Łyszczyńskiego warto zwrócić uwagę na treści związane z występującymi w nich zaimkami osobowymi: wy, ja, my i oni. Zacznijmy od kategorii „wy", a więc od ustalenia, do kogo Łyszczyński się zwraca. Otóż, zaraz w pierwszym zdaniu przytoczonym z rękopisu Łyszczyńskiego przez oskarżyciela Kurowicza Zabistowskiego spotykamy słowa: „o Theologii" („o, teologowie"), pod których adresem stawia Łyszczyński ciężkie zarzuty. Do grupy tej należą ci, którzy „wynajdują", wymyślają, tworzą różne religie, narzucają innym „wymysł wiary w Boga" ("figmentum fidei de Deo") i budują systemy teologiczne. „Nauczycielów wiary świętej katolickiej jako to teologów" — mówił oskarżyciel — nazwał Łyszczyński „rzemieślnikami słów próżnych, wykrętnymi wężami, ślepymi, widzącymi ciemność zamiast światła, nie nauczycielami, ale zwodzicielami, nie filozofami, ale oszustami, obrońcami błędów głupoty i podstępów przodków". Uważał wręcz, że teologowie są ludźmi bezbożnymi, którzy sami nie mają żadnej religii: „Religia została założona przez ludzi bez religii (...) Pobożność wobec Boga została wprowadzona przez bezbożnych. Lęk przed Bogiem jest wpajany przez tych, którzy sami nie lękają się Boga". Znalezione przeze mnie źródło tych sformułowań potwierdzałoby złośliwą uwagę jednego z posłów krakowskich, który w czasie procesu Łyszczyńskiego powiedział, że to nie — jakby się mogło wydawać oczerniana przez jezuitów Akademia Krakowska, ale szkoła jezuicka uczyniła z Łyszczyńskiego ateistę. Okazuje się bowiem, że przed Łyszczyńskim podobne zdania (aczkolwiek w celach apologetycznych) napisał jezuita Adam Contzen (zm. 1637). Według Contzena istnieją dwa zasadnicze rodzaje ateistów: jedni propagują ateizm, drudzy natomiast — chociaż sami są ateistami — posługują się w cyniczny sposób religią dla trzymania prostego ludu w ryzach: "Drugi rodzaj ateistów tworzą ci, którzy sami wolni są od jakichkolwiek zabobonów, ale sądzą, że ludek powinien być ujarzmiany straszydłami czczych bożyszcz, więc dodają mu obrzędy do obrzędów i bóstwa do bóstw, bezreligijni założyciele rozmaitych religii (variarum religionum conditores irreligiosi)". Dalej Contzen referuje teorię starożytnego erudyty Warrona i streszcza ją zwięzłą formułą: „ponieważ zadaniem tych ludzi jako rozsądnych i mądrych było oszukiwanie ludu w sprawach religii", dlatego „to, o czym wiedzieli, że jest fałszem, narzucali ludowi — pod nazwą religii — jako prawdę". Na jednej stronie książki Contzena mamy, jak z tego widać, zagęszczenie pojęć charakterystycznych dla wypowiedzi Łyszczyńskiego. Jest "inane numen" (czcze bożyszcze), są "prudentes" (rozsądni) i "sapientes" (mądrzy), którzy oszukują lud w sprawach religii przedstawiając fałsz jako prawdę, a co najważniejsze „twórcy różnych religii" (odpowiednik „wynalazców różnych sekt religijnych" z rękopisu Łyszczyńskiego) są nazwani ludźmi „bezreligijnymi". Wskazuje to, iż Łyszczyński korzystał z dzieła uczonego jezuity. Cała rzecz jednak w tym, że to, co u Contzena było apologią religii chrześcijańskiej, Łyszczyński przekształcił w ateistyczne uogólnienie dotyczące wszelkich religii i skierował je przeciwko chrześcijaństwu, włączając do owej kategorii bezbożnych i bezreligijnych założycieli religii zarówno Mojżesza, jak i Chrystusa. Według donosu Brzoski Łyszczyński uważał Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu za wymysły spreparowane przez Mojżesza i Chrystusa. Przejdźmy do kategorii „ja". U Łyszczyńskiego jest ona wyraźnie przeciwstawiona kategorii „wy". „Wy, teologowie" twierdzicie, że pojęcie Boga jest wrodzone, ale „ja" w sobie samym nie doświadczam tego; „wy" przypisujecie „Waszemu Bogu" rozmaite wykluczające się "attributa et praedicata", a „ja dowodzę" ("ego demonstro"), że Bóg nie istnieje. Jednakże w obu przypadkach Łyszczyński mówił nie tylko o sobie samym: w pierwszym dodaje, że również inni ("alii") nie posiadają wrodzonego pojęcia Boga, które upewniałoby ich o prawdzie objawienia; w drugim powiada, że istnieniu Boga zaprzeczają bynajmniej nie głupcy, ale właśnie ludzie „mądrzy, którzy w oparciu o prawidłowe rozumowanie dowodzą czegoś wręcz przeciwnego" niż teologowie — podobnie jak „ja dowodzę". Kategoria „ja" jest tu włączona w kategorię „my". Włączenie siebie do grupy ludzi podobnie rozumujących prowadzi Łyszczyńskiego do utworzenia nowej kategorii. Pojawia się — po raz pierwszy w dziejach myśli — kategoria "my ateiści", stworzona przez Kazimierza Łyszczyńskiego. Nie było tej kategorii w starożytności ani w wiekach średnich, ani w okresie odrodzenia. Nie użył jej przed Łyszczyńskim żaden z myślicieli XVII w. O ateistach mówiono: „oni"; dopiero Łyszczyński powiedział: „my ateiści". O ile znam dzieje myśli ateistycznej (a na badanie tych dziejów poświęciłem już przeszło pięćdziesiąt lat, jako że z życiorysami Łyszczyńskiego, Vaniniego i innych ateistów zapoznałem się w październiku 1934 r. i od tego czasu dzieje ateizmu stały się jedną z głównych dziedzin moich zainteresowań naukowo-badawczych), twierdzę, że kategorię tę stworzył myśliciel polski. Utworzenie tej kategorii stanowi oryginalny, twórczy wkład do dziejów europejskiej myśli filozoficznej. Nowością był także tytuł dzieła Łyszczyńskiego. Przed nim napisano setki traktatów De existentia Dei (O istnieniu Boga). Łyszczyński był — w dziejach — kultury światowej — pierwszym, który dał swemu traktatowi niezwykły tytuł: De non existentia Dei (O nieistnieniu Boga). Ze względu na wyjątkową doniosłość kategorii „my ateiści" należy przytoczyć wszystkie znane świadectwa na dowód, że odgrywała ona istotną rolę w myśli Łyszczyńskiego i była przez niego świadomie i celowo stosowana jako kategoria. Po pierwsze, znajdujemy ją w przemówieniu oskarżyciela Szymona Kurowicza Zabistowskiego, który 15.2.1689 r. — według wersji rękopisu kórnickiego — stwierdził, że Łyszczyński "to często y okrutnie pisze Nos Athei ita demonstramus, że non est Deus" (my ateiści tak twierdzimy, że Bóg nie istnieje). Po drugie, ten fragment mowy oskarżycielskiej jest potwierdzony przez gdański rękopis Uphagena, w którym czytamy: "że oskarżony napisał tom liczący 15 arkuszy, w którym z wielką pilnością argumenty zwalczające istnienie Boga z pogańskich i innych bezbożnych autorów wyszukał, zebrał i uzupełnił końcowymi wnioskami: Ergo non est Deus (a więc Bóg nie istnieje). A czynił to nie w duchu dyskusji, lecz stanowczo i twierdząco, ponieważ stale powiadał: Nos Athei ita credimus, ita sentimus (my ateiści tak myślimy, tak sądzimy)". Po trzecie, 1.3.1689 r., powtarzając argumenty oskarżycieli, wojewoda sieradzki Jan Pieniążek powiedział: "Dowodzą tegoż ex Scriptis, że non dubitative (nie wątpiąco), lecz conclusive (wnioskująco) pisał, kiedy wszystkie argumenta na dwuchset sześciudzięsiąt w kartach wyrażonych tak konkludował: Nos Athei ita concludimus non - esse Deum, sed Deum esse Chimaeram (my ateiści stąd wyciągamy wniosek, że Bóg nie istnieje, lecz jest chimerą), ale nadto pokazują ręką jego napisaną konkluzję: Ego itaque probo et demonstro non esse Deum (Tak więc ja dowodzę i uzasadniam to, że Bóg nie istnieje)". Kategoria „my ateiści" powstała u Łyszczyńskiego z rozszczepienia kategorii "sapientes", obejmującej ludzi wykształconych. Wszyscy ludzie wykształceni są — według Łyszczyńskiego — ateistami, ale wielu z nich, chociaż sami są "sine religione" (bez żadnej religii), szerzą i umacniają wiarę w Boga; ponieważ posługiwanie się religią przynosi im korzyść; jedynie mała garstka ateistów odważa się mówić prawdę i publicznie przyznawać do poglądów ateistycznych. Trzecią kategorię stanowią „oni", czyli prosty lud ("populus simplex"). Od tego „prostego ludu" dwie pierwsze kategorie („wy teologowie" i „my ateiści") są oddzielone barierą wykształcenia. Otóż, według Łyszczyńskiego, tylko „oni", czyli ludzie prości i niewykształceni, są tymi, którzy wierzą w Boga. Co sądził Łyszczyński o funkcji społecznej religii i ateizmu? Szczególnie cenną częścią rozważań Łyszczyńskiego są jego myśli o stosunkach między ludźmi i o społecznej funkcji religii i ateizmu. Z zachowanych tekstów wynika, że według Łyszczyńskiego istnieją dwie zasadnicze funkcje społeczne religii, zresztą ściśle ze sobą powiązane. Jedną jest „gaszenie światła rozumu" i usypianie umysłów ludzkich, długą jest ujarzmianie prostego ludu. Źródłem myśli Łyszczyńskiego o „gaszeniu światła rozumu" mogły być dzieła Giordana Bruna — znane w siedemnastowiecznej Polsce Bartłomiejowi Keckermannowi, Abrahamowi Wysockiemu, Władysławowi Ostrorogowi, Jakubowi Vitelliusowi, Heweliuszowi, a także wojewodzie sieradzkiemu, Olbrachtowi Łaskiemu, który jeszcze w 1583 r. przysłuchiwał się w Oksfordzie dyspucie między Brunem i filozofami angielskimi. Byłoby rzeczą dziwną, gdyby Łyszczyński — uważany za życia za jednego z najuczeńszych ludzi w Polsce — nie znał dzieł Bruna. Porównajmy wypowiedzi Bruna o teologach: "extinguunt mentis lucem" (gaszą światło umysłu), wzywają do wyrzeczenia się rozumu, do zgaszenia ognistego światła intelektu ("abrenunziate alta ragione, estinguete quella focosa luce d'intelletto"), z wypowiedzią Łyszczyńskiego, skierowana do teologów: „gasicie światło rozumu" ("extinguitis lumen rationis"). Jest to nie tylko ta sama myśl, ale i te same słowa. Do dialogów Vaniniego z 1616 r. zdaje się nawiązywać myśl Łyszczyńskiego o wykorzystywaniu religii do ujarzmiania prostego ludu. W Manifeście stolnika bracławskiego Jana Brzoski czytamy, że Łyszczyński „złośliwie pomówieł y spotwarzył [theologów], iako by piekłem lud pospolity iako więc Ociec złe dzieci rózga dla zawściągnienia tylko, a mało straszyć, a czyśćcem dla swojego pożytku grozić mieli". W rękopisie polskiego ateisty znajdowało się zdanie odczytane 15.2.1689 r. przez oskarżyciela: „prosty lud oszukiwany jest przez mądrzejszych wymysłem wiary w Boga na swoje własne uciemiężenie". Myśli takie — podobnymi słowami — wypowiadał wielokrotnie Vanini. Jeśli funkcją religii — określanej przez Łyszczyńskiego epitetami "figmentum" (wymysł), "mendacium" (kłamstwo) — jest "decipere" i "opprimere" (oszukiwać i w ten sposób umacniać uciemiężenie), to funkcją ateizmu jest wyzwalanie. Propagowanie ateizmu określa Łyszczyński wyrażeniem „wyzwalać prawdą z uciemiężenia" ("veritate ab oppressione liberare"). W tym miejscu jednak Łyszczyński był świadomy, że prosty lud wcale nie chce, aby go wyzwalano od wiary w Boga. Stad pełne beznadziejnego smutku słowa: „a jednak tego swego uciemiężenia tak uporczywie się trzymają, że gdyby mędrcy chcieli ich prawdą z tego uciemiężenia wyzwolić, zostaliby zdławieni przez sam lud". Dzieło Łyszczyńskiego nie było też adresowane do ludu. Napisał je po łacinie — językiem, którego lud nie znał. Jedynymi potencjalnymi odbiorcami traktatu wśród współczesnych mu Polaków mogli być duchowni i wykształcona część szlachty oraz bogatego mieszczaństwa (z takich miast jak Gdańsk i Toruń), a więc warstwy uprzywilejowane. Łyszczyński nie był jednakże w swych przekonaniach absolutnie osamotniony. W donosie Jana Brzoski zostało wysunięte żądanie, żeby Łyszczyński „wyjawił sądowi swoich zwolenników" ("sequaces judicialiter revelare"). Nuncjusz papieski domagał się, żeby więźnia wziąć na tortury i w ten sposób zmusić do podania nazwisk „wspólników" ("complices"). W odpowiedzi kancelarii królewskiej, udzielonej posłom brzeskim 10.3.1688 r., spotykamy wyrażenie: „iakieś nowe y niesłychanie obrzydłe Bogu y ludziom Atheistów sekty". Wyrażenie to spotykamy również na ostatniej karcie rękopisu Jana Chryzostoma Paska, który obiecywał, że jeszcze obszerniej opowie o „sekcie Łyszczyńskiego", ale właśnie w tym najciekawszym miejscu Pamiętników rękopis się urywa. Przy obecnym stanie badań nie potrafimy podać ani jednego nazwiska spośród uczniów i zwolenników Łyszczyńskiego. Miał wprawdzie obrońców, o których będzie jeszcze mowa, oraz licznych krewnych i powinowatych, którzy spowodowali, że prawie cała szlachta województwa brzeskolitewskiego stanęła w jego obronie, wysyłając do króla Jana III posłów (miecznika brzeskiego Piotra Piekarskiego i stolnika orszańskiego Piotra Galemskiego), domagających się uwolnienia go. Do obrońców Łyszczyńskiego jako podsędka brzeskiego należeli podkomorzy brzeskolitewski Eustachy Tyszkiewicz i pisarz ziemski brzeskolitewski Ludwik Konstanty Pociej. Ale obrońcy ci, broniąc Łyszczyńskiego, nie bronili jego poglądów, lecz tylko „złotej wolności szlacheckiej", zagrożonej — jak twierdzili — przez biskupów, którzy chcą do Polski wprowadzić na nowo świętą inkwizycję na wzór hiszpański. Nikt nie wypowiedział wówczas głośno przekonania, że złota wolność obejmuje także prawo szlachcica do publicznego głoszenia ateizmu. Trudno też przypuścić, żeby podzielano jego poglądy społeczno-polityczne. Już sam fakt nazwania stosunków społecznych między szlachtą a chłopami słowem „uciemiężenie" zawiera negatywną ocenę tych stosunków. Szlachta widziała przecież samą siebie w roli opiekunów i dobroczyńców ludu. Wprowadzenie do analizy słowa „uciemiężenie" było ze strony Łyszczyńskiego wyjściem poza klasową ograniczoność horyzontów szlacheckich, burzyło złudzenia, że poddaństwo i pańszczyzna są naturalnymi elementami społecznej harmonii. Przypomnijmy, że młodość Łyszczyńskiego przypadła na czasy wielkich buntów chłopskich, czasy Chmielnickiego. Klasy panujące w Polsce nie umiały wyciągnąć z tych historycznych doświadczeń żadnych wniosków. Ale Łyszczyński czegoś się z nich nauczył. Ateizm Łyszczyńskiego nie powinien nam przesłaniać innych składników jego światopoglądu. Łyszczyński dostrzegał bowiem nie tylko klasową funkcję religii, ale także klasową funkcję prawa i władzy królewskiej. Zaczęła więc w jego umyśle formować się wizja innego społeczeństwa — bez władców, bez panów, bez sędziów, bez duchowieństwa. Zauważył to oskarżyciel (albo teolog, który pomagał mu ułożyć mowę oskarżycielską). Pragnąc przekonać króla Jana III Sobieskiego o konieczności skazania Łyszczyńskiego na śmierć, zwrócił uwagę na to, że obraza majestatu Bożego jest ściśle związana z obrazą majestatu królewskiego, ponieważ ateizm wywraca ustanowiony przez Boga porządek społeczny. Wygłaszając 15.2.1689 r. — przed Królem i Sejmem — mowę oskarżycielską, Szymon Kurowicz Zabistowski powiedział: "[Łyszczyński jest] reus (winny) W[aszej] Kr[ólewskiej] Mości laesae Ma[ies]t[a]tis" (obrazy majestatu), reus blasphemiae (winny bluźnierstwa), bo krzywda Boska redundat (spada) na Namiestnika Jego". A stolnik bracławski Jan Brzoska napisał w donosie, że Łyszczyński "świata całego Regimen (porządek) od samego P[ana] Boga in tot Classes Regnorum et Monarchiarum (na tyle królestw i monarchii) rozporządzone z[g]mat[w]ał y pomieszał z Gramentami, chcąc mieć Orbem sine Rectore, Urbes sine Praetore, Populum sine Principe, Templa sine Pontifice, capitolia sine judice" (świat bez rządzącego nim Boga, miasta bez pana, lud bez władcy, świątynie bez kapłanów, trybunały bez sędziego). Zarzut, że Łyszczyński jest ateistą, został w ten sposób wzmocniony dodatkowym oskarżeniem, że Łyszczyński jest także wrogiem władzy i porządku społecznego. Użyte w tym zdaniu wyrażenie „z Gramentami" wskazuje, moim zdaniem, na fakt, że słowo to znajdowało się w jego rękopisie, a więc, że Łyszczyński znał renesansową utopię Pochwałę Garamantów, napisaną przez myśliciela hiszpańskiego Antonia de Guevara; po włosku wydał ją w 1542 r. Mambrino Roseo da Fabriano. W społeczeństwie Garamantów wszyscy byli wolni i równi, nie było tam próżniaków ani bogaczy, zgodnie z przekonaniem, że „szaleństwem jest czynić wielu nędzarzami, aby jeden mógł być bogaczem". Czy jednym z fundamentów ateizmu Łyszczyńskiego była renesansowa filozofia przyrody? Rozważania filozoficzne Łyszczyńskiego nie ograniczały się do religii. Są - pośrednie wprawdzie, ale ważkie — wskazania, że zajmował się także filozofią przyrody. Centralną kategorią swych rozważań o przyrodzie uczynił pojęcie „Natury". Starał się przywrócić przyrodzie te cechy, które zostały z niej wyalienowane w pojęciu Boga. Wiemy o tym z trzech różnych i niezależnych od siebie źródeł, mianowicie z Manifestów Wolskiego i Brzoski oraz ze wspomnień Rubinkowskiego. Jan Kazimierz Wolski wdał się z Łyszczyńskim w polemikę, pisząc: "zawrzay poszczękę piekielna larwo, sprośny Atheuszu, któryś wszystkie rzeczy tak dziwno stworzone operationi (działaniu) skazitelney natury et fetorum (i przypadków) przypisał dispositioni (układowi). Przypomniy sobie od samego świata początku cuda Boskie, opera supernaturalia (dzieła nadprzyrodzone), stworzenie człowieka (...) przypomniy w tropy nacieraiącą na świat pomstę Bożą, aquarum diluvium (potop wód): azaż to naturae sprawiła operatio (działanie przyrody)? Przypomniy pomieszanie języków przy budowaniu wieży Babilońskiey (...) jako Iozue niedoścignione słońca dla kończenia bitwy zatrzymał obroty (...) y tak wiele niezliczonych cudów Boskich, których się in volumine (w tomie) Pisma św. milionami doczytać możesz; azaż to natura albo nieme sprawiło fatum (los)? Nuż Świętych Bożych cudowne: nawrócenie św. Pawła; azaż to natura sporządziła? (...) Azaż w tym Anielskiem Chlebie natura albo fatum takowych dokazuje dziwności? Bogu samemu ta należy władza y wszechmocność, natura zaś ma dependencyą (zależność) od jego przenoświętszey woli". W Manifeście stolnika bracławskiego, Jana Brzoski, czytamy, że "erudita mens" (wykształcona umysłowość) Łyszczyńskiego "Boga z Nieba y całego okręgu Ziemie, z Majestatu Iego wypchnąwszy (...) Fatum na niebie zasadziła, a wszystko stworzoney naturze et pepetuae iey conservationi (i wiecznemu jej zachowaniu) bezrozumnie przypisała". W Janinie Jakuba Kazimierza Rubinkowskiego czytamy o Łyszczyńskim: „publicznie twierdził, że nie masz Boga ani takiey rzeczy, która by miała być Stworzeniem, ale że natura sama przezorna sukcesyą rodziła te wszystkie, co ie widziemy rzeczy; toż samo na piśmie ważył się napisać". Dodać do tego można zdanie z listu jezuity Ignacego Franciszka Zapolskiego do jezuity Jerzego Gengella, pisanego 19.11.1698 r., że Łyszczyński „wszystko sprowadzał do Natury" ("ille ormia in Naturam derivabat"). Na podstawie przytoczonych tekstów można wyciągnąć następujące wnioski: 1. W rozważaniach Łyszczyńskiego doniosłą rolę odgrywało pojęcie Natury. 2. W rękopisie Łyszczyńskiego znajdowały się takie wyrażenia jak: operatio Naturae (działania natury), perpetua conservatio Naturae (odwieczne zachowanie natury), „przezorna sukcesja Natury" (prawidłowe następstwo zjawisk po sobie), fatorum dispositio (układ przypadków). 3. Łyszczyński „wszystko sprowadzał do Natury" tzn. negował istnienie zjawisk nadnaturalnych i przywracał Naturze te atrybuty, które teologowie odbierali jej i przypisywali Bogu. Jaka była struktura filozofii Łyszczyńskiego? Mimo szczupłości źródeł, która sprawia, że z traktatu De non existentia Dei - liczącego 265 kart — znamy jedynie drobne okruchy, materiał ten pozwala przypuszczać, że w zakres zainteresowań Łyszczyńskiego wchodziło co najmniej sześć wyodrębnionych dziś działów filozofii. 1. Ontologia, której centralna kategorią jest Natura istniejąca wiecznie; wszystkie zjawiska mają charakter naturalny, dadzą się wyjaśnić „działaniami Natury" i „prawidłowym następstwem zjawisk"; na żadne cuda i zjawiska nadnaturalnie nie ma tu miejsca. 2. Filozofia języka, znajdująca swój wyraz w myśli Łyszczyńskiego, że nie wszystkim nazwom odpowiadają istniejące realnie byty, a więc, że niektóre nazwy maja charakter „chimeryczny", tzn. nie odpowiadają im żadne realne byty, ponieważ istnienie takich bytów jest niemożliwe; można je sobie tylko pomyśleć. 3. Antropologia filozoficzna, ujmująca człowieka jako „twórcę". Wydaje się, że Łyszczyński był jednym z pierwszych myślicieli polskich posługujących się takimi pojęciami, jak "homo creator" i "homines creatores". Człowiek, według tej antropologii, nie jest stworzony przez Boga, ale przeciwnie, to Bóg został stworzony przez umysł ludzki. 4. Aksjologia, w której najważniejszymi wartościami negatywnymi są „uciemiężenie" i „kłamstwo", będące narzędziem uciemiężenia, a najważniejszymi wartościami pozytywnymi — „prawda" i „wyzwolenie z uciemiężenia". 5. Ateistyczna krytyka religii, negująca istnienie Boga, diabła, cudy, opatrzność, nakazy i zakazy religijne, demaskująca społeczną funkcję religii. 6. Utopia społeczno-polityczna, wizja społeczeństwa bez władców, panów, sędziów, duchowieństwa, społeczeństwa opartego na prawdzie i wolności od uciemiężenia. Wzajemne powiązania między tymi dziedzinami filozoficznych refleksji Łyszczyńskiego mógłby zilustrować poniższy schemat: Andrzej Rusław Nowicki Ur. 1919. Filozof kultury, historyk filozofii i ateizmu, italianista, religioznawca, twórca ergantropijno-inkontrologicznego systemu „filozofii spotkań w rzeczach". Profesor emerytowany, związany dawniej z UW, UWr i UMCS. Współzałożyciel i prezes Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli oraz Polskiego Towarzystwa Religioznawczego. Założyciel i redaktor naczelny pisma "Euhemer". Następnie związany z wolnomularstwem (w latach 1997-2001 był Wielkim Mistrzem Wielkiego Wschodu Polski, obecnie Honorowy Wielki Mistrz). Jego prace obejmują ponad 1200 pozycji, w tym w języku polskim przeszło 1000, włoskim 142, reszta w 10 innych językach. Napisał ok. 50 książek. Specjalizacje: filozofia Bruna, Vaniniego i Trentowskiego; Witwicki oraz Łyszczyński. Zainteresowania: sny, Chiny, muzyka, portrety. Strona www autora Liczba tekstów na portalu: 47 Pokaż inne teksty autora Oryginał.. (//link (Ostatnia zmiana: 14-01-2007)

~Mordercy w habitach -

„Niech Żyje msza! Zabijajcie, zabijajcie!”. I to nazywamy dziejami zbawienia!!! 2. MORDOWANIE INACZEJ MYŚLĄCYCH Koło — ulubione narzędzie Inkwizycji, nazywanej przez katolików — świętą. W czasie inkwizycji wymordowano tysiące niewinnych ludzi. Wyprawy krzyżowe - czy na pewno Bóg tego chciał ? Spuścizną chrześcijaństwa są nieustające krwawe walki w imię ”miłości” do Boga We Francji dochodzi, w 1573 roku, okrzyk bojowy: „Niech Żyje msza! Zabijajcie, zabijajcie!”. W ciągu jednej nocy do zmasakrowania dwudziestu tysięcy hugenotów. „wyplenienia” ich — żądał Pius V; Grzegorz XIII zaś urządza z uciechy publiczne festyny i każe wybić okolicznościowy medal z wizerunkiem anioła, który zabija hugenota, na awersie i własną podobizną na odwrocie. Potem, po roku 1685, opuszcza Francję dwieście tysięcy hugenotów. Masowe przesiedlenia, banicje, emigracje obserwowane w XX wieku mają swoje wielkie precedensy już w średniowieczu, kiedy to w różne strony świata uciekają waldensi, humaniści, luteranie, erazmianie, baptyści, socynianie, antytrynitarze itd. rumburak.friko.pl

~Mordercy w habitach -

Baśniowy urok apokryfów Autor tekstu: Lucjan Ferus Każdy zainteresowany wie czym są apokryfy /choćby z krótkiej charakterystyki znajdującej się w Racjonaliście/. „Słownik wyrazów obcych" definiuje to krótko: „Apokryf — utwór o tematyce biblijnej, nie umieszczony w kanonie biblijnym". Kopaliński w swoim „Słowniku mitówŚ" dodaje jeszcze: „Nie uznane za "natchnione", włączone do greckiej /septuaginta/ i łacińskiej /wulgata/ wersji Biblii, ale nie istniejące w oryginale hebrajskim. Apokryfy Nowego Testamentu, pochodzące z najwcześniejszego okresu piśmiennictwa chrześcijańskiego, z II i III w., nabrały z czasem charakteru literatury ludowej, umoralniającej /.../ księgi zawierające wiedzę tajemną, ezoteryczną, niedostępną dla profanów". Zaś we wstępie do polskiego wydania „Apokryfów Nowego Testamentu" tak napisano: „Istnieje szeroko rozpowszechnione twierdzenie, że apokryfy powstawały dla zaspokojenia ludzkiej ciekawości, dla "uzupełnienia" Ewangelii kanonicznych w miejscach „nie dość szczegółowo przez nie opisanych". Uchylmy zatem rąbka tej ezoterycznej tajemnicy, bo uważam, iż warta jest poznania — choćby we fragmentach — i to nie tylko dlatego, abyśmy zaspokoili swoją ciekawość i nie czuli się profanami w tym względzie. Głównie dlatego, by poznać wspaniałą wyobraźnię i mentalność ludzi tworzących te umoralniające, apologetyczne teksty. Wyobraźnię — trzeba przyznać bezstronnie — niebanalną i nietuzinkową, jak i potrzebę przekonania niedowiarków do swych racji tak silną, iż nie wahali się autorzy owych tekstów przed niczym, nawet przed śmiesznością. Zresztą,Ś przekonajcie się sami na co stać ludzką wyobraźnię w zbożnym celu. Pierwszy tom „Apokryfów Nowego Testamentu" zaczyna się /jeśli nie liczyć paru „agraf" na wstępie/ Ewangelią Tomasza, która całkowicie składa się z wypowiedzi Jezusa. Jest tam parę ciekawych cytatów, które warto przytoczyć, jak choćby te: „Rzekł Jezus: "Jeśli ujrzycie takiego, którego nie zrodziła kobieta, padnijcie na wasze twarze, uczcijcie go — ten jest waszym ojcem". „Spytali Go uczniowie Jego: "Obrzezanie jest pożyteczne, czy nie?" Odrzekł im: „Gdyby było potrzebne, ojcowie płodziliby obrzezanych w ich matkach, ale obrzezanie w Duchu znalazło prawdziwie pełny pożytek". „Rzekł im Szymon Piotr: "Niech Mariham odejdzie od nas. Kobiety nie są godne życia". Rzekł Jezus: „Oto poprowadzę ją, aby uczynić ją mężczyzną, aby stała się sama duchem żywym, podobnym do was, mężczyzn. Każda kobieta, która uczyni siebie mężczyzną, wejdzie do królestwa niebios". Ciekawe podejście do płciowości człowieka, której notabene pomysłodawcą i wykonawcą był sam Bóg, nieprawdaż? Dalej będzie tylko lepiej. Zacznijmy więc od rodziców Maryi, późniejszej Matki Bożej, czyli od Ewangelii Pseudo — Mateusza: „W owych czasach żył w Jerozolimie mąż imieniem Joachim z pokolenia Judy. /.../ Zajmował się jedynie swoją trzodą, a korzyści jakie z niej miał, przeznaczał dla wszystkich bojących się Boga: podwójne ofiary składał tym, którzy żyli w bojaźni i nauce bożej, pojedyncze zaś przeznaczał zaś dla posługujących. Wszystkie swe dochody /.../ dzielił na trzy części: jedną część rozdawał wdowom, sierotom, podróżnym i ubogim, drugą przeznaczał dla służących Bogu, trzecią zaś zachowywał dla siebie i dla swoich domowników. /.../ Kiedy miał lat dwadzieścia, wziął za żonę Annę, córkę Isachara, która pochodziła z tego samego pokolenia, to jest z pokolenia Dawida. I żył z nią w małżeństwie dwadzieścia lat, nie mając z nią jednak ani synów, ani córek". Potem jest opis jak to bezdzietna Anna /wstyd i sromota w tamtejszej kulturze/ płakała i modliła się do Boga Izraela o potomka, czyniąc mu przy okazji wyrzuty, iż obdarzył potomstwem wszystkie swoje stworzenia tylko o niej zapomniał. Aż ukazał się jej anioł i pocieszył aby się nie martwiła, gdyż Bóg uwzględnił ją w swoich planach. Następnie ten sam anioł ukazał się Joachimowi, który przebywał daleko w górach, wstydząc się wracać do swojej bezpłodnej małżonki, czując się odrzuconym przez Boga i wzgardzonym. I anioł ów rzekł do niego: „Jestem aniołem bożym. Ukazałem się twojej żonie, kiedy płakała i modliła się i pocieszyłem ją. Wiedz, że ona poczęła ci córkę z nasienia twego. /.../ Dlatego zejdź z gór i wracaj do małżonki twej, a znajdziesz ją brzemienną. Wzbudził bowiem Bóg potomka z niej, za co winieneś okazać mu swą wdzięczność". /Skąd Anna wzięła jego nasienie, anioł już nie wyjaśnia, a Joachim przezornie nie pyta o to/. Potem jest opis przekonywania przez anioła wahającego się Joachima, czy powinien wrócić, ich długiego powrotu z dalekich pastwisk, powitania Joachima przez uszczęśliwioną Annę /uprzedzoną przez anioła o powrocie męża/, chwalącą się tym niespodziewanym i niepokalanym poczęciem: „I wielka radość ogarnęła wszystkich sąsiadów i znajomych, cała kraina Izraela cieszyła się z tej wieści. Po dziewięciu zaś miesiącach Anna porodziła córkę i nadała jej imię Maryja. Kiedy Maryja miała trzy lata, Joachim i jego żona Anna udali się razem z nią do świątyni Pańskiej. /.../ Wtedy Anna napełniona Duchem Świętym wobec wszystkich zawołała: "Pan Bóg /.../ wysłuchał prośby nasze i oddalił od nas szyderstwa nieprzyjaciół naszych. Niepłodna stała się matką i sprawiła radość i wesele w Izraelu. Teraz będę mogła składać Panu ofiary i nie zabronią mi tego nieprzyjaciele moi." /.../ Cały zaś lud był pełen podziwu dla Maryi. Chociaż liczyła zaledwie trzy lata, kroki jej były już tak pewne, słowa tak mądre, a modlitwa tak doskonała, że można ją było wziąć za dorosła, a nie za dziecko. Modliła się tak długo, jakby miała już trzydzieści lat. Twarz jej lśniła jak śnieg i z trudem można było na nią patrzeć. /.../ Przyjęła sobie taką regułę życia, że od rana aż do trzeciej godziny modliła się, od godziny trzeciej aż do dziewiątej zajmowała się tkaniem, a od dziewiątej ponownie wracała do modlitwy aż do momentu, kiedy ukazywał się jej anioł Pański, z którego rąk przyjmowała posiłek. Tak coraz bardziej udoskonalała się w oddawaniu chwały Bożej". Po wyliczeniu jeszcze wielu jej cnót i zalet, napisano: „Bezustannie chwaliła Boga /.../ Maryja posilała się jedynie tym pokarmem, który otrzymywała codziennie od anioła, pożywienie, które dawali jej kapłani rozdawała ubogim. Często widziano ją, jak rozmawiała z aniołami, którzy usługiwali jej z wielką serdecznością". Kiedy Maryja miała czternaście lat ukazał się jej anioł, zapowiadając ważne wydarzenie w jej życiu. Po trzech dniach ten sam anioł przyszedł do niej pod postacią pięknego młodzieńca /Maryja teraz wielce się przeraziła/ i już bardziej konkretnie sprecyzował jej rolę w bożych planach, mówiąc: „Nie lękaj się Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz w łonie i porodzisz króla, który będzie panował nie tylko na ziemi, lecz i w niebie i będzie rządził na wieki wieków". Teraz przenieśmy się do Ewangelii Gruzińskiej, gdzie nieco inaczej przedstawiono owo zwiastowanie Maryi przez anioła Bożego. Po dłuższym wstępie, w którym nawiązuje on do niechlubnego epizodu z raju, podczas którego anioł Boży /pod postacią węża/ skusił Ewę i wytłumaczeniu, iż nie jest on owym Szatanem, wypowiada takie ostrzeżenie: „Jeżeli nie będziesz mi wierzyła, zostaniesz ukarana jak Zachariasz". Gdy Maryja usłyszała te słowa od anioła, zlękła się, ukorzyła i odpowiedziała: „Nie mam w sobie miejsca dla słów Szatana; a jeżeli jesteś aniołem, niech się spełni według słowa twego; jestem służebnicą Pana". /przypomnę, że Zachariasz został ukarany niemotą, stracił mowę na czas jakiś/. Anioł wyraźnie usatysfakcjonowany postawą Maryi nakazał jej natychmiast udać się do swojej kuzynki Elżbiety, aby poznać od niej cud swojego dziecka, lecz nikomu więcej tym się nie chwalić. Potem jest opis jak to kapłani nakazali Józefowi przygotować się do ślubu z Maryją. Jednakże nabrawszy podejrzeń, iż jest ona w ciąży /diakon to zauważył/, postanowili poddać próbie „gorzkiej wody" wpierw Józefa, potem Maryję. Józefowi — o dziwo — wcale to nie zaszkodziło. Więc mając niezbity dowód jego niewinności, zwrócili się do Maryi: „Nie zdołasz się wyratować z naszych rąk, jeżeli nie powiesz prawdy, kto jest przyczyną twej brzemienności; jeżeli powiesz, to otrzymasz tego człowieka za męża, a jeśli nie, to zostaniesz spalona, aby takich rzeczy nikt nie czynił". Wtedy Maryja odrzekła z płaczem: „Jeśli powiem prawdę, może mi nie uwierzycie, ale ja mam Boga i archanioła Gabriela na świadków, że nie znam człowieka, a jestem w ciąży od dnia zwiastowania". Poczem opowiedziała o wszystkim kapłanom. Kapłani naradzali się przez dłuższy czas pomiędzy sobą, następnie zaś powiedzieli: „To prawda, że Chrystus ma się narodzić z dziewicy, ale tutaj nie wydaje się to wiarygodne, ponieważ, jeśli ta dziewica była przeznaczoną na to, aby zrodzić Chrystusa, to powinna była począć go wtedy, gdy była tu przy bożnicy. To zastrzeżenie przekonało wszystkich, toteż nie uwierzyli oni Maryi i rzekli do niej: "Nie wierzymy w słowa któreś wypowiedziała i damy ci się napić gorzkiej wody". Maryja wypiła tę wodę, lecz to jej nie zaszkodziło /była to woda wydobyta niegdyś przez Mojżesza, a nazywana wodą klątwy, gdyż jeśli ktoś będąc winnym, napił się tej wody, to brzuch mu pękał; niewinny zaś nie doznawał żadnej szkody/. Kapłani jednak jeszcze nie chcieli uwierzyć i kazali pewnej kobiecie zbadać Maryję mówiąc: „Zbadaj ją, czy ona jest dziewicą, czy nie". Po zbadaniu kobieta powiedziała kapłanom: „Ta niewiasta jest dziewicą, ale w ciąży, w łonie jej porusza się dziecko". Gdy kapłani usłyszeli to, przywołali Józefa, oddali mu Maryję i rzekli: "Zabierz ją do domu i opiekuj się nią, dopóki ona nie urodzi syna, potem zaś zobaczymy co będzie"" I Józef zabrał Maryję do domu"" W dalszej części opisana jest historia z trzema królami /nie będę jej cytował, przytoczyłem ją w „Gwieździe Betlejemskiej"/, potem jest opis perypetii jakie towarzyszyły przygotowaniom i samemu porodowi, mimo nieustannej pomocy anioła Bożego. W końcu urodziło się dziecię: "było to w czwartek 6 stycznia, o północy" /w przypisach objaśniono: dzień 6 stycznia był obchodzony w kościołach starożytnych jako święto Bożego Narodzenia/. Zakończenie tej historii jest takie: „Gwiazda, która prowadziła królów, zatrzymała się nad skałą, gdzie znajdowało się dziecię; wtedy poznali oni, że tam właśnie narodził się Chrystus. Było jeszcze bardzo wcześnie i ciemno, gdy zeszli oni z koni, zagrali na zurnach i nagharach, z radością wielką wysławiali Boga i wołali: "Niech będzie błogosławiony Bóg, który uczynił nas godnymi osiągnięcia pożądanego celu". Gdy Józef i Maryja usłyszeli dźwięki zurny i naghary wyjrzeli z groty, a ujrzawszy wojsko, pozostawili niemowlę w żłobie i uciekli. Gdy żołnierze to spostrzegli, poczęli wołać: „Dokąd uciekacie? Czego boicie się? Powiedzcie nam, gdzie się narodził Chrystus?" Wtedy Maryja powróciła, wzięła niemowlę i położyła je na kolanach, Józef zaś wskazał im skałę, gdzie znajdował się Jezus". Natomiast w Protoewangelii Jakuba nieco inaczej i bardziej barwnie opisano te wydarzenia: "Ja Józef szedłem i nie szedłem. I podniosłem oczy na firmament, i zobaczyłem że stanął, i spojrzałem w powietrze, i ujrzałem, że jest pełne zdumienia, i ptactwo niebios zakrzepło w locie. I skierowałem oczy na ziemie, i ujrzałem misę leżącą i robotników spoczywających przy posiłku i ręce ich były w misie. I ci, którzy gryźli pokarm nie gryźli go, i ci, którzy go nabierali, nie podnosili rąk, i ci, którzy nieśli do ust, nie donieśli, ale wszyscy mieli oblicza wzniesione i patrzyli w górę. I ujrzałem jak pędzono owce, i stanęły owce, i podniósł pasterz rękę, aby je uderzyć, i zamarła ręka wzniesiona do góry. I zwróciłem oczy na prąd rzeki, i ujrzałem kozły, które przytknęły pyski do wody i nie piły. I wszystko pobudzone nagle podjęło znowu swój bieg". To było wtedy, kiedy Józef wyszedł szukać położnej /musiała być z Hebrajczyków/, która mogłaby odebrać poród. Kiedy ją znalazł, przyszli razem do groty, gdzie zostawił Maryję. „I odeszła z nim, i stanęła wewnątrz groty. I była tam ciemna chmura, która osłoniła jaskinię. I rzekła położna: "Dziś dusza moja została wywyższona, bo moje oczy ujrzały dziś rzeczy przekraczające wszelkie pojęcie, ponieważ zbawienie narodziło się dla Izraela". I natychmiast chmura poczęła znikać z jaskini, a w jaskini pojawiło się tak wielkie światło, że oczy nie mogły go znieść. I wkrótce światło to poczęło znikać, aż ukazało się dziecię i zbliżyło się, i zaczęło ssać pierś swej matki. /.../ I wyszła położna z jaskini, i spotkała ją Salome. I położna rzekła do niej: „Salome, Salome, mam ci do opowiedzenia cud niezwykły: dziewica porodziła, do czego z natury nie jest zdolna"." I rzekła Salome: „Na Boga żywego, jeśli nie włożę palca mojego i nie zbadam jej przyrodzenia, nie uwierzę, że dziewica porodziła". I weszła położna do jaskini i rzekła: „Maryjo ułóż się odpowiednio, niemały bowiem spór toczy się w twojej sprawie". I Maryja usłyszawszy to ułożyła się odpowiednio, i włożyła Salome palec w jej przyrodzenie. I Salome wydała okrzyk i rzekła: „Biada mi bezbożnej i niewiernej, bom kusiła Boga żywego. Oto ręka moja palona ogniem odpada ode mnie". Na szczęście wszystko dobrze się kończy; niewiernej /a raczej niedowierzającej/ Salome Bóg wybacza ten niewytłumaczalny w tym przypadku pęd do wiedzy, a anioł każe jej zbliżyć rękę do dzieciątka, w celu uzdrowienia jej. „I natychmiast Salome została uzdrowiona i wyszła z jaskini usprawiedliwiona" /?!/ Dalszy ciąg będzie z Ewangelii Pseudo-Mateusza: „Józef i Maryja szóstego dnia udali się do Betlejem, gdzie spędzili siódmy dzień. Ósmego zaś dnia obrzezali dzieciątko i nadali mu imię Jezus /.../ Kiedy zbliżał się czas oczyszczenia Maryi, Józef zgodnie z prawem Mojżesza przyniósł dzieciątko do świątyni Pańskiej". Zastanawiające prawda? Matka Boża także podlegała rytuałowi oczyszczenia, kto by pomyślał! Następne strony tejże Ewangelii opisują barwne dzieciństwo Jezusa, ale wcześniej przytoczę fragment z Ewangelii Dzieciństwa Ormiańskiej dotyczący rzezi niewiniątek: „Wszyscy dowódcy i komendanci wojsk zebrali się wokół niego wraz ze swoimi mieczami i bronią, a byli w liczbie miliona. Wyjechali w drogę, krążyli po wszystkich miejscach i zabijali wszystkie niemowlęta, które znaleźli w osiemdziesięciu trzech wioskach w liczbie około trzynastu tysięcy sześćdziesięciu. Bezbożny tyran uczynił tak z powodu Jezusa, mając nadzieję, że Jezus znajdzie się w ich liczbie". /76 żołnierzy na jedno niemowlę, niezły wynik!/ Wracając zaś do tematu: „Kiedy przybyli do pewnej groty i chcieli w niej odpocząć, Maryja zeszła z osiołka i siadła trzymając na kolanach Jezusa. /.../ Nagle z groty wyszło wiele smoków, na których widok dzieci zaczęły krzyczeć ze strachu. Wtedy Jezus zsunąwszy się z kolan matki, stanął przed smokami, one zaś oddały mu hołd i odeszły. /.../ Podobnie lwy i lamparty z czcią padały przed nim i towarzyszyły im na pustyni /.../ a przez pochylenie głowy oddawały pokłon Jezusowi. Maryja zlękła się bardzo /../ Dziecię zaś Jezus z uśmiechem spoglądając na nią powiedziało: "Nie bój się matko, podążają bowiem one z nami nie dla zguby, lecz dla posługi twojej". /../ Po trzech dniach takiego podróżowania Maryja poczuła zmęczenie od nadmiernego żaru na pustyni. Widząc palmę powiedziała do Józefa: „Odpocznę nieco pod jej cieniem". /.../ Kiedy Maryja spoczęła pod drzewem przyglądając się liściom palmy dostrzegła wiele owoców i powiedziała do Józefa: „Chciałabym, jeśli to możliwe, pokosztować owoców tej palmy" /.../ Wtedy dziecię Jezus spoczywając uśmiechnięte na łonie matki powiedziało do palmy: „Pochyl się drzewo, posil swoimi owocami moją matkę". I na te słowa natychmiast palma nachyliła swój wierzchołek aż do stóp Maryi i zebrali z niej owoce, którymi wszyscy się posilili. /.../ Kiedy zaś wędrowali dalej, Józef powiedział mu: „Panie bardzo dokucza nam upał. Jeżeli tobie się podoba, pójdziemy nad brzegiem morza. Przechodząc bowiem przez miasta nadmorskie będziemy mogli nieco odpocząć". Jezus odpowiedział: „Nie obawiaj się o to Józefie, tak skrócę wam drogę, że w ciągu jednego dnia przejdziecie tyle, ile można przejść w ciągu trzydziestu dni". Gdy to powiedział, oto przed ich oczyma ukazały się wzgórza i miasta egipskie. Szczęśliwi i uradowani dotarli do granic Hermopolis i /.../ wstąpili do świątyni, zwanej kapitolem egipskim. W świątyni tej stało trzysta siedemdziesiąt pięć posągów bóstw, którym codziennie w obrzędach bałwochwalczych składano cześć boską. Gdy błogosławiona Maryja weszła z dzieciątkiem do świątyni, stało się tak, iż wszystkie posągi bóstw padły na ziemię. Wszystkie leżały z doszczętnie rozbitymi i strzaskanymi obliczami. W ten sposób jawnie okazała się ich nicość. /.../ Po powrocie z Egiptu Jezus przebywał w Galilei, licząc już czwarty rok życia. Pewnego szabatu bawił się wraz z dziećmi nad brzegiem Jordanu. Siadłszy na ziemi wybudował w piasku siedem stawów i połączył je kanałami, przez które na jego rozkaz wody rzeki dopływały do stawu i odpływały zeń. Jeden z chłopców, syn diabła, na złość zamknął otwory, którymi wpływały wody do stawów, i zniszczył całe dzieło Jezusa. Na to Jezus rzekł: „Biada ci synu śmierci, synu szatana. Niszczysz to, com zrobił". I natychmiast zmarł ten, który to uczynił. /.../ Gdy zaś matka przyszła do niego, zapytała go: „Panie mój, co on ci uczynił, że umarł?" A on rzekł: „Godzien jest śmierci, ponieważ zniszczył dzieło, które wykonałem". Jednak na usilne prośby swojej matki /Józef przyznał się jej skrycie, iż boi się zwrócić mu uwagę/, Jezus wspaniałomyślnie ożywia zmarłego kopnięciem prawej nogi, mówiąc przy tym: „Powstań, synu nieprawości. Nie jesteś godny wejść do spoczynku Ojca mego, ponieważ zniszczyłeś dzieło, które wykonałem." A kiedy ów chłopiec powtórnie psuje dzieło Jezusa, ten przeklina go. „I wnet chłopiec ów wobec wszystkich stał się suchy i wkrótce zmarł. Józef zaś zalękniony zabrał ze sobą Jezusa i wraz z matką jego udał się do swego domu. Wtem z przeciwnej strony wybiegł pewien chłopiec, sam sługa nieprawości, i rzucił się na barki Jezusowi pragnąc go ośmieszyć lub wyrządzić mu krzywdę jeśliby mógł. Jezus rzekł do niego: "Nie powrócisz już zdrowy z drogi, którą idziesz". I natychmiast padł i skonał. Rodzice zmarłego widząc co się stało, zaczęli krzyczeć: /.../ „Zabierz Jezusa stąd. Nie może on bowiem mieszkać razem z nami w tym mieście. Albo raczej naucz go błogosławić, a nie złorzeczyć". Potem są opisane perypetie żydowskiego nauczyciela Zachyasa, który chciał nauczyć Jezusa nauki żydowskiej, ale jego odpowiedź zdumiała go w najwyższym stopniu. „Faryzeusze zaś mówili: "Nigdy nie słyszeliśmy takich słów z ust dziecka w takim wieku". Po tych wydarzeniach Józef i Maryja wraz z Jezusem odeszli do miasta Nazaret. /.../ Wydarzyło się, gdy Jezus miał sześć lat, że posłała go matka jego z dzbanem do źródła, by razem z dziećmi przyniósł wodę. Kiedy czerpał wodę, jedno z dzieci uderzyło go i wytrąciło mu dzban, który upadł na ziemię i potłukł się. Wtedy Jezus rozciągnął płaszcz, który miał na sobie, nabrał doń tyle wody, ile było w dzbanie i zaniósł ją swej matce. /.../ Kiedy indziej znów wyszedł na pole i przyniósł nieco pszenicy z spichlerza swej matce, i zasiał ją. Zboże wzeszło, wyrosło i obrodziło obficie. A Jezus żął je i zebrał trzy kory ziarna, i obdarował nim wielu znajomych". W dalszej części jest piękny opis jak ośmioletni Jezus wyprowadza rodzinę lwów w bezpieczne miejsce, czyniąc przy okazji wyrzuty zgromadzonym ludziom, iż dzikie zwierzęta się na nim poznały /pokornie oddawały mu pokłon i były łagodne jak baranki/, a ludzie stworzeni na obraz i podobieństwo boskie, nie chcą rozpoznać w nim swego pana. „Po tych słowach Jezus na oczach wszystkich przeszedł wraz z lwami Jordan, a woda w rzece rozstąpiła się na prawo i na lewo". Następnie opisany jest epizod rzemieślniczy, kiedy to Józefowi cieśli , pomocnik urżnął za krótką deskę, za co ten zganił go. „A Jezus widząc go tak wzburzonego z powodu niemożności wykonania zleconej pracy dobrotliwie przemówił do niego: "Weźmy końce poszczególnych desek i przyłóżmy je do siebie, możemy bowiem je wyrównać". Józef przystał na jego żądanie. Wiedział bowiem, że może on uczynić cokolwiek zechce. Chwycił więc końce desek i przytknął do ściany blisko siebie, a Jezus trzymając deski z drugiej strony, podciągnął do siebie krótszą i wyrównał ją z dłuższą. /.../ Po raz wtóry lud domagał się, aby Józef i Maryja posłali Jezusa na naukę do szkoły. Ponieważ nie mogli się od tego wymówić, przyprowadzili go zgodnie ze zwyczajem przodków do nauczyciela, aby u niego uczył się mądrości ludzkiej". Jednak już pierwsza wymiana słów pomiędzy nimi, doprowadziła do brzemiennego w skutkach nieporozumienia. „Rozgniewany tym nauczyciel uderzył Jezusa. A zaledwie go uderzył, zmarł. /.../ Po raz trzeci Żydzi domagali się, aby Maryja i Józef swoim wpływem zachęcili Jezusa do nauki i zaprowadzili go do innego nauczyciela". Ale i w tym przypadku, jak było do przewidzenia nic z tych nauk nie wyszło, bo miast nauczyciel uczyć Jezusa, ten nauczał zgromadzonych tam ludzi. „Skoro Józef o tym usłyszał, szybko przybiegł do Jezusa, bojąc się, aby i ten nauczyciel nie umarł. Nauczyciel zaś powiedział mu: "Nie dałeś mi ucznia, lecz nauczyciela. Czy ktoś może pojąć jego słowa?" /.../ Wkrótce Józef z Maryją i Jezusem opuścili tę okolicę, by udać się nad morze do Kafarnaum, bowiem niechęć ludzka wzrastała przeciwko nim". Potem jest opisana historia jak Józef na polecenie Jezusa i w jego imieniu wskrzesił swego imiennika, kładąc swoją chustę na twarzy zmarłego. „I natychmiast powstał umarły z łoża pytając, kim jest Jezus". A jeszcze dalej opisano jak Jezus uzdrowił Jakuba, którego wąż ukąsił w rękę, a samego węża na miejscu położył trupem. Na tym mniej więcej kończy się Ewangelia Pseudo-Mateusza. Natomiast w Ewangelii Dzieciństwa Tomasza powtórzone są w zasadzie te same cudowne wyczyny małego Jezusa w nieco zmienionych wersjach. Ale są też inne w tamtej nie opisane, jak np. te: „Jezus chodzi po promieniu słonecznym. I znowu Pan nasz uczynił cud. Gdy promień słońca wszedł przez okno, Pan Jezus usiadł na promieniu i poszedł na wschód i na zachód tak daleko, jak tylko dochodził promień słońca. I po tych dniach bawił się Jezus na jakimś budynku, na wieży. Promień słońca wpadł przez dziurkę od klucza do wnętrza. Jezus więc wskoczył na promień i usiadł na nim. Inne dziecko ujrzało to i chciało wraz z Jezusem usiąść na promieniu. Przy tym jednak spadło z wieży i umarło. /.../ Pan Jezus burzy bałwany. Potem Jezus przechodził pośród grupy ustawionych posągów bożków i spadła na niego cegła z budynku. Wtedy rzekł Jezus: "Rozpadnij się źle zbudowany budynku!" I w tej samej chwili została zniszczona świątynia bożków. Wtedy rzekł on znowu: „Teraz powinna zostać odbudowana jako porządny budynek, a nie jako mieszkanie szatana". I natychmiast została pięknie odbudowana". Potem jest opis jak Jezus był uczniem lekarza, ale ponieważ uzdrawiał — jak by się wydawało — nieuleczalnie chorych, lekarz ów „przywołał Józefa i rzekł doń: "Zabierz swojego syna i weź go stąd, ponieważ on może zniszczyć ludzką sztukę leczenia". Józef zabrał dziecko ze sobą i zaprowadził je do swego domu. /.../ Innym razem przechodził Jezus przez tłum Żydów i zapytał: „Gdzie są wasze dzieci?" Oni odpowiedzieli: „One właśnie bawią się w chlewni. Zostały zamknięte w chlewie". Jezus wszedł do chlewa i zapytał: „Kto tam jest?" One rzekły: „Tu są świnie". Wtedy rzekł Jezus: „Stańcie się świniami!" I natychmiast stały się świniami". W Ewangelii Dzieciństwa Ormiańskiej, opisano jak rodzice oddali Jezusa na naukę farbiarstwa. Kiedy mistrz farbiarski wyjechał z miasta, powierzając małemu Jezusowi opiekę nad zakładem, ten wrzucił do kadzi z niebieską farbą wszystkie tkaniny przeznaczone do barwienia i poszedł bawić się z dziećmi. A zabawiał się z nimi — trzeba mu to przyznać — w dość oryginalny sposób: „Mocując się razem z nimi sprawiał im zdrętwienie nerwu udowego tak, że dzieci padały twarzą na ziemię i nie mogły już chodzić wyprostowane. Następnie wkładał na nich ręce i wstawały na nogi. Innym razem oślepiał dzieci dmuchając im w twarz. Później wkładał na nie ręce i przywracał światło im oczom. Lub też brał do ręki kawałek drzewa i rzucał go w środek dzieci. Drzewo zamieniało się w węża, a dzieci wszystkie uciekały. /.../ Wkładał też swój palec w uszy dzieci, a one stawały się głuche. Następnie dmuchał na nich i przywracał im słuch. Brał do ręki kamień, dmuchał na niego, a on stawał się rozpalony jak ogień. Rzucał go przed dzieci i on pokrywał się kurzem jak zeschnięty krzak. Potem brał go do ręki i kamień zmieniał się, wracając do poprzedniego stanu." Kiedy mistrz farbiarski powrócił i zobaczył co Jezus uczynił z tkaninami, o mało co szlag nie trafił go na miejscu; złorzeczył Jezusowi i jego rodzicom, wyrywając sobie włosy z głowy /groziła mu kara grzywny w wysokości 5 tys. denarów/. Jednak Jezus nie przejmował się tym wcale, jakby nie pojmując jego wzburzenia i złości. Zrobił tak specjalnie aby zademonstrować wszystkim jeszcze jeden swój cud: zaczął wyciągać z kadzi tkaniny lśniące i jaśniejące pięknymi kolorami o najrozmaitszych nazwach. Mistrz farbiarski „nie pojął tego cudu. Z wielkim gniewem zgrzytał zębami przeciw Jezusowi i warcząc jak dzikie zwierzę chciał uderzyć Jezusa. Jezus zapytał: "Dlaczego wpadłeś w taką furię? Jakie zło dostrzegłeś we mnie? Izrael słysząc to, porwał korzec i zamachnął się, aby uderzyć Jezusa. Widząc to Jezus uciekł stamtąd. Izrael rzucił za Jezusem korcem, który go jednak nie dosięgnął i uderzył w ziemię i w tym samym momencie korzec zapuścił korzenie i stał się drzewem, zakwitł i wydał owoce. Istnieje ono jeszcze dzisiaj. Jezus wyrwał się, przebiegł bramę miasta i zatrzymał się w swym biegu nad morzem. I chodził po morzy, jakoby po ziemi". Jednak cała ta długa i barwnie opisana historia kończy się szczęśliwie, gdy mistrz farbiarski uspokoiwszy się już nieco sam zagląda do kadzi i na własne oczy widzi wszystkie tkaniny pokolorowane dokładnie według poleceń od właścicieli. Wszyscy, którzy potem odbierali swoje tkaniny byli nimi zachwyceni; „Powrócili do domów i powiedzieli: "Zaprawdę to jest cud i dzieło Boże, a nie dzieło człowieka". I wielu uwierzyło w jego imię". W rozdziale XXII tej samej Ewangelii /Ormiańska/, opisane są dziecięce figle małego Jezusa /miał wtedy 10 lat/. Przytoczę jeden z nich; „Jezus rzekł: "Powstańcie i chodźmy". Dzieci podniosły się i zgodnie poszły w pewne miejsce. Była tam wysoka skała. Jezus stanął naprzeciw niej i polecił skale, aby zniżyła swój szczyt. Usiadł na nim i skała powróciła do poprzedniego położenia. Dzieci zakrzyknęły, otoczyły dookoła skałę i patrzyły na Jezusa. On polecił skale zniżyć szczyt i zszedł z niej." Potem jest długa opowieść o dziecku, które zostało wepchnięte do studni, ponosząc śmierć na miejscu i o surowym sędzim, który oskarżył o tę zbrodnię wpierw inne dzieci, potem Jezusa. Ten broniąc się ożywił zabite dziecko, które wskazało winnego; swego kuzyna Sarakę. „Dziecko pozostało przy życiu aż do wieczora, czas wystarczający, aby tłum ludzi przyszedł zobaczyć cud dokonany przez Jezusa. Wszyscy przychodzili aby paść do stóp Jezusa, padali przed nim na twarz i wyznawali swoje grzechy". Następnie Jezus nakazał dziecku „zasnąć" z powrotem. Kiedy rodzice dziecka i zgromadzeni tam ludzie „rzucili się do jego nóg i błagali go mówiąc: "Przywróć życie zmarłemu!" Jezus nie zgodził się jednak i powiedział: „Chcieliście mnie niesprawiedliwie oskarżyć mimo mojej niewinności, lecz moja sprawiedliwość wybawiła mnie od śmierci". I mówiąc te słowa znikł im z oczu. Józef wypuszczony z więzienia, w milczeniu powrócił do domu i opowiedział Maryi o dziwach dokonanych przez Jezusa". W dalszej części jest jeszcze dużo opisanych zadziwiających i cudownych rzeczy, uczynionych przez małego Jezusa, jak; uzdrawianie chorych /w tym trędowatego/, sprawiedliwe rozsądzenie dwóch braci oraz dwóch żołnierzy i tym podobne opowieści, na których kończy się pierwszy tom „Apokryfów Ś". Lucjan Ferus Autor opowiadań fantastyczno-teologicznych. Publicysta Racjonalisty Liczba tekstów na portalu: 73 Pokaż inne teksty autora Oryginał.. (//link (Ostatnia zmiana: 16-08-2006)

~szept -

witam,,,,mam kontakt z wszystkimi szeptuchami z podlasia,,woze ,umawiam,doradzam od kilkunastu lat,,wiem ktora jest skuteczna,w jakim stopniu i od jakiego problemu,choroby pomaga,,chcetnie odpowiem na wszystkie pytania,,które prosze kierowac na poczte szeptuchy@wp.pl

~amaterasu -

Przepis na Boga Autor tekstu: Piotr Drobner Jeden dzień wcześniej oczyść stół z prawdy i rzeczywistości. Weź ekstrakt nicości, destylat próżni i sedno kłamstwa. Dodaj niebytu do woli i kilka szczypt niczego. Mieszając, dosypuj emanację niewidzialności i absurd nieobecności, aż do uzyskania iluzji nieskończonego nieistnienia. Posyp przygarścią bezdennej pustki i odrobiną wiecznego milczenia. Dopraw ciemnością do cna i niespełnialnymi złudzeniami do smaku. Wlej uprzednio przygotowany wyciąg z zapomnienia i wywar z bezmyślności. Ugniataj teraz razem z krztą urojeń na wzór bezcielesności i podobieństwo bezkształtu, aż do całkowitego zaniku wszelkich cech bzdury. Zanim wyschnie obsyp mrokiem i banałem z dużym dodatkiem wiekuistej ciszy. Koniecznie dosyp garść niezrozumiałego nonsensu i nieprzejrzaną czerń oszustwa. Nie zapomnij udekorować kryształkami omamów i natchnionych wizji. Po wyschnięciu polukruj rozwodnionym brakiem prawdy. Podawaj wraz z kłamstwem w dwóch palcach wprost na język. racjonalista.pl

~Sława ! Sława ! Sława ! -

Judeochrześcijaństwo i nauka Autor tekstu: Zenon Kosidowski Geocentryzm i antropocentryzm, którego Kościół kurczowo się trzymał przez wieki na przekór wielkim odkryciom astronomów, począł się gdzieś w mrokach zamierzchłej przeszłości wśród wędrownych pasterzy semickich. Ich ustrój rodowy oparty był na patriarchacie, toteż przez analogię wyobrażali sobie, iż również całym światem rządzi — na podobieństwo ich plemiennego szejka — brodaty, sędziwy starzec, Bóg-Ojciec. On stworzył na swoje podobieństwo mężczyznę i dla towarzystwa obdarzył go niewiastą. Ziemia, niebo, słońce, księżyc, gwiazdy, morze i zwierzęta, wszystko, co powstało z nicości, przeznaczone było na użytek człowieka. Wszechświat w pojęciu tych prostodusznych pasterzy był oczywiście mały. W ich naiwnych umysłach nie mieściła się wchodząca już w abstrakcję koncepcja kosmicznych wymiarów, ponieważ wykraczała ona poza sferę ich codziennych doświadczeń zmysłowych. Ziemia była w ich wyobrażeniach płaską, otoczoną wodami wyspą; niebo wisiało nad nimi tak nisko, że aniołowie wchodzili w jego progi po zwykłej drabinie, a ludziom udałoby się o mało co dotrzeć tam szczytem wieży Babel, tylko że Bóg pokrzyżował ich plany, uciekając się do fortelu pomieszania im języków i w ten sposób unicestwiając jej budowę. Interweniował on zresztą przy lada okazji w najbardziej intymne sprawy ludzkie: swatał małżeństwa, mieszał się w niesnaski rodowe, gromił, upominał, a nawet osobiście prowadził swój lud do boju. Na ziemi roiło się od aniołów i diabłów, a tuż pod ziemią kryło się piekło, przybytek szatana, którego zadaniem było prowokowanie ludzi do grzechu. Można by sądzić, że dzisiaj, w epoce triumfu rozumu ludzkiego, tego rodzaju archaiczne wyobrażenia nie powinny mieć racji bytu. A jednak jest inaczej. Oświata na naszym globie nie rozkrzewia się równomiernie i znamienita większość jego mieszkańców tkwi jeszcze w pojęciach minionych czasów. Ludzkość nadal hołduje rozlicznym zabobonom i mitom, a tylko niepokaźny odsetek ludzi dotrzymuje kroku współczesnym ideom wiedzy i postępu. Obraz świata, utkany z urojeń zamierzchłych pokoleń ludzkich, przypominający malowidło dziecięcej ręki, wydaje się niedorzeczny w świetle tego wszystkiego, co dziś wiemy o budowie wszechświata w wyniku badań astronomii, astrofizyki, biologii i fizyki jądrowej. Nasz system słoneczny jest w naszej galaktyce zwanej Drogą Mleczną tylko jednym z miliardów innych systemów. Przy szybkości 300 tysięcy kilometrów na sekundę światło przebywa odległość między Księżycem a Ziemią w ciągu niecałej półtorej sekundy. Jakże mikroskopijna odległość w porównaniu z wymiarami naszej galaktyki, która ma kształt spirali o średnicy 85 tysięcy lat świetlnych ! Takich galaktyk naliczono blisko miliard w przestrzeni kosmicznej, a według teorii angielskiego astrofizyka A. S. Eddingtona istnieje ich we wszechświecie przeszło sto miliardów. Wszystkie dotąd poznane galaktyki należą prawdopodobnie do systemu gwiazd wyższego rzędu zwanego metagalaktyką, a te znowu wchodzą w jeszcze większe skupisko rządzące się swoimi własnymi prawami — w metametagalaktykę. Niektórzy astronomowie doszli do przekonania, że nasz wszechświat jest zamkniętą w sobie całością, którego obwód wynosi sto miliardów lat świetlnych, przy czym według jednej z hipotez, popieranych przez wielu uczonych, poszerza się on z zawrotną szybkością na kształt nadmuchiwanego balonu pocętkowanego gwiazdami. Dzięki zdobyczom nauki jesteśmy świadomi tej przerażającej próżni kosmicznej, w której wirują i płoną miriady termojądrowych reaktorów wytwarzających gigantyczne energie. Nie wolno nam jednak zapominać, że właściwie żyjemy w świecie niedostępnym naszym zmysłom, i że nigdy nie dowiemy się, jaki jest on w rzeczywistości. Najbliższa mgławica spiralna oddalona jest od nas o przeszło milion lat świetlnych, to znaczy, że w chwili gdy na nią spoglądamy z naszego ziemskiego pyłku, widzimy ją taką, jaka była milion lat temu. Nigdy nie dowiemy się, czy jest ona jeszcze dzisiaj tam, w tym samym miejscu, skąd popłynęło jej światło. Jak widzimy, całe to gwiaździste widowisko jest jedynie tylko mirażem optycznym, świetlistym wołaniem z otchłani najdalszej przeszłości. Wybitny pisarz francuski Andre Maurois w jednym ze swoich esejów tak oto wypowiedział się na ten temat: "Nie sądzę, abyśmy zdołali poznać najgłębszą tajemnicę natury. Wydaje się, że nadzieja na jej zgłębienie jest iluzją. Nasz zmysł nie jest stworzony do odkrycia jej tajemnicy, lecz do tego, aby zbudować obraz świata potrzebny człowiekowi w ograniczonej sferze jego przestrzeni życiowej. Stanowimy taką nikłą cząstkę naszego wszechświata, że niedorzeczne byłoby mówić o jakiejś wielkiej całości, której istnienia nie jesteśmy nawet w stanie sobie wyobrazić. Podróż na Księżyc będzie wyczynem zadziwiającym, ale cóż ona znaczy wobec odległości dzielących nas od najdalszej galaktyki? Powiada się, że nasz wszechświat ma granice, ale czy gdzieś, nie potrafimy sobie uzmysłowić, nie mogą istnieć inne wszechświaty, tak bardzo od nas odległe, że żadna aparatura nie jest w stanie wykryć ich istnienia ?" W obliczu wielkich odkryć nauki współczesnej wszelkie teologiczne roszczenia oparte na przeświadczeniu, że człowiek zna Boga i jego tajemnice, muszą ulec poważnemu zakwestionowaniu nawet w oczach ludzi głęboko przywiązanych do swej religii. Słynny francuski filozof i teolog katolicki ks. Pierre Teilhard de Chardin, którego trudno przecież pomawiać o ateizm, w następujący sposób dał wyraz swoim najgłębszym rozterkom wewnętrznym: „Któż ośmielił się naprawdę — choćby raz w życiu — uświadomić sobie w całej pełni i "przeżyć" wszechświat złożony z galaktyk odległych od siebie o setki tysięcy lat świetlnych? Jeśli zaś ktoś próbował to uczynić, czy nie zachwiało to żadnym z jego przekonań? Ci zaś, co starają się nie widzieć tego wszystkiego, co nam bezlitośnie odkrywają astronomowie, czyż nie odnoszą mimo to wrażenia, że jakaś ogromna chmura rzuciła cień na wszystkie ich radości ?" (Pisma wybrane, przeł. W. Sukiennicka i M. Tazbir). Tę samą myśl wyraził w sposób oryginalny i lapidarny protestancki teolog i profesor uniwersytetu w Chicago Józef Sittler: „Musimy mieć Chrystusa tej miary, co współczesny umysł. Jeżeli umysł ten skierowano na galaktyki, nie możemy mieć Jezusa ograniczonego do Palestyny". Myślę, że w tych zdaniach streszcza się istota wielkiego kryzysu doktrynalnego, jaki wstrząsa dzisiaj wszystkimi wyznaniami chrześcijańskimi, a szczególnie katolicyzmem. Teolodzy usiłują zmodernizować swoją doktrynę i dostosować ją do umysłowości dzisiejszego człowieka przez reinterpretację dogmatów i artykułów wiary w sensie nadania im znaczenia raczej alegorycznego. Katolicki filozof Jacques Maritain zarzuca wspomnianemu już teologowi, ks. Pierre’owi Teilhard de Chardin, że usiłuje ze świata uczynić jakiś system ewolucyjny, w którym historyczny Jezus staje się uosobieniem najistotniejszej zasady i ostatecznego celu wszechświata, a więc raczej symbolem niż cielesną osobowością. Owe metody alegoryzowania religijnych dogmatów nie mogą jednak zadowolić współczesnego człowieka przyzwyczajonego do racjonalistycznego myślenia. Odpowiedź na nurtujące go pytania dać mu może jedynie ściśle naukowo pojęta, wolna od dogmatycznych założeń biblistyka, która przeprowadza ścisłe badania nad rzeczywistym rodowodem chrześcijaństwa i jego piśmiennej spuścizny, zawartej w Nowym Testamencie i w literaturze apokryficznej nie wchodzącej do kanonu kościelnego. Współczesny człowiek wyzwalając się z wiekowych nawarstwień mitologii chrześcijańskiej, chce znać prawdę o jej źródłach i rozwoju, nie tylko dlatego, że jest ona tak fascynująco ciekawa, ale może przede wszystkim dlatego, że jego intelektualna godność, to co można by nazwać sumieniem myślenia, wymaga odeń, aby na wszystko, co czyni i myśli, miał pokrycie w rzeczowej, naukowo zweryfikowanej argumentacji. Zenon Kosidowski, Opowieści ewangelistów (ze wstępu) Oryginał.. //link (Ostatnia zmiana: 04-07-2003)

~usunąć szkodnika -

m. Ziarna prawdy w mitach Autor tekstu: Lucjan Ferus A jeśli już ktoś chce wierzyć w mit o upadku pierwszych. ludzi: służę taką jego interpretacją, która nie jest wewnętrznie sprzeczna jak w wersji religijnej. Oto ona: Na początku swej drogi rozwoju człowiek żył w raju nieświadomości; nie znał praw rządzących przyrodą, nie uświadamiał sobie własnej przemijalności ani śmiertelności. Nie istniało dla niego pojęcie śmierci z przyczyn naturalnych. Przeciętna jego życia wynosiła wtedy 18 lat i człowiek miał prawo wierzyć, że gdyby nie przytrafiło mu się coś złego — mógłby żyć wiecznie. Nabycie wiedzy popartej doświadczeniem, spowodowało upadek człowieka, ponieważ uświadomił on sobie własną śmiertelność. Był to proces długi, rozciągnięty na tysiące lat. Ta gorzka świadomość i wcale niechciana /co odzwierciedla sam mit/ spowodowała, iż człowiek został wygnany z raju niewiedzy dotyczącej własnego losu. Stan niewinnej nieświadomości, został zastąpiony stanem wyższego uświadomienia, a więc także i odpowiedzialnością, co wiązało się z utratą wolności. Odtąd człowiek zawsze będzie tęsknił do powrotu, do tego beztroskiego stanu szczęścia, jaki cechuje ludzi nie obarczonych wyższą świadomością. Stanu, który można porównać do szczęśliwego dzieciństwa. Ale do niego — niestety — nie można powróci濌 A co z ofiarą odkupienia złożoną przez Syna Bożego ? Otóż ukrzyżowanie Jezusa nie miało wymiaru teologicznego /czy też soteriologicznego/. Jezus został skazany na śmierć i umarł na krzyżu za to, że obraził uczucia religijne swoich głęboko wierzących współziomków. Przepisy Sanhedrynu na tę okoliczność nie pozostawiają żadnych wątpliwości: 1. „Kto świadomie i dobrowolnie przekracza przepisy Tory, a zwłaszcza nakaz szanowania szabatu /jak wiemy pierwszy spór Jezusa z fary­zeuszami powstał właśnie na tym tle: szabat dla człowieka, czy człowiek dla szabatu ?/, ten winien być upomniany, a gdy trwa w uporze, winien być ukamienowany”. 7. "Fałszywy prorok to ten, który za pomocą różnych sztuczek, przepowiedni, czarów, zaklęć albo cudów, usiłuje innych prowadzić do apostazji. Fałszywy prorok może być zesłany nawet przez Boga dla wypróbowania wiary swego ludu, ale najczęściej jest on wysłannikiem piekła i synem Beliala, który może dać mu moc czynienia cudów. Fałszywy prorok winien być osądzony przez wielki Sanhedryn i stracony w Jerozolimie przez ukamienowanie lub powiesze­nie". 10. „Uwodziciel ludu i fałszywy prorok musi umrzeć, aby jego działalność się nie rozszerzała. Trzeba usunąć szkodnika, by gniew boży nie skierował się przeciwko całemu narodowi". W kontekście powyższego żaden prorok nie mógł być prawdziwy, gdyż nawet ten, którego posyła sam Bóg, jest tylko po to, aby wypróbować wiarę swego ludu — więc musi zostać odrzucony ! Fałszywość każdego proroka jest w tych przepisach z góry przesądzona. Paradoksalnie więc Jezus jest najsłynniejszą ofiarą nietolerancji religijnej, którą później katolicyzm wykorzystywał jako uzasadnienie szerzenia tejże nietolerancji na wręcz masową skalę. I w taki sposób można by punkt po punkcie wyjaśniać każdą prawdę religijną i każde religijne wydarzenie /ze względów objętościowych ograniczyłem się tylko do powyższych/. Powtórzę więc: religie są wtedy zrozumiałe, jeśli się spojrzy na nie od strony człowieka /jego potrzeb, pragnień, a także lęków, obaw oraz uprzedzeń i przesądów/ i to człowieka grzesznego i upadłego /dlatego pierwsze co robią religie z człowiekiem, to uświadamiają mu jego „naturalną" pozycję w stosunku do swego Boga; na kolanach z pokornie pochyloną głową, z której sam – o własnych siłach — nie powinien nawet próbować podnieść się/. Natomiast są one całkiem niezrozumiale jeśli patrzeć na nie z wysoka, od strony Boga /przyjąwszy na poważnie konsekwencje jakie wynikają z Jego atrybutów/ i to Boga doskonałego, czyli Absolut — Ideał, a więc według mnie, jedynego godnego miana prawdziwego Boga. Czy ta znamienna perspektywa, nie świadczy o czymś przypadkiem ? Mnie te wszystkie argumenty przekonują; W taką prawdę wierzę i jestem jej całkowicie pewien. Lucjan Ferus Autor opowiadań fantastyczno-teologicznych. Publicysta Racjonalisty Liczba tekstów na portalu: 73 Pokaż inne teksty autora Oryginał.. link (Ostatnia zmiana: 06-09-2003)

~racjonalista -

Polska praktykująca Autor tekstu: Grażyna Latos Polska to bardzo specyficzny kraj. Kraj ludzi wierzących, którzy nie chodzą do kościoła; kraj wierzących, którzy chodzą do kościoła, a po kościele grzeszą tyle, ile w danej chwili zechcą (później zawsze można się wyspowiadać); kraj niewierzących, którzy chodzą do kościoła po to, by wziąć ślub lub poświęcić wielkanocny koszyczek; i wreszcie kraj niewierzących, nie chodzących do kościoła, którzy świętują narodzenie Boga, w którego istnienie nie wierzą. Paranoja czy polska rzeczywistość? Spośród wymienionych powyżej postaw szczególnie interesujące wydają mi się dwie – tzw. wierzący niepraktykujący, oraz ich swoista opozycja, niewierzący praktykujący. Z jednej strony światopoglądy osób te postawy reprezentujących zostały w pewien sposób określone – osoby te utożsamiają się z jedną z grup – wierzących lub niewierzących. Z drugiej strony charakterystyczny dla tych postaw jest swoisty brak konsekwencji w postaci świadomego niezastosowania się do trzeciego przykazania, albo też niechęć do zrezygnowania z pewnych, dotąd obecnych w ich życiu, praktyk. Przyczyny takiego stanu rzeczy są różne. Mianem wierzących niepraktykujących przeważnie określamy osoby, które w istnienie boga wierzą, ale tzw. domu bożego w niedziele odwiedzać nie chcą. Czasem są zbyt leniwi, często kościół nie odgrywa w ich życiu ważnej roli i równie często kościoła w swym życiu nie chcą, bo np. bóg – tak, ale cała antygejowska propaganda, atak na zapłodnienie in vitro, czy sprzeciw wobec aborcji – nie. Takie rozdarcie pomiędzy bogiem a pewnym światopoglądem bywa bardzo bolesne. Często nadchodzi moment, w którym konieczne wydaje się ponownie rozważenie rzeczy dotąd uchodzących za bezspornie pewne i niepodważalne. Rezygnując z wpajanych przez kulturę, tradycję, czy rodzinę schematów warto zastanowić się nad tym, co się pod nimi kryje – rozważyć to, czy coś w ogóle? Postawienie pewnych pytań i otworzenie umysłu na pewne fakty kończy się różnie. W moim przypadku skończyło się dość bolesnym ateizmem. Dlaczego bolesnym? Życie w katolickiej rodzinie dla osoby w boga niewierzącej a kościoła wręcz nieznoszącej ani łatwe, ani przyjemne nie jest. W tym miejscu pojawia problem postawy drugiej – niewierzący praktykujący. Niewierzącymi praktykującymi nazywam osoby, które w istnienie boga nie wierzą, jednak udział w pewnych obrządkach lub świętach religijnych biorą. Przyczyny, tym razem obecności pewnych czynności, są różne. Czasem leżą po stronie braku głębszej refleksji, która wpływa na czysto mechaniczne wykonywanie pewnych czynności, czasem przyczyną jest inny człowiek – bliscy, rodzina. Tych przyczyn jest bardzo wiele, ale zwłaszcza ta druga, jest niezwykle istotna. Istnieje taki stereotyp, że oto w świecie osób niewierzących, skoro nie ma w nim Boga, nie ma też moralności. Nic bardziej mylnego. Właśnie osoby niewierzące zamiast swą aktywność ograniczać do codziennego pacierza otwierają się na innych ludzi. Liczy się człowiek — jego, zdrowie, życie, przyszłość, czy szczęście. Liczy się tu i teraz, a nie wyimaginowane życie po śmierci. Bo tu i teraz jest wszystkim, a nie kroplą wody w bliżej nieokreślonym oceanie. Kwestia przyznania się do swojej niewiary i konsekwentne porzucenie religijnych obrządków może pociągać za sobą konieczność podjęcia pewnego wyboru: albo ja, jako niewierząca/y, pozostanę wierna/y sobie i swoim ideałom i raz na zawsze porzucę religię i kościół wraz z jego świętami i obrządkami, albo też pozostawię swych bliskich we względnej szczęśliwości. Wielu ateistów dochodzi do punktu, w którym muszą wybrać – moje szczęście, lub szczęście moich bliskich. M.in. z powodu wagi szczęścia pojedynczego, najmniejszego nawet człowieka, o jakiej wspomniałam w poprzednim akapicie, ten wybór jest bardzo trudny. Prawdziwym sprawdzianem dobroci, cierpliwości a czasem zwykłej ludzkiej przyzwoitości okazują się ważne dla ludzi wierzących święta, takie jak Boże Narodzenie. Święta Bożego Narodzenia, są świętami silnie zakorzenionymi w polskiej tradycji. Wierzący, czy niewierzący, niemal wszyscy zgodnie zasiadamy przed suto zastawionymi stołami jedząc świąteczne wieczerze i obdarowując się wzajemnie rozmaitymi podarkami. Problem świętowania dnia narodzin boga przez osoby w tego boga nie wierzące w tym roku po raz pierwszy zainteresował mnie na poważnie. Prawdopodobnie dlatego, że w tym roku po raz pierwszy od tej tradycji chciałam uciec. Wybór jakiego wcześniej dokonałam, a więc rezygnacja z jakiejkolwiek religii, pociągał w moim mniemaniu pewne konsekwencje. Nie chciałam należeć do grona tych, którzy choć nie wierzą, to ślub kościelny wziąć muszą, czy do tych, którzy niby wierzą, ale czterech liter w niedzielę do kościoła nie ruszą. Te dziwne zachowania zawsze wydawały mi się pełne hipokryzji i obłudy. Pragnąc być wierną swoim zasadom, poglądom i ideałom postanowiłam być konsekwentna. Tu jednak się okazało, że zgoda z samą sobą pociąga brak zgody z tymi, których kocham. Chyba nigdy nie przypuszczałam, że postępowanie zgodnie z własnym sumieniem w intencjach jak najbardziej szczerych i czystych może zranić tylu bliskich mi ludzi. To, co kiedyś nazywałam hipokryzją, obłudą, czy paranoją okazało się zwykłym rozsądkiem, czymś czego prawdopodobnie wymaga polska rzeczywistość. Ci, którzy mogą pozwolić sobie na luksus życia w zgodzie z własnym ja są w moim mniemaniu wielkimi szczęściarzami. Akceptowani mimo swej inności, kochani mimo swej niewiary, wolni mimo swej rodzinnej przynależności – zazdroszczę Wam! Czy tego chcę, czy też nie chcę, Święta Bożego Narodzenia są. Czy tego chcę czy nie chcę kartki, życzenia i prezenty dostawać będę. Usilne podważanie zasadności świętowania przeze mnie dziwnych narodzin z łona dziewicy niczego dobrego nie przyniosły. Wręcz przeciwnie. Zranienie moich bliskich przełożyło się na olbrzymi żal do samej siebie, rozgoryczenie i utratę wiary w sensowność dążenia do upragnionej przeze mnie szczerości i życia w zgodzie z własnym ja. I tak, podczas otrzymanych dziś świątecznych życzeń, po raz pierwszy, zamiast: dziękuję, ale świąt nie obchodzę, za życzenia zdrowia, szczęścia, ciepła i wesołości podziękowałam bardzo szczerze, bo właśnie mnie, jako niewierzącej, szczęście podczas tych świąt się przyda. Bo właśnie mnie, jako niewierzącej jest podczas świąt szczególnie trudno. Bo w pewien sposób właśnie dziś się poddałam. Moją walkę o miejsce dla mnie samej odkładam na później – na następny rok, na za dwa lata, lub na bliżej nieokreśloną przyszłość. I choć moi rodzice tego jeszcze nie wiedzą, to przyjadę do nich jutro, by odpokutować przykrość, jaką im wyrządziłam. Pewnie podzielę się z nimi opłatkiem i wysłucham kolęd, jeśli właśnie tego będą chcieli. Czy ta praktyka czyni mnie hipokrytką? Nie. Raczej potwierdza to, że jestem zbyt słaba, by walczyć z rzeczywistością, w której nie ma miejsca dla ateistów. Grażyna Latos Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, uczestniczka kursów dotyczących filozofii, historii i sztuki krajów Azji i Afryki, multikulturowości, antropologii i psychologii. Miłośniczka dobrego kina i literatury. Podróżniczka. Recenzentka w Histmag.org, publicystka Magazynu Kobiet Kreatywnych Kreatura. Związana także ze Światem Podróży i miesięcznikiem Pinezka. Feministka. Liczba tekstów na portalu: 7 Pokaż inne teksty autora Oryginał.. link (Ostatnia zmiana: 24-12-2008)