Przejdź do głównej części strony

INTERIA360
interia.pl

Nawigacja

Górne menu

Molestowanie a szanse kobiet na rynku pracy

Autor: wwwMaskulizmPl (zredagowany przez: Magda Głowala-Habel)

Słowa kluczowe: molestowanie seksualne, zarobki, flirt, wydajność, feminizm, ekonomia, praca, produktywność

fot. Getty Images

fot. Getty Images

W jaki sposób seksualność wpływa na różnice w zarobkach kobiet i mężczyzn? I czy naprawdę relacje damsko-męskie w pracy stanowią utrapienie kobiet? A może, jak intuicja podpowiada większości z nas, "seksapil to broń kobieca"?

Dyskutując na temat przyczyn różnic zarobków kobiet i mężczyzn (który to temat tutaj jedynie musnę), parokrotnie miałem okazję zetknąć się z absurdalną opinią, jakoby molestowanie seksualne miało być świadectwem tego, że pracodawcy starają się utrudnić życie pracownicom. Natomiast to rzekome utrudnianie, przy braku innych dowodów (albo raczej wobec argumentów dowodzących czegoś zgoła przeciwnego), miałoby dowodzić, że pracodawcy gorzej opłacają pracownice ze względu na ich płeć.

Kiedy teza o nieodpowiednio niskich zarobkach kobiet (która stała się już dogmatem) była jeszcze dyskutowana, kwestia, czemu kobiety zarabiają mniej od mężczyzn ustawiana była przez panującą ideologię na wygodnej dla tej ideologii (o)pozycji: albo kobiety zarabiają odpowiednio do swojej produktywności albo za mało w stosunku do niej. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby potraktować problem logicznie i wymienić wszystkie trzy rodzaje możliwych relacji występujących między zarobkami kobiet, a jakością ich pracy i zarobkami mężczyzn (choćby po to, żeby wszystkie te opcje przedyskutować): kobiety zarabiają za mało, odpowiednio albo za dużo w stosunku do swojej produktywności i w stosunku do  zarobków mężczyzn (za tę samą pracę).

Tymczasem relacją między produktywnością kobiet, a ich zarobkami faktycznie zachodzącą jest zawyżanie kobietom ich płac. Abstrahując od obecnych totalitarnych praktyk, które różnicując ludzi ze względu na płeć, sztucznie zawyżają kobietom pensje; również na wolnym rynku kobiety zarabiają więcej niż same oferują w postaci sprzedawanej przez siebie pracy.

Dzieje się tak z powodu oferowanej przez nie (oprócz własnej pracy) swojej seksualności. I nie, nie piszę tu jedynie ani przede wszystkim o sprzedawaniu się. Nie piszę o "pracy za seks" (choć z pewnością leży ona w interesie głównie kobiet i niedawna sprawa K. Anety, pardon Anety K., udowodniła, że są one jej głównymi inicjatorkami i beneficjentkami), która jest zjawiskiem relatywnie rzadkim.

Ale takie rzadkie zjawiska jak molestowanie seksualne czy praca za seks są tylko skrajnymi wersjami znacznie częstszych zjawisk flirtów pracowniczych oraz jeszcze częściej przejawianej przez mężczyzn preferencji do otaczania się kobietami, choćby nie mieli z nimi nawet flirtować. Jako takie zjawiska te pozwalają wnioskować o tym, jakie relacje panują między pracownicami a pracodawcami i jak wpływają one na zarobki pań.

Czy nie wydaje ci się drogi Czytelniku, że męskie pożądanie kobiecego uśmiechu albo męska tęsknota za kojącą obecnością kobiety sprawiają, że gdyby tylko prawa ekonomi zniknęły za sprawą magicznej różdżki (czyli produktywność przestałaby mieć znaczenie), to zatrudnienie znajdowałyby wyłącznie kobiety? Ja jestem przekonany, że w takiej sytuacji błyskawicznie wszyscy mężczyźni staliby się bezrobotnymi.

Na szczęście prawa ekonomi działają (póki nie są wypaczane przez feministyczny totalitaryzm i nie prowadzą do formalnej, państwowo-prawnej dyskryminacji, która sprawia, że opłaca się zatrudniać mniej wydajnych pracowników, żeby uniknąć kar lub innych restrykcji). Dlatego mężczyźni znajdują zatrudnienie, choć nie są tak dobrze opłacani, jak byliby, gdyby kobiety nie korzystały ze swojego seksapilu.

Jak to się więc dzieje, że kobiety zarabiają mniej od mężczyzn? Przecież podobno feministyczne "badaczki" "sprawdziły", że za taką samą pracę kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni, z którego to względu owe działaczki forsują hasło "taka sama płaca za taką samą pracę".

Jednak już pierwszy rzut oka na wypowiedzi samych feministek pozwala stwierdzić, że nie sprawdziły one niczego. Jak często feministki żalą się, że z powodu urlopów macierzyńskich, wychowawczych i późniejszego nadmiaru obowiązków związanego z opieką nad dzieckiem kobiety zarabiają mniej? A czemu zarabiają mniej, bo pracodawcy nie lubią dzieci…? Nie. One zarabiają mniej, bo mniej intensywnie i krócej (np. zwalniając się przed fajrantem) pracują, zamiast tego, zajmując się dziećmi.

Jednak czy którekolwiek "badania" feministek sprawdzające związek wysokości zarobków z płcią kontrolowały zmienną "obciążenia obowiązkami wobec dziecka", czyli czy porównywały zarobki mężczyzn i kobiet tyle samo zajmujących się dziećmi? Żadne nie kontrolowały tej zmiennej i tym bardziej nie kontrolowały żadnej innej zmiennej. Jedyne co kontrolowały, to typ stanowiska (tak jakby feministki nie wiedziały, że na tym samym stanowisku pracuje się i zarabia bardzo różnie). Dziwna to zresztą logika, najpierw wymusić na prawodawcy ustawy nakazujące zatrudniać tyle samo kobiet i mężczyzn na danym stanowisku, a potem dziwić się, że różnice w jakości pracy mężczyzn i kobiet nie są oddawane poprzez stanowiska, na które są zatrudniani.

Tymczasem, jak wykazano nie w jakichś tam badaniach, ale na podstawie danych dotyczących całego amerykańskiego rynku pracy (wziętych ze statystyk federalnych), mężczyźni nawet na tym samym stanowisku nie tylko pracują dłużej i są bardziej zaangażowani w pracę ale też:

- biorą na siebie większą odpowiedzialność (z dwojga osób na tym samym stanowisku lekarza, specjalizację związaną ze śmiertelnymi chorobami częściej wybierze mężczyzna),

- wytrzymują bardziej uciążliwe zadania (salę dla palących częściej będzie obsługiwał kelner niż kelnerka),

- godzą się na większe ryzyko (do gorszej dzielnicy częściej pojedzie taksówkarz mężczyzna niż kobieta),

- godzą się na mniej satysfakcjonujące zajęcia (np. pracując w biurze częściej kontakt z ludźmi będą miały kobiety),

- są skłonni do większego poświęcenia na rzecz pracy (np. do dalszych dojazdów).

Zatem jeżeli o wcielenie w życie jakiegoś hasła należy walczyć, to nie o realizację hasła feministycznego, ale antyfeministycznego "wyższa płaca za produktywniejszą pracę". Obecnie bowiem kobiety otrzymują podwójnie zawyżone pensje. Raz poprzez różne wyrównawcze ustawy, nakazujące płacić im tyle samo za mniej produktywną pracę, a drugi raz dzięki graniu na męskich atawizmach zmuszających nas do ulegania kobietom i chronienia ich.

Kobiety zdając sobie sprawę z tego, że mężczyzna chętniej otoczy się nimi niż innymi mężczyznami, wykorzystują miłą aparycję, a czasem flirt dla uzyskania "korzyści majątkowych" (normalnie nazwano by to prostytucją w wersji light, ale że oficjalnie dostają te pieniądze w postaci zawyżonej pensji za pracę, czyli już "wyprane", nikt tego do prostytucji nie porównuje). Problem zaczyna się jednak, kiedy kobiety łamią niepisane umowy, na podstawie których otrzymują swoje zawyżone wynagrodzenia. Sugerują swoim szefom więcej niż zamierzają dać, czyli innymi słowy ich wykorzystują.

Problem zresztą dotyczy obu stron, są przecież także szefowie, którzy wyobrażają sobie za dużo (jednak w takim wypadku nazywa się to molestowaniem seksualnym, które w przeciwieństwie do kobiecych gierek stanowi szeroko nagłaśniany problem).

Póki pracownicza gra damsko-męska toczyła się takim właśnie rytmem, z jedynie rzadkimi przypadkami przekraczania reguł przez jedną bądź drugą ze strony, problem nie był aż tak wielki (co najwyżej dochody firm traciły z powodu zatrudniania kobiet, które dysponowały nie tymi atutami, którymi trzeba). Jednak potem na takiej damsko-męskiej grze wyrósł cały feministyczny proceder walki z tzw. molestowaniem seksualnym. Kobiety przyzwyczajone do lepszego traktowania w pracy ze względu na płeć nagle uznały, że takie traktowanie należy im się samo przez się i że należy się ono każdej z nich niezależnie od urody czy usposobienia. Brzydkie, wredne baby pozazdrościły ładnym i miłym koleżankom wsparcia ze strony kolegów z pracy i uznały, że przywileje ze strony pracodawców należą się wszystkim kobietom ze względu na ich płeć. Od tego czasu wmawia się nam, że kobieta w pracy powinna być nadal traktowana jak księżniczka, i mieć prawo szczuć wszystkich głębokim dekoltem albo ostrym makijażem, ale w wypadku mężczyzn nawet dowcipy o podtekście seksualnym, propozycje czy nie daj Boże pogwizdywania powinny być karane ciężkimi kamieniołomami (i oczywiście grubymi odszkodowaniami).

A ja tak sobie myślę, że "rasowa kobieta" potrafi sobie radzić z częstą wobec niej adoracją mężczyzn i czerpać z niej radość, a problem z takiej adoracji robią głównie jej ignorowane koleżanki…   

Przeczytaj też:

Różnice w zarobkach

Warto było przeczytać?

kliknij aby ocenić

  • Tak, polecam innym
  • Nie warto marnować czasu
AKTUALNA OCENA   61,63 %

Przeczytano razy: 2165

 

Dodatki

MIESZKANIA I APARTAMENTY

  • WARSZAWA
    WARSZAWA
    Wilanów, al. Wilanowska
    Mieszkanie w stanie developerskim na pierwszym piętrze, 3 pokoje
    Sprawdź
  • KRAKÓW
    KRAKÓW
    Krowodrza, ul. Lea
    Mieszkanie na terenie zamkniętego osiedla. 69 metrów kwadratowych.
    Sprawdź
  • POZNAŃ
    POZNAŃ
    Nowe Miasto, Konarskiego.
    Przytulne mieszkanie na trzecim piętrze w trzypiętrowym bloku.
    Sprawdź