Zobaczyć Mazury i...
Słowa kluczowe: niepełnosprawni, żeglarstwo, uraz rdzenia, łódki, Mazury, FAR
2008-07-21 13:14:49
umrzeć - można powiedzieć, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, by powrócić tu za rok z następnym Obozem Żeglarskim, więc niech przewodnią myślą tej relacji będzie: „Zobaczyć Mazury i wrócić tu za rok".
Pomysł obozu żeglarskiego, którego uczestnikami mają być osoby po urazie rdzenia kręgowego (URK), zrodził się z końcem roku 2004 w Fundacji Aktywnej Rehabilitacji (FAR). Od tego czasu staraliśmy się odpowiednio przygotować do tego przedsięwzięcia. Zbieraliśmy informacje o łodziach, o przystosowaniu portów i marin do przyjęcia większej liczby osób poruszających się na wózkach. Z biegiem czasu zaczęły powstawać pomysły specjalnych znaczków obozowych, śpiewników i podkoszulków. Wreszcie nadszedł czerwiec 2005 i nie było już odwrotu, obóz ruszał za kilka dni. Ostatnie zakupy żywności, środków kosmetycznych i gospodarczych. No i oczywiście czas na nas, czyli na spakowanie własnych plecaków, toreb, worków czy też innych opakowań zbiorczych na ubrania i nasze drobiazgi.
align="justify">Do samego końca można było spotkać sceptyczne wypowiedzi różnych osób na temat tego obozu. Dlaczego? - Nikt jeszcze nie organizował obozu wędrownego - bo taki właśnie miał być ten obóz - z osobami poruszającymi się na wózkach. Były już wcześniej obozy stacjonarne, przeprowadzone przez inne organizacje, gdzie spanie, jedzenie i toaleta były na lądzie w hotelu, a dzień spędzało się na łodzi, żeglując. Tym razem miało być zupełnie inaczej. Wszystkie te czynności wykonywaliśmy na łodzi. Warunki - dla niektórych spartańskie - miały być ciekawym doświadczeniem w życiu każdego z nas. No, ale zacznijmy od początku.
align="justify">Punktem zbiorczym była miejscowość Harsz, gdzie spotkaliśmy się 17 czerwca. Tam mieliśmy spędzić naszą pierwszą noc w pensjonacie „Willa Harsz". Część ekipy spotkała się już rano w siedzibie Fundacji Aktywnej Rehabilitacji w Warszawie i razem wyruszyła na podbój Mazur. Zapakowani w kilka samochodów pełnych plecaków, jedzenia i wyśmienitych humorów, jechaliśmy przez zatłoczone ulice Warszawy, które przed naszymi autami odkorkowywały się, wskazując jak na kompasie kierunek północny. Na miejsce dotarliśmy około godziny 17-stej. Prawie cała reszta naszego TEEM-u żeglarskiego czekała już na nas na miejscu. Brakowało jeszcze tylko dwóch osób, które niebawem również dotarły. Nasz gospodarz, niezwykle osobliwy człowiek, oprowadził nas po terenie ośrodka, wskazał pokoje i mogliśmy się wreszcie zakwaterować. Wieczorem, po kolacji, czekało nas jeszcze ognisko z kiełbaskami, no i oczywiście pierwsze na tym wyjeździe wspólne śpiewanie szant do rana.
To osiemnasty czerwca był, poranna wzeszła mgła ... .
align="justify">No, niestety nie było tak, poranna mgła wcale nie wzeszła, a krople (czytaj strugi) deszczu bębniły po parapetach i szybach serenadę markotną. Z mieszanymi uczuciami spakowaliśmy samochody i ruszyliśmy do Sztynortu. Zanim dojechaliśmy na miejsce przestało padać, pozostały jednak groźnie wyglądające deszczowe, czarne chmury. Odbiór łodzi, przewidziany na 10 rano, niestety lekko się przesunął. Musieliśmy więc zaczekać do godziny 17-stej na inne - większe i lepsze - łódki. Zaokrętowaliśmy się na łajbach dość szybko, żeby czym prędzej móc wypłynąć z portu na Jezioro Sztynorckie, a następnie przesmykiem na Jezioro Łabap, gdzie czekaliśmy na dwie kolejne złogi.
align="justify">Osiemnasty czerwca był,
align="justify">Kiedy ląd za rufą znikł.
align="justify">Niebiosa niechaj chronią nas
align="justify">Od sztormów, kry i mgły.
align="justify">Nasze serca będą mocniej bić,
align="justify">Odwagi nie brak nam.
align="justify">Gdy dojdziemy do mazurskich wód,
align="justify">Świniaki będą tam.
align="justify">Wiał dość silny wiatr (ok. 3-4 w skali Beauforta), więc mieliśmy okazję sprawdzić możliwości łodzi w pływaniu z wiatrem i pod wiatr. Przewiało chmury i wyszło piękne słońce. Ostre przechyły i mocno napięte żagle to było to. Po kilkunastu minutach z przesmyku wyłoniły się jeszcze dwie kolejne nasze łódki i już w całym składzie ruszyliśmy przez Jezioro Dargin w stronę przesmyku na Jezioro Mamry. Tu czekała nas pierwsza trudniejsza sprawa, czyli położenie masztu, gdyż nasz szlak przechodził pod mostem. Poszło nam to w miarę sprawnie jak na pierwszy raz, choć mogło być lepiej. Za mostem pierwsza niespodzianka - zgasł silnik i nie chciał zapalić. Mieliśmy już postawione żagle, więc nie było większego problemu, ale czekał nas jeszcze kanał, a w zasadzie rzeka - Węgorapa, którą musieliśmy popłynąć. Próby odpalenia silnika niestety niewiele dały i przy wejściu w kanał musieliśmy się dać wziąć na hol.
align="justify">Cumowanie łodzi bez sprawnego silnika to nie lada zadanie, na dodatek mieliśmy jeszcze dopychający wiatr. Dzięki umiejętnościom naszego Kapitana - Marcina, przybicie do kei poszło bardzo sprawnie. Inne załogi równie szybko zdołały zacumować i tak nasza wyprawa dotarła do swojego pierwszego miejsca noclegu - Węgorzewa. Miłym gestem ze strony Kapitana portu było zwolnienie naszych załóg z opłaty za postój w porcie. Bosman przejął się naszym niesprawnym silnikiem i postanowił go naprawić. Nie zabrało mu to wiele czasu, bowiem podszedł do niego i go odpalił. Tak to już jest ze złośliwością zepsutych maszyn - najlepiej działają w obecności serwisu. W porcie były sanitariaty i prysznice, które po wstawieniu krzesełka były całkiem przystosowane. Wieczorem w pobliskiej tawernie była dyskoteka. Jednak nie wszystkim taki rodzaj muzyki odpowiada, więc pozostała część ekipy udała się na sąsiedni biwak, gdzie wraz z grupą studentów bawiliśmy się do późna przy gitarze i szantach, aż nie zgasło światło w lokalu, co dało sygnał do przeniesienia się na keję.
align="justify">Długo bym o tym mówić mógł,
align="justify">lecz kończy nam się rum
align="justify">A rano trzeba w morze iść,
align="justify">zostanie w głowie szum.
align="justify">Gdy powrócimy znowu tu
align="justify">za miesiąc lub za rok,
align="justify">Popłyną opowieści z mórz
align="justify">i w górę pójdzie szkło.
align="justify">19 czerwca
align="justify">Rano nikt się nie zrywał, tak jak to zwykle bywa na obozach FAR-u, nie było obowiązkowej pobudki, można było pospać trochę dłużej. Przecież byliśmy na wakacjach, zresztą każdy z nas dobrze wiedział, ile czasu mu potrzeba by o 10-tej rozpocząć pierwszy na tym wyjeździe wykład z teorii żeglarstwa. Próba wyjścia z łodzi skończyła się kolejną niespodzianką. Okazało się, że w łódce mamy 3-4 cm wody. Czerpak i kubki poszły w ruch. Trzydziestominutowa poranna gimnastyka z wybieraniem wody szybko rozbudziła nas do końca. Jeszcze tylko toaleta, kawa i mogliśmy słuchać, jak Gabryś mówił o budowie jachtu, o tym, co kryje się pod pokładem, od czego są wszystkie linki i sznurki, jak je nazywać i kiedy pociągać. Dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy, ale dopiero z czasem nabywaliśmy praktyki i powoli przyswajaliśmy sobie kolejne nazwy sznurków, szmat i jakiś metalowych części. Wykład został zakończony decyzją o wypłynięciu i mogliśmy znów powrócić na pokład naszej łodzi.
align="justify">Na ten dzień przewidziane było dopłynięcie do Giżycka, a po drodze mieliśmy zobaczyć jeszcze Wyspę Kormoranów. Odpaliliśmy silnik i wypłynęliśmy Węgorapą z powrotem na Jezioro Mamry. Nie jedliśmy jeszcze śniadania, zatem zaraz przy brzegu rzuciliśmy kotwicę i zabraliśmy się za przyrządzanie pierwszego posiłku na łodzi. Malownicze miejsce w szuwarach, osłonięte od wiatru, zachęciło dziewczęta z naszej załogi do wejścia do wody i zakosztowania kąpieli wodno - słonecznej. Marcin podjął również próbę zanurzenia, ale temperatura wody - dość niska jeszcze o tej porze roku - przekonała go, że zbyt długie przebywanie poza pokładem może nie jest najprzyjemniejszą (dla niego) sprawą. A dziewczyny, jakby nigdy nic pływały w pobliżu, gdy my zajęliśmy się śniadaniem.
align="justify">Wiało dość dobrze, może nawet ciut silniej niż poprzedniego dnia, od samego rana świeciło piękne słońce i było dużo cieplej. Gdy dopłynęliśmy do mostu przed Jeziorem Dargin, nastąpiła mała pomyłka w linkach i zamiast zluzować topenantę, został zluzowany fał foka, no i fok poszedł w dół. Niestety nie udało się go wciągnąć ponownie, bo znów trzeba było składać maszt. Tym razem, mimo rozwiniętego foka, poszło nam już lepiej. Za mostem udało się podciągnąć żagiel w odpowiednie miejsce, postawić maszt i żagle. Uważając, by nie wpłynąć na mieliznę, tzw. „Kamienie sztynorckie", przeszliśmy przez Jezioro Łabap aż na Jezioro Dobskie. Na Jeziorze Dobskim jest zakaz pływania na silnikach, ponieważ jest tam rezerwat Kormoranów. Wiatr był silny, więc śmiało mogliśmy płynąć, aby zobaczyć Wyspę Ostrów. Przy wyspie zrobiliśmy zwrot i tym razem pod wiatr wracaliśmy jeszcze raz na Jezioro Łabap. Halsując raz lewym raz prawym halsem, dopłynęliśmy do Jeziora Kisajno, a tu mając wiatr w rufę, lawirując pomiędzy licznymi wysepkami, płynęliśmy do miejsca noclegu. Na Jezioro Niegocin, nad którym położne jest Giżycko, można wpłynąć dwoma kanałami - starym i nowym. My wybraliśmy trasę dłuższą - stary kanał, bo było jeszcze dość wcześnie. Przed kanałem kolejne składanie masztu i tym razem poszło już bardzo szybko i fachowo. Na Niegocinie zrobiliśmy jeszcze kilka kółek i w końcu popłynęliśmy do Giżycka.
align="justify">W Giżycku wszyscy wybraliśmy się do miasta. Łazienki, które udało nam się zlokalizować, nie były niczym rewelacyjnym (2 stopnie), ale gdy wstawiliśmy krzesełko do kabiny, stały się całkiem „przystosowane". Ich wadą było to, że znajdowały się dość daleko od naszej kei. W pobliżu mariny, w której cumowaliśmy, były jednak sanitariaty i łazienki, do których był nawet podjazd, ale ich obsługa miała problemy z wystawianiem rachunków i faktur i zmuszeni byliśmy poszukać innych. W przypadku konieczności nie było problemu. Niestety sanitariaty były zamykane o 23.00 (zresztą taki zwyczaj panował w każdym z portów, do których zawijaliśmy), więc nie było innego wyjścia i na łodzie wróciliśmy koło północy. Ale od czego jest keja i łódź. Tego wieczora posiedzieliśmy również dość długo na jednej z łódek.
20 czerwcaDzień powitał nas pełnym słońcem i błękitnym niebem. Niestety wiatr zelżał i nie dało się płynąć tak szybko. Zaplanowaliśmy przepłynięcie do Mikołajek, jednak by nie było tak łatwo po drodze, zapragnęło nam się udać do Rynu. Przepłynęliśmy całe Jezioro Niegocin aż do kolejnych kanałów. Położenie masztu nie sprawiło nam już żadnego problemu. Kanały tym razem były dość długie, prawie 2 godziny płynięcia na silniku, kilka mostów po drodze i jakieś małe Jeziora: Jagodne, Szymon i Tałtowisko. Strasznie męczy taki hałas silnika, no ale mieliśmy za to czas na śniadanie i na spokojny wypoczynek. Za kanałami, już na żaglach, odbiliśmy w prawo na Jezioro Ryńskie. Na Jeziorze Tałty wiało lepiej niż rano - ale tam podobno zawsze wieje - kiedy wpływaliśmy na Ryńskie wiatr stopniowo słabł i zmienił kierunek tak, że mieliśmy go od przodu. Powolne płynięcie do Rynu trochę nużyło, ale gitara i szanty skutecznie nas ożywiły. Po dobiciu do kei, w kilka minut wypakowaliśmy się na ląd i na chwilę zaglądnęli do pobliskiej Karczmy u Walenroda. Po kolejnych kilkunastu minutach byliśmy z powrotem na łodzi i odbijaliśmy, by płynąć do Mikołajek, niestety było dość późno. Postawiliśmy żagle, ale wiatr jeszcze bardziej zelżał i prawie nie wiał. Posuwaliśmy się w żółwim tempie. Postawienie wymyślonego, dodatkowego żagla z tropiku też niewiele dało.
align="justify">Ale najważniejsze, że wszystkim humory dopisywały i zbliżaliśmy się do celu. Przed Mikołajkami kolejne kładzenie masztu i wpłynięcie do portu. Cumowaliśmy już dawno po zachodzie słońca. Byliśmy na miejscu, zmęczeni, ale szczęśliwi, że udało nam się zrealizować postawiony plan w stu procentach. Skoro wszędzie już wspominam o łazienkach, to można stwierdzić, że tu była przystosowana dla osób na wózkach. Nawet prysznic wyposażony był w krzesełko (co prawda zamontowane zbyt wysoko i krótkie, widać osoba, która to projektowała nie miała kontaktu z „wózkowiczami"). Dodatkowym problemem był brak zimnej wody, była jedynie gorąca (za gorąca, by spokojnie umyć nawet ręce). Czyli ktoś miał dobre chęci, ale... nie wyszło. Słabsze osoby musiały przystosować sobie zwykły prysznic przy pomocy krzesełka turystycznego.
21 czerwcaMikołajki przyszło nam pożegnać z rana. Musieliśmy wypłynąć przed 10-tą, gdyż takie zwyczaje panują w tym porcie, więc wszyscy jedliśmy śniadanie na łodziach podczas płynięcia. Wypłynęliśmy na Jezioro Śniadrwy - zwane Morzem Mazurskim i rzeczywiście robi wrażenie taki bezmiar wód. Dlatego, że jest to jezioro dość płytkie, musieliśmy się trzymać wyznaczonego przez boje szlaku wodnego. Na początku płynęliśmy na południe, a później odbiliśmy na wschód. Tego dnia czekał nas biwak „na dziko" w Okartowie. Zanim jednak dopłynęliśmy na miejsce, mieliśmy okazję poćwiczyć manewr podejścia do tonącego... wiaderka. Przy nabieraniu wody wiaderko znalazło się w wodzie, a że jest ono niezbędne na każdej łodzi, nie mogliśmy sobie pozwolić na jego utratę. Dobrze, że było to tylko wiaderko.
align="justify">W Okatrowie jest małe pole namiotowe z pomostem, do którego można zacumować łódź. Zaciszne miejsce, w którym po raz pierwszy spotkaliśmy komary w większej ilości. Wieczorem rozpaliliśmy ognisko, piekliśmy kiełbasę i śpiewaliśmy szanty do białego rana. Do ogniska przysiedli się również ludzie z innych łodzi, cumujących przy pomoście. Ten wieczór był chyba najprzyjemniejszym ze wszystkich wieczornych spotkań. Tu zresztą był najbardziej oddalony punkt od miejsca startu naszej wyprawy - półmetek. Od tego czasu już wracaliśmy, co wcale nas nie cieszyło.
22 czerwcaJak wstawaliśmy, niebo zasnuwały gęste, czarne chmury, które nie wróżyły niczego dobrego. Trzeba było jednak wypływać. Ubrani w sztormiaki i inne odzienie przeciwdeszczowe, w lekkiej mżawce, ruszyliśmy w drogę powrotną. Deszcz raz padał mocniej, czasem przestawał, to znów się nasilał. Widoczność była niezbyt dobra i trzeba było wypatrywać kolejnych boi, aby zanadto nie zejść ze szlaku. Wiatr był słaby, więc i tempo nie było za szybkie. Mieliśmy czas na zjedzenie śniadania na ciepło, poprzedniego dnia dziewczęta ugotowały taki obiad, że nie przejedliśmy wszystkiego, odgrzany na śniadanie smakował wyśmienicie. Po przepłynięciu połowy Jeziora Śniadrwy, zaczęło się wypogadzać. Chmury stały się rzadsze i nawet chwilami świeciło słońce. Po kolejnej godzinie wypogodziło się już zupełnie. Wiatr nawet się wzmocnił, więc chcieliśmy na koniec zaglądnąć na jeszcze jedno jezioro - na Jezioro Seksty. Jednak po chwili płynięcia w jego kierunku, wiatr ucichł i na dodatek zmienił kierunek, zatem nie mielibyśmy szans na dopłynięcie na czas do Mikołajek. Tego dnia znów mieliśmy spać w Mikołajkach. Zrobiliśmy zwrot i płynąc pod wiatr śpiewaliśmy naszą łajbową piosenkę „Hejoha kapitana każdy statek ma...". Dopłynęliśmy dość wcześnie, więc zamiast robić obiad na łodziach, wybraliśmy się na pizzę do miasta. Znaleźliśmy pizzerię i zajmując prawie wszystkie stoliki, zjedliśmy super obiad. Trzeba powiedzieć, że pizzę mieli tam naprawdę dobrą. Wieczorne śpiewanie szant weszło nam już w krew i oczywiście również tego wieczoru siedzieliśmy na łodziach zacumowanych obok siebie i zdzieraliśmy sobie nasze struny głosowe.
23 czerwcaPrzedostatni dzień naszej wodnej wędrówki. Podobnie jak dwa dni wcześniej, port w Mikołajkach musieliśmy opuścić dość szybko - przed 10-tą. Na początku przewidywaliśmy kolejny nocleg w Giżycku, jednak w pobliżu jest jeszcze jedna marina w Wilkasach, prowadzona przez AZS. Postanowiliśmy sprawdzić i to miejsce. Decyzja nasza była słuszna, bowiem ośrodek studencki ma swój urok i klimat.
align="justify">Na dzień dobry czekało nas położenie masztu, co stało się już rutyną i nie było z tym najmniejszych problemów. Wydostaliśmy się na Jezioro Tałty, gdzie ładnie powiało i niebawem wpływaliśmy do długich kanałów - tych samych, co parę dni wcześniej. Kanały wraz z trzema mniejszymi jeziorkami pokonaliśmy na silniku - niestety nie da się inaczej. Tu również mieliśmy kolejną małą przygodę - przy składaniu masztu, z niewyjaśnionych przyczyn, wysmyknęła się topenata, ale nie jest ona niezbędna do płynięcia, więc postanowiliśmy to naprawić na biwaku.
align="justify">Na Jeziorze Niegocin wiało słabiej, zatem dopływając do kei w Wilkasach, postanowiliśmy przybić bez używania silnika, czyli z postawionymi żaglami. Operacja wymagała sporo uwagi i zaangażowania całej załogi. Szybkie zmiany w ustawieniu żagli, pozwalają wykonać ten manewr w sposób bezpieczny. Tak też było i w naszym przypadku. Dwie pozostałe załogi postanowiły powtórzyć manewr wykonany przez nas i również przybijały na żaglach. Zanim jednak mogliśmy przygotować obiad, należało najpierw naprawić topenantę. Czekało nas kolejne kładzenie masztu - tym razem w porcie. Dzięki pomysłowi Gabrysia naprawa poszła sprawnie i szybko. Dobrze, że mieliśmy wiaderko (nawet nie pytajcie jak wiaderkiem można naprawiać topenantę).
align="justify">Wieczorem nie brakowało atrakcji. W pobliskiej tawernie była dyskoteka, na którą wybrała się część naszej ekipy, a dla tych, co woleli bardziej żeglarskie klimaty, po drugiej stronie przystani na żywo koncertował zespół „Mordewind", grając swoje przeboje szantowe. Podobno byli i tacy, co nawet nie wrócili na łódź przed wypłynięciem. Łazienki w tej stanicy, można powiedzieć, że są dostępne. Oczywiście krzesełko pod prysznic, ale poza tym wszystko jest bez schodów. Ośrodek sportowy dość duży, z boiskami i ciekawymi miejscami do spacerów.
24 czerwcaPoranek powitał nas błękitnym niebem - takiego to jeszcze nie było na tej wyprawie - zero chmur. Niestety również nie wiał nawet najsłabszy wiatr, więc o żeglowaniu nie było mowy. Przez całe jezioro trzeba było płynąć na silniku. Płynąc do Giżycka, na początku naszego obozu, przepływaliśmy starym kanałem, tym razem postanowiliśmy nadłożyć trochę drogi i przepłynąć nowym, gdyż stary już znaliśmy. Musieliśmy się trochę spieszyć, bowiem na nowym kanale jest most zwodzony, a w zasadzie obrotowy, który otwierany jest tylko kilka razy dziennie o określonych godzinach. Udało nam się przypłynąć jeszcze przed czasem otwarcia mostu, więc była chwila na zrobienie ostatnich zakupów na tym wyjeździe.
align="justify">Po przepłynięciu kanału, spotkaliśmy się z pozostałymi załogami na początku Jeziora Kisajno i postanowiliśmy urządzić sobie małe regaty. Linię startu wyznaczały dwie boje, pomiędzy którymi należało przepłynąć o wyznaczonej godzinie. Metą natomiast było wejście do przesmyku na Jezioro Sztynorckie. Wiało lekko, ale wystarczająco, by pływać na żaglach. Słońce świeciło mocno, czuliśmy się raczej jak na plaży niż na środku jeziora. Zasady regat były proste - dopłynąć jak najszybciej, ale łodziami miały sterować osoby niepełnosprawne, także one miały obsługiwać przynajmniej jeden żagiel - fok. Pozostała część załogi miała jedynie pomagać. Na początku nasza łódź wysunęła się na prowadzenie i przez dłuższy czas się na nim utrzymywała. Jednak w pewnym momencie wpłynęliśmy na jakieś osłonięte od wiatru miejsce i prawie stanęliśmy, patrząc jak pozostałe dwie łodzie zbliżają się do nas. Dziwna była sprawa z tym wiatrem, bo w niewielkiej odległości od nas inne łódki pływały i wymijały nas, a my nic nie mogliśmy zrobić. Gdy jedna z naszych łodzi zbliżyła się już na odległość 2-3 długości łódki, zaczęliśmy mieć niewesołe miny, bo mieliśmy wcześniej przewagę kilkudziesięciu długości. Po prostu staliśmy, a oni płynęli. Wreszcie udało nam się zrobić powoli zwrot przez sztag i chwyciliśmy w żagle jakiś słaby szkwał. Bardzo powoli nabieraliśmy szybkości, oddalając się znów od naszych kolegów. Na miejsce dopłynęliśmy jako pierwsi.
align="justify">Przez przesmyk na Jezioro Sztynorckie znów trzeba było przejść na silniku. I tak dobiegła do końca nasza wodna wyprawa. Jeszcze tylko zacumować, spakować swoje rzeczy i wysiadka na ląd.
align="justify">Z wielkim żalem żegnaliśmy nasze łódki, gdyż przez te kilka dni zdążyliśmy się do nich przyzwyczaić. Była godzina obiadowa, więc po zapakowaniu naszych rzeczy do samochodów, całą grupą udaliśmy się do „Zęzy" - tawerny żeglarskiej. Po skromnym objedzie i chwili wypoczynku wsiedliśmy do aut i pojechali do znanej nam już z pierwszej nocy „Willi Harsz".
align="justify">Na miejscu czekał na nas gospodarz i przygotowane pokoje. Jak miło było wejść do chłodnego pomieszczenia i na chwilę położyć się. W tym dniu czekało nas jeszcze ognisko, zatem po szybkiej toalecie każdy z nas czekał już w gotowości na pierwsze płomyki na polanach w ognisku. Ognisko nie trwało tak długo jak za pierwszym razem, bo część z nas wyjeżdżała bardzo wcześnie, a trzeba było się wyspać przed drogą.
align="justify">Obóz zakończył się oficjalnie 25 czerwca. Był to jeden z najlepszych obozów zorganizowanych przez Fundację Aktywnej Rehabilitacji. Od tego czasu obozy te na stałe wejszły do kalendarium i odbywają się co roku. Mimo, że był to pierwszy, wędrowny obóz żeglarski nie wyobrażam sobie możliwości lepszej organizacji takiego obozu, no może poza jedną, ważną sprawą - obóz powinien być dłuższy, gdyż dopiero po pewnym czasie można opanować wszystkie arkana żeglarstwa i dopiero wówczas staje się to całkowitą przyjemnością.
align="justify">Wielkie podziękowania należą się wszystkim osobom, które w jakikolwiek sposób przyczyniły się do organizacji tego przedsięwzięcia.
align="justify">Hejoha kapitana każdy statek ma ...
Pozdrawiam wszystkich żeglarzy AHOJ!!!
align="justify">I do zobaczenia za rok.





















~Sonia
zapraszam do Jażdżówek koło Iławy -
żagłóweczki aż miło są tam też
niepelnosprawni sa...
~Wózkowiczka
Jak najwięcej tego typu imprez - gratulacje!
dodaj komentarz »wszystkie wątki »
zgłoś naruszenie prawa »