"Ojciec" przemysłu komputerowego popiera piractwo
Słowa kluczowe: własność intelektualna, prawo autorskie, Creative Commons, gry komputerowe
2007-07-13 17:44:59
Twój blog Miasik.net na hasło - infoanarchizm, libertarianizm, technika i inne ciekawostki. Co to jest infoanarchizm?
>To taki termin, który sobie przywłaszczyłem w celu określenia mojego stosunku do tzw. "własności" intelektualnej. Jestem zwolennikiem totalnego uwolnienia informacji, w dowolnej jej postaci. Ale przede wszystkim, uwolnienia jej z łap państwa, które jest głównym czynnikiem ograniczającym swobodny przepływ informacji, czy to w formie ograniczania wolności słowa, czy w formie wprowadzania praw "własności" do informacji i ich późniejszego egzekwowania.
>Infoanarchizm nie ma spójnej i jednoznacznej definicji, nie istnieje też jako rozpoznawalny ruch. Niemniej jednak, dla mnie jest do dobre określenie prezentowanej przeze mnie pozycji w tej kwestii. Uważam, że informacje, idee, dzieła, wszystkie niematerialne wytwory ludzkiego umysłu powinny być wolne, czyli być swobodnie dostępne dla każdego, kto zechce z nimi obcować. Jedyne dopuszczalne formy wykluczania innych powinny oparte być o dobrowolne kontrakty czy zabezpieczenia techniczne. Osoby nie będące stronami takich kontraktów nie mogłyby być w żaden sposób ograniczane w swoich wysiłkach w zdobyciu informacji chronionej. To samo dotyczy pokonywania zabezpieczeń technicznych - przecież zawsze robi to ktoś w oparciu o własny sprzęt i wiedzę.
>Jak obecnie wygląda ta sprawa, to pewnie wszyscy wiemy. Każdy z nas staje się stroną takiego niepisanego kontraktu z dowolnym autorem i twórcą, tylko przez sam fakt, że coś zostało stworzone. A pokonywanie zabezpieczeń technicznych jest prawnie zabronione, mimo że gwałci to nasze prawo do swobodnego dysponowania naszą materialną własnością i posiadaną wiedzą. I tutaj docieramy chyba do sedna konfliktu - niektórzy uważają, że twórcom już coś się należy za sam akt tworzenia, a ja uważam, że nie.
>Weźmy w takim razie taką sytuację. Ktoś kopiuje program z sieci P2P, instalując go, klika YES przy długiej umowie, której nikt nie czyta. Czy jest to zawarcie umowy z twórcą czy nie?
>Nie. Bo jak w takim wypadku stwierdzić, kto jest stroną umowy? Komputer? Właściciel komputera? A jak to nie on kliknął YES, a jakiś inny użytkownik komputera, to kto jest stroną? To jest generalnie problem tzw. podpisu elektronicznego i zawierania umów w ten sposób.
>Powiedzmy, że jednak ja jestem osobą klikającą YES i wpada do mnie jakieś komando stwierdzające, że właśnie zawarłem umowę o pewnej treści. Pokazują mi umowę, a ja odkrywam, że to nie jest ta umowa, na którą zgodziłem się klikając na przycisk, gdyż twierdzi ona, że właśnie sprzedałem duszę diabłu. A moja EULA (umowa licencyjna wyświetlana podczas instalacji programów) nic takiego nie miała, ale ja jej sobie nie wydrukowałem, bo nie mam drukarki. A nawet mając wydruk, jak potwierdzę, że to jest moja wersja umowy, a nie dokument, który po prostu sobie wyprodukowałem edytorem tekstu?
>Jak mam udowodnić, że moja umowa była inna? Przecież nie ma mojego podpisu na dokumencie (a w przypadku sprzedaży duszy, podpisu krwią), który mógłby potwierdzić moją czy czyjąś wersję. Załatwianie umów w ten sposób prosi się o kłopoty, i o ile wiem, nie jest to prawnie uznawana metoda umawiania się.
>Pamiętam jeszcze czasy, gdy nie istniała w Polsce ochrona prawna oprogramowania komputerowego. Wtedy nawet udało mi się sprzedać kilka sztuk programu na ATARI, którego byłem współautorem, na bazie bezpośredniej umowy z użytkownikiem, który na piśmie własnoręcznym podpisem zobowiązywał się, że nikomu programu nie skopiuje.
>Każda kopia programu była indywidualnie elektronicznie sygnowana, aby strony umowy wiedziały, że dotyczy ona konkretnego egzemplarza (i to pewnie z prawnego punktu wiedzenia była najsłabsza część tej umowy). Było to bardzo wolnościowe rozwiązanie, pokazujące, że można takie problemy rozwiązywać bez uciekania się do "pomocy" państwa i jego organów przemocy. Zawierane jednak twarzą w twarz, tradycyjnymi metodami. Niemniej jednak, w gruncie rzeczy nieskuteczne - wystarczyło usunąć sygnaturę i wypuścić w świat kopię "niczyją".
>Z tego też powodu, nie wierzę akurat w skuteczność metod umownych - lepiej skoncentrować się na technicznej kontroli dostępu, choć ta też bywa zawodna. A najlepiej, na wypracowaniu innych sposobów zarabiania na kreatywności, które nie polegają na gwarantowanym przez państwo monopolu.
>Spotkałem się z argumentem, że w ten sam sposób osoba złapana w autobusie bez biletu płaci karę. Wobec czego umowa nie musi być określona na piśmie, wystarczy, że ktoś złapie cię z programem, którego uruchomienie wymagało zgody na warunki firmy. Co na to powiesz?
>Zapłata za przejazd jest w rzeczywistości zapłatą za realizację usługi opartej o domniemaną umowę - ktoś wykonuje usługę, ja mu za to płacę kwotę, której żąda. Prawa autorskie tak nie działają - nie wymagają, aby dzieło "wykonało" jakąś usługę, aby domagać się zapłaty. Sam fakt posiadania kopii dzieła oznacza, że już coś jesteśmy twórcy winni, niezależnie od tego, czy rzeczywiście dzieło nam do czegoś posłużyło.
>Prawa autorskie w pierwszej kolejności regulują kwestie powielania dzieł, stąd "copyrights", czyli prawa do robienia kopii. Wymagają one, aby płacić już za sam potencjał czerpania korzyści płynącej z użytkowania dzieła, a nie za realne korzyści. A to absurd - powiedzmy, że musimy płacić za jazdę autobusem także wtedy, gdy z jakichś powodów z niej zrezygnujemy - bo przecież autobus jedzie i coś się właścicielowi "należy" także wtedy. Jakaś rekompensata za "utracony" zysk - to jest standardowa argumentacja organizacji anty-pirackich.
>Poza tym, przejazd autobusu to jest zużycie konkretnych, rzadkich zasobów - paliwa, sprzętu, nawet czasu kierowcy. Powielenia dzieła, przedmiotu praw autorskich, w dobie techniki cyfrowej nie kosztuje praktycznie nic. Gdy dzieło powstanie, dalsze jego rozpowszechnianie nie kosztuje twórcę nic, nie uszczupla żadnych należących do niego zasobów i na samej czynności powielania nie ma on żadnych strat. Nie ma też żadnych należących mu się potencjalnych zysków - łatwo sobie przecież wyobrazić "dzieło", które nawet powielone w milionach
egzemplarzy nie przyniesie autorowi żadnego zysku. Oczywiste jest, że znacząca większość dzieł chronionych prawami autorskimi nie ma szans na jakiekolwiek zyski.
>Na dodatek normalne usługi dają konsumentowi sporo praw, szczególnie w przypadku, gdy usługa będzie złej jakości, nie spełniająca wymogów klienta. W przypadku dzieł objętych prawami autorskimi, nie ma takiej możliwości - nikt nie pozwoli nam na zwrot programu, płyty, czy kasy za bilet na beznadziejny film. Jeśli nawet dopuszczamy prawnie istnienie takiej blankietowej umowy, to nie rozumiem dlaczego pisana jest ona jedynie przez jedną stronę? Obecne prawa autorskie zakładają, że wszystkie dzieła mają dołączoną taką bardzo restrykcyjną umowę, zwaną "wszystkie prawa zastrzeżone".
>Ale w praktyce tak nie jest - olbrzymia ilość dzieł ma te umowy zupełnie inne (stąd inicjatywa Creative Commons, licencje Free/Open Source Software), ba, są nawet takie dzieła, co do których autorzy zrzekają się swych prawa, czyli likwidują taką umowę w zupełności (public domain).
>Domniemana, niepisana umowa regulująca handel czy usługi jest mechanizmem, który wytworzył się samoistnie tysiące lat temu. Podobna umowa dotycząca dzieł jest tworem sztucznym, liczącym sobie trochę ponad dwa wieki, którego jedynym celem było stworzenie, a obecnie podtrzymywanie monopolu. I tak naprawdę stoi za nim monopol dystrybutorów/wydawców, a nie autorów, bo to właśnie dystrybutorzy są głównymi beneficjentami systemu. Taka była geneza wprowadzenia "copyrights" i takie jest cel ich utrzymywania. Trudno więc prawa autorskie nazywać "prawem naturalnym".
>Programiści często narzekają, że nie opłaca się tutaj w Polsce nic robić dla tzw. osób fizycznych, ponieważ zaraz wszyscy będą mieli za darmo. A napisanie sensownej gry komputerowej to koszt co najmniej 100 tys. zł.
>Co do kosztów gry komputerowej, to powiedzmy, że obecnie zaczynają się one od miliona złotych wzwyż. Inaczej nie będzie to sensowna gra.
>Eben Moglen słusznie zauważył, że ludzie tworzą dlatego, że mogą, a nie dlatego, że istnieją do tego finansowe zachęty. Szczególnie takie, jak obecnie, w formie monopolu praw autorskich, który zatacza coraz większe kręgi gdzieś dopiero od 18-go wieku. Do tego czasu też sporo dzieł powstało i to znacznie lepszych niż wiele z obecnych "dzieł",
które są automatycznie objęte prawami autorskimi.
>Jak pokazuje codzienne doświadczenie, mnóstwo programistów tworzy znakomite programy, mimo że nikt im za to nie płaci. Cały ruch wolnego oprogramowania dowodzi, że do tego, aby tworzyć, a nawet czerpać z tego wymierne finansowe korzyści, nie potrzeba systemu autorskiego monopolu. Nie jest on do tego potrzebny, choć oczywiście pozwala kasę zdobywać łatwiej, bo w asyście państwowego aparatu przymusu. Nic dziwnego, że programiści wolą sytuację, gdy coś tworzą, a państwo i jego organy zapewnia, że użytkownicy będą za oprogramowanie płacić. Ale, na całe szczęście, nie wszyscy wybierają taką drogę.
>Co do sposobów finansowania tworzenia np. gier komputerowych, można pewnie coś sensownego wypracować, szczególnie gdy zajdzie potrzeba. Jak mam zwyczaj powiadać, to potrzeba jest matką wynalazków, a nie system patentowy - ludzka pomysłowość nie ma granic.
>Aby jednak nie być gołosłownym, podam jakieś przykłady. Już obecnie funkcjonują systemy zarabiania na grach bez uciekania się do "sprzedawania" graczowi jego kopii gry. Są to choćby gry online, gdzie kod i zasoby gry - grafikę, muzykę, dźwięki - dostaje się za darmo, trzeba jedynie opłacić dostęp do centralnego serwera, który jest odpowiedzialny za symulację.
>To przykład technicznego rozwiązania, które pozwala zarabiać bez konieczności wysyłania speckomanda do sprawdzenia, co tam kto ma zainstalowane na komputerze. Ba, producent gry chce, aby jak najwięcej ludzi posmakowało gry i rozdaje ją na lewo i prawo, oferując jakiś wstępny, darmowy okres gry. Niczym diler narkotykowy. Model subskrypcyjny jest na tyle obiecujący, że najwięksi tytani produkcji oprogramowania, np. Microsoft, aż przebierają nóżkami, aby się na niego przerzucić. Tyle że oni chcą utrzymania monopolu i jednocześnie zapewnić sobie stały dopływ gotówki.
>No i jeszcze mamy product placement czy reklamy. Niestety, na razie mamy to jako dodatek do zysków z monopolu, ale może w przyszłości to będzie jedyna metoda zarabiania?
>Jest jeszcze np. możliwość oferowania odpłatnej opieki serwisowej. Tak samo powinni sobie radzić wszelkiej maści artyści - zespoły muzyczne, twórcy filmów oraz np. fotograficy? Zakres osób żyjących w oparciu o kwestie praw autorskich jest w dzisiejszych czasach gigantyczny.
>Podobnie jak zakres osób żyjących z rozmaitych form opieki socjalnej. Co nie zmienia faktu, że wiele osób postuluje i nawet ostro zachęca do ograniczenia czy nawet likwidacji tejże opieki. Jest to uznawany pogląd polityczny i nikt nie odrzuca go jedynie dla tego, że dotyczy wielu osób. Tak jak w przypadku likwidacji socjalu wiele ludzi będzie musiało zmienić swój styl życia, tak w przypadku likwidacji monopolu praw autorskich, twórcy i autorzy będą musieli zmienić swój styl życia i poszukać nowych form i sposobów zarobkowania.
>I tu nie chodzi nawet o to, że ktoś posłucha nawoływań osób o poglądach podobnych do moich, ale raczej o to, że ten monopol nie jest techniczne możliwy do utrzymania. Chyba że podoba nam się wizja państwa policyjnego, które monitoruje ruch w sieci, przegląda nasze dyski, a potem wsadza nas do więzień, a to wszystko w imię obrony "słusznych interesów twórców i autorów". Ja jestem pesymistą i uważam, że czeka nas okres takiego zamordyzmu. Chyba że technika będzie tak zasuwała, że nie nadążą za nią ani ustawodawcy, ani też nieudolne państwowe siły policyjne. Zobaczymy.
>Oderwijmy się na chwilę od oprogramowania. Każdy zna coroczne wyliczenia wartości głównych, międzynarodowych marek. Łączna wycena trzech liderów - Coca Coli, Microsoftu i IBM-u - przekracza kapitalizację polskiej giełdy. Prawo do zarejestrowania, posiadania i ochrony własnej marki zalicza się także do kwestii własności intelektualnej. Zakładasz brak możliwości takiej ochrony?
>Znaki towarowe i handlowe zalicza się obecnie do tzw. własności intelektualnej, ale moim zdaniem, niewiele mają z nią wspólnego. Samo wymyślenie znaku (stworzenie) nie jest żadnym specjalnym aktem - mogę znaków nawymyślać na pęczki, a nie zamienią się one w strumienie pieniędzy. To dopiero dobre towary czy usługi sprawiają, że znak wydaje się mieć pewną wartość. Ale znów, ma on wartość tak długo, jak dobre są towary i usługi za nim stojące.
>Obecne podejście do znaków towarowych (marek) sugeruje, że przypadku, gdy danym znakiem opatrzy się towar podchodzący od innego producenta, to ofiarą takiego procederu są niby właściciele owych znaków. A przecież ofiarami są konsumenci, którzy kupując inny towar, niż ten, którego się spodziewają. Prawo powinno chronić właśnie konsumentów i to oni powinni móc skarżyć i domagać się odszkodowań, a nie firmy, których znaki zostały fałszywie użyte.
>Jak każde prawo z dziedziny "własności intelektualnej", także prawo do znaków jest obecnie ostentacyjnie nadużywane. Głownie przez wielkie koncerny, z którymi nikt nie próbuje nawet walczyć, bo się po prostu nie da. Znane są przypadki ataków na zupełnie nie związane firmy i produkty pod pretekstem ochrony znaku przez "rozmyciem", gorzej, nawet zdarzały się ataki na osoby, których nazwiska były zbliżone czy takie same jak nazwy koncernów. To podobny schemat jak w przypadku dzieł zależnych - prawo nie tylko chroni określony znak, ale także wszystkie do niego podobne. Brak jasnej granicy prowadzi do nieporozumień i niepotrzebnych ofiar.
>Powiedzmy, że przestaje istnieć ochrona znaków towarowych. Czy to oznacza, że będziemy kupować marne podróbki mercedesów? Oczywiście, że nie - rynek dostarczy dostatecznie dużo mechanizmów pozwalających na certyfikowanie autentyczności pochodzenia danego towaru.
>Zresztą już dziś mnóstwo takich mechanizmów istnieje, bo mimo istnienia ochrony prawnej, rynek podróbek ma się chyba całkiem nieźle. Wielu z nas wie dokładnie, jak dokonywać zakupów, aby nie otrzymać podróbki. Postęp techniczny tylko taki rzeczy ułatwia i raczej nie martwiłbym się o to, że rynek nie da sobie z tym problemem rady.
>Czy kupiec powinien mieć prawo do odszkodowania od sprzedawcy, który mówiąc, że sprzedaje mu "tego" IBM-a, tak naprawdę sprzedał mu Acera i nalepił logo IBM?
>Oczywiście - to sprzedawca dopuścił się oszustwa, a nie doszło do zagarnięcia przez niego jakiejś własności IBM. Przynajmniej zakładając, że logo IBM sam sobie wyprodukował.
>Zawsze przy dyskusjach na ten temat, czy ogólnie na temat tzw. własności intelektualnej, w tym patentów, padają argumenty, że to prawo ma służyć małym, którzy inaczej zostaliby wykorzystani przez wielkie korporacje, ich pomysły "ukradzione", a znaki towarowe wykorzystane przez wielkich i możnych. Problem w tym, że być może takie były założenia i intencje, ale rzeczywistość jest dokładnie przeciwna. To wielko korporacje czy kartele medialne wykorzystują nadane im monopole do likwidacji konkurencji czy rujnowania życia biednym nieszczęśnikom.
>A tak przy okazji, ciekawy byłby taki badawczy eksperyment, który pokazałby, jak często prawa patentowe pozwalają małym, nikomu nieznanym wynalazcom dojść do wielkich fortun poprzez wprowadzenia na rynek jakiegoś opatentowanego produktu.
>Wróćmy do kwestii copyright. Jak oceniasz wzrastającą popularność licencji Creative Commons (CC), czy bardziej swobodnych licencji GNU. Wyjaśniając czytelnikom, chodzi o to, że autor zezwala na kopiowanie danego dzieła pod pewnymi warunkami. Czasem jest to wykorzystanie tylko w tzw. celach niekomercyjnych, czasem pozwala tylko na wykorzystanie w określony sposób, a czasem żąda jedynie zaznaczenia źródła pochodzenia.
>Creative Commons bardzo mi się podoba - sam używam. Licencje CC mają olbrzymią zaletę w stosunku do standardowych praw autorskich typu "all rights reserved" - bardzo jasno, prosto i przystępnie definiują prawa, które zastrzega autor, resztę zostawiając wszystkim innym. Nie trzeba się domyślać, czy zrobienie tego, czy tamtego będzie już naruszeniem praw zastrzeżonych, czy jeszcze dozwolonym użytkiem.
>Mnie oczywiście najbardziej odpowiada licencja CC Attribution (BY), która wymaga jedynie nazwania autora utworu oryginalnego, natomiast użytkownikom czy innym autorom daje pełną swobodę dystrybucji i przekształcania dzieła. To jest też dla mnie rozwiązanie pośrednie, jeśli chodzi o reformę praw autorskich, oczywiście w drodze do ich pełnej likwidacji.
>W zasadzie, gdyby udało się zamienić cały system "własności" intelektualnej na coś w rodzaju tej licencji, uznałbym swoje dzieło za skończone. Mechanizm ten pozwala oryginalnemu twórcy
czerpać sławę z autorstwa, bez konieczności ograniczania wolności innych ludzi. To takie ładne połączenie swobody z zasadą "give credit where is due".
>Co do licencji GNU, to podobają mi się jedynie jako broń w walce z licencjami własnościowymi (all rights reserved). Konieczność udostępniania kodu po modyfikacjach jest dobrą bronią w walce z tymi, którzy chcieliby taki kod przejąć i chronić go pełnym monopolem. To świetny pomysł, ale z pewnością nie docelowy, gdyż wymaga mechanizmów przemocy zmuszających ewentualnych gwałcicieli tej licencji do przestrzegania jej reguł.
>Z licencji wolnego oprogramowania zdecydowanie wolę BSD, czyli w zasadzie licencję bierz i rób, co chcesz, zostaw tylko oryginalny opis "copyright" - to w zasadzie jest taka licencja CC-BY. O ile z oprogramowania na licencji GNU GPL czy LGPL korzystałem i korzystam jako użytkownik, to częściej korzystałem z oprogramowania na licencji BSD jako autor.
>Ale jednak nawet najbardziej liberalna licencja zakłada przymus cytowania pochodzenia źródła lub autora. Co oznacza, że zakłada wciąż kontrolę autora nad kopią. Czy, używając tego określenia, infoanarchiści, powinni korzystać z licencji CC, czy mogą po prostu napisać- rób z tym co stworzę, co chcesz?
>Same licencje CC akurat zakładają, że autor przestaje mieć kontrolę nad kopią, przynajmniej o ile użytkownicy przestrzegają postanowień licencji. Choć, oczywiście, cała ta zabawa jest oparta o monopolistyczny system praw autorskich i on jest gwarantem tego, że postanowienia licencji są przestrzegane. Jak na razie, ta cała mnogość licencji typu "copyleft", to jedynie taka wolnościowa proteza istniejącego systemu praw autorskich. Z pewnością nie jest to dobry materiał na rozwiązanie docelowe, ale jak się nie ma, co się lubi, to... itd.
>Ale postulowanie przeze mnie ultraliberalne "prawo autorskie" niekoniecznie musi oznaczać przymus fizyczny, ale raczej taki moralny - jak nie będziesz podawał źródła, toś kiep. A kto kiep, można by było sobie sprawdzić w jakiejś bazie autorów, czy coś takiego. Technika nie takie problemy rozwiązywała, a w dobie ogólnoświatowej sieci dostępnie praktycznie dla każdego, nie widzę większego problemu. Myślę, że w nawet przypadku braku istnienia prawnego przymusu podawania autorstwa, bardzo łatwo powstałaby odpowiednie techniczne zasoby, które pomagałaby przynajmniej udowodnić takie autorstwo, jeśli byłaby potrzeba.
>Co do indywidualnych decyzji ludzi, którym nie podoba się obecny system, mają oni spore możliwości, jeśli chodzi o wybór, w jaki sposób będą dzielić się swoimi dziełami ze światem. Mogą przekazywać je od razu do public domain (i najlepiej jasno to oznaczyć, bo wtedy wiadomo, że dzieło należy do nas wszystkich i już nie można go zawłaszczyć), mogą w ogóle ignorować fakt istnienia praw autorskich i oferować je na zasadzie "bierz i rób co chcesz" i zupełnie się tą kwestią nie zajmować, mogą też, tak jak ja, skorzystać trochę z przywilejów, jakie oferuje im monopol i publikować na licencji CC-BY.
>Ważne, aby poszerzać zakres dzieł dostępnych na bardzo jasnych i liberalnych warunkach. I pokazywać światu, że można tworzyć i być popularnym, a czasem może nawet czerpać z tego wymierne korzyści finansowe, bez uciekania się do zamordystycznego systemu "wszystkich praw zastrzeżonych". Dla mnie każde odejście od systemu obecnego w stronę większej wolności użytkowników i twórców, to kroki w dobrym kierunku, więc je popieram.
>Czy o coś nie zapytałem, co byłoby istotne w kwestii własności intelektualnej?
>Nic mi nie przychodzi na myśl.
>Dziękuję bardzo za rozmowę.
>













~ale to nie paÄ...
ale to nie paÄstwo ( przykład USA ) ogranicza
wolność słowa i swobodny przepływ informacj...
~i dlatego paÄ...
i dlatego paÄstwo nie powinno mieć takich
możliwości ;-)
~...cos zresetowa...
...cos zresetowalo ogladalnosc.
dodaj komentarz »wszystkie wątki »
zgłoś naruszenie prawa »