Przejdź do głównej części strony

INTERIA360

Nawigacja

Górne menu

Oni, czyli życie zapisane na dwa głosy i magnetofon szpulowy

Autor: Lech Galicki (zredagowany przez: Magda Głowala-Habel)

Słowa kluczowe: Klajd, łislis, życie, przyroda, machina, zespoły, woda ognista, okoliczności.

Często przechodzimy obok ludzi, którzy żyją swoim stylem bytowania i albo nie zwracamy na nich uwagi, albo przyglądamy się oryginałom z radosnym lub oburzonym zaciekawieniem, albo odrzucamy ich za to, że tacy są. Oni to specyficzny język, ubiór, mowa... Życie
Szczęśliwy bywalec parku Jana Kasprowicza

Szczęśliwy bywalec parku Jana Kasprowicza / fot. ©123RF/PICSEL

Szum liści, o które uderzały krople wiosennego deszczu rozpraszał ciszę w parku noszącego imię Jana Kasprowicza. Delikatny plusk wody jeziora-rzeczki o niebanalnej i wdzięcznej nazwie Rusałka, jak spojrzenie płochej dziewicy z dzielnicy Niebuszewo muskał uszy swą namiętną paplaniną. Właściwie, to wszędzie, dookoła cisza w tych okolicznościach przyrody.

Ale, ale... Zwykle tu o tej porze machina dźwiękowa odtwarzająca stare, rockowe kawałki z ubiegłego wieku rżnęła aż miło.

Łilis i Klajd, smętni coś, choć po kilku szklankach wody ognistej jak cholera, brrr!, siedzieli osowiali jak szare sowy w parkowym buszu na rozpołowionej jednym, lub dwoma uderzeniami kija baseballowego ławce: trzask!, szast!, grrrr!, bach!

Klajd oglądał ze zdumieniem starą gazetę, w obcym mu od dawna dziale rozrywek umysłowych. Łilis przysypiał zmęczony rozpaczliwą ciszą wywołaną zepsuciem się magnetofonu szpulowego, w którym na magnetycznych taśmach zapisane były, no i przecież odtwarzane na maxa takie kawałki, że hej! "Schody do nieba" na ten przykład! Dą dą dą dą dą dą dą dą dą dą dą!- mruczał ochryple Łilis - Czu czu czu czu czu czu czu czu czu czu czu! - kontynuował.

-Jes jeeeeees! - ryknął Klajd nagle ocucony wspomnieniem.

Roling Stons, Midżi Dżager, Dip Perpl, czy też Dżimi Pejcz i Let Cepelin, no to były kapele i soliści, że chciało się żyć...i pić...i w mordę bić...i być...

A teraz ten szpulowy grat przedpotopowy zastopował: wrrr! trzask! Koniec pieśni. No, cisza nie do zniesienia.

- Ghłe ghłe ghłe - czy jakoś tak, grzmiały, jak skacowane od ścieków  ropuchy w jezio-rzeczce Rusałka.

- Bzzzzzzzz - wtórowały im chmary komarów.

Klajd zapytał niespodziewanie, tak, że sam z wrażenia dostał tiku nerwowego - Tej, Łilis, wiesz trzymam gazetę i jest tu krzyżówka i trzeba odpowiedzieć na pytanie i wpisać, słuchaj: ono - ma - to - peja. Ono... ma... to... peja. Fersztejen?

- A co nie fersztejen, więcej Klajd: anderstend. Łilis łyknął pół szklanki ognistej wody i przymierzał się do tłumaczenia niedouczonemu Klajdowi, który zawsze odstawał od niego intelektem na wiele mil morskich i jeszcze kilka centymetrów. Otóż: ono, to ono. Kapujesz, dziecko, dzieciak, chłopiec, dziewczyna mała. To ono. Kontynuuję. Ma - to ma. Po prostu. Posiada. Ma. Flaszkę na ten przykład. Anderstend? Czyli mamy już: ono - ma. To, to to.

- Co? - pyta Klajd.

- Wiadro! No, może być wiadro. To wiadro. Złożyliśmy: ono - ma - to. I została peja. A peja to wesz. Wiesz? Po poznańsku. Mam rodzinę w Wielkopolsce. Resztę sam dokombinuj. Pomyśl. Dę, dą, dyn - cholera, że ten taśmowy grat tak nagle siadł. Trochę muzyki, rocka, dźwięków potrzebuje dusza moja! Dę, du, dę... łupp... pą.

Klajd myśli i myśli i wrzeszczy nagle na głos cały, zatacza się pod wpływem ognistej wody.

- Onomatopeja - wyrzuca jednym tchem, to znaczy: to ma to wesz!

- I widzisz Klajd i widzisz - ty czasem anderstend, że dziw bierze! - piszczał ze śmiechu Łilis.

Klajd w przypływie szczęścia intelektualnego kopnął taśmowy magnetofon, a ten ruszył całą parą i zaczął wyrzucać z siebie: dą dę, dżask, prask... Głos Dżimiego Pejcza, muzykę Let Cepelin i Dip Perpl...

- Machina działa - zaszumieli obaj jak las liściasty.

A wróble z wrażenia naśladowały strumień dźwięków i ropuchy oraz komary nie pozostawały w tyle. - Bzzz, bzzz, rech, rech, ghłe, ghłe... łup... dubu,...dubu...

I wszystko było jak kiedyś.

- Widzisz Klajd, co to znaczy wiedza! - wrzasnął Łilis.

Tylko krople wiosennego deszczu uderzając w liście nie rozpraszały ciszy w parku noszącym imię Jana Kasprowicza. A delikatny plusk jeziora-rzeczki Rusałka zamilkł zawstydzony. Gdzie mu tam do takich dźwięków. Kto by potrafił je naśladować. W tych okolicznościach przyrody.

Przeczytano razy: 505
Oceń tekst:
OCENA: 86%
  • Tak, polecam innym
  • Nie warto marnować czasu
 

Ostatnio dodane

Zimna wojna medialnaZimna wojna medialnaW zwaśnionych mediach nad Wisłą jak nigdzie indziej skupiają się wszelkie strategie toczącej się polsko - polskiej wojny.czytaj więcej

Dodatki


Wasze komentarze (2)

Dodaj komentarz

~Mira -

Alkohol, czy tabletki pomoga na krotko zapomniec przykre chwile. Nie stosujmy tego. Pamietajmy o Tym, Ze Jedynym Lekarstwen Na Prawdziwa, Wierna Milosc, Jest Prawdziwa, Wierna Milosc. Moze Nie Chcesz Myslec, o Nas Bierzesz Pigulke Idziesz Spac. Ktos Inny Siega po butelke z alkoholem, gdyz jest mu zle. Nie Klam, Tego Sie Nie Da ukryc, bo napewno Ktos mysli i czeka, na Ciebie, tak jak Ty.