Im szybciej obalimy mit biednych młodych ludzi, którzy tylko za sprawą złych polityków i pazernych banków nie mają pracy i możliwości, tym szybciej europejska gospodarka zacznie wychodzić z kryzysu.
Wiele pisze się w ostatnich miesiącach o straconych pokoleniach i podupadających narodach. W tym chórze żałobników nie słyszę jednak zupełnie wieści o tym, że demokratyczny system, który do tego doprowadził, miałby się, choć trochę zmienić.
Obecny, przypominający dziecięcy bunt, głos młodych pracowników, obserwowany na dwóch kontynentach to nie wyraz znudzenia konsumpcyjnym stylem życia, ale faktem, że na szeroki konsumpcjonizm nie stać wszystkich zainteresowanych.
Świadomie używam uproszczenia sytuacji,
ale komentarze publicystów na temat ”oburzonych” pozostawiają wiele do życzenia w kwestii sensowności. Otóż oburzenie w tym przypadku nie jest wynikiem problemów na poziomie czysto egzystencjalnym, ale wynika z pobudek hedonistycznych. Po dekadzie cudownego rozmnażania długów przyszedł czas na ich spłatę. Oburzeni to natomiast ci, którzy wychowani zostali w świecie namnażania, muszą jednak żyć w świecie redukowania. Budzi to sprzeciw uzasadniony w kwestii pytania ”dlaczego my?”, ale kompletnie niezrozumiały jeśli chodzi o stwierdzenie
”to nie nasza wina”.
Zamieszki w Londynie, marsze w Nowym Yorku, okupacja placów w Atenach czy Madrycie to krzyk butnej i co by nie powiedzieć, nieodpowiedzialnej młodzieży. W końcu to nie ”oburzeni” dwadzieścia kilka lat temu zakładali fabryki, dokonywali przełomu w technologii, ani nie rozwijali produkcji. Dzisiejsi ”oburzeni” to ci, którzy kilkanaście lat wcześniej mieli spokojne i dostatnie dzieciństwo opływające w zabawki, gry komputerowe i poczucie bezpieczeństwa. ”Oburzeni” to ludzie, którzy wyszli na ulicę i zażądali tyle samo materialnego dobra co ich rodzice, którzy trzy dekady wcześniej, podobnie jak ci dzisiaj pracowali za marne grosze.
Dlaczego publicyści z taką pozytywną reakcją odnoszą się do oburzonych? Czy protestujący to ci, którzy już uczestniczyli w budowaniu dobrobytu? Czy zbudowali cokolwiek, że tak głośno krzyczą, że im się należy? Dlaczego nikt nie piętnuje ich samolubnego charakteru? W końcu protesty w bogatej Europie nie wynikają z realnej biedy. Czy naprawdę wszystko należy się wszystkim?
Jeszcze większą zagadką pozostaje pytanie dlaczego po dekadzie życia na kredyt, za całą sytuację obwinia się banki i rządy. W końcu autostrady, domy, filharmonie i kurorty nie spadły z nieba, ale zostały sfinansowane za społecznym przyzwoleniem i gwarantowane państwowymi funduszami. Każdy z nas dobrze pamięta równie głośne wiwaty Greków, przy otwieraniu swojego Euro, jak dzisiaj ich niezadowolenie z konieczności cięć.
Im szybciej obalimy mit biednych młodych ludzi, którzy tylko za sprawą złych polityków i pazernych banków nie mają pracy i możliwości, tym szybciej europejska gospodarka zacznie wychodzić z kryzysu. Brak wystarczającej ilości pracy, nędza i niedofinansowanie najniższych warstw społeczeństwa jest uwarunkowane zmieniającymi się możliwościami cywilizacyjnymi. Ludzie żyją dłużej, coraz częściej pozostając aktywni, mniej chorują, jest społeczny nacisk na korzystanie z pracy osób w podeszłym wieku. To tylko niektóre z czynników wpływających na fakt, że nie ma wystarczająco dużo atrakcyjnych miejsc pracy dla wszystkich zainteresowanych, w szczególności tych nowych na rynku pracy.
Należy pamiętać, że z tymi samymi problemami, z którymi Europa i Ameryka spotykają się dzisiaj, Japonia spotkała się już kilkadziesiąt lat temu. Rozwiązania tego problemu jak dotąd nie znaleziono. W Japonii już prawie od dwóch pokoleń młodzi ludzie zmuszeni się brać każdą pracę, na każdych możliwych warunkach, jeżeli chcą pracować. Na bazie tego powstała cała subkultura ludzi odrzucających stałą pracę biurową z założenia i szukających pracy dorywczej lub maksymalnie niezobowiązującej.
Polska na tle innych krajów europejskich wskazywana jest jako zielona wyspa. To jednak nie jest wynikiem czyjegokolwiek działania, ale efektem zakorzeniania nowych standardów konsumpcyjnych. Polacy, w przeciwieństwie do Hiszpanów czy Portugalczyków biorą pracę za 200/300 euro miesięcznie, wychodząc z założenia, że lepiej mieć cokolwiek, niż mieć nic. Zachodnie społeczeństwa wychowały swoje dzieci w głębokim przekonaniu indywidualnej wartości na poziomie 2000 euro miesięcznie. Hiszpańska, czy Grecka młodzież patrzy więc z oburzeniem na konieczność redukcji swojej wartości, a tym samym oczekiwań. Wydaje się więc bardziej sensownym powiedzenie, że ”oburzeni” nie są głodni, a jedynie odurzeni dobrobytem.
Radosław Żubrycki 2011
Wiele pisze się w ostatnich miesiącach o straconych pokoleniach i podupadających narodach. W tym chórze żałobników nie słyszę jednak zupełnie wieści o tym, że demokratyczny system, który do tego doprowadził, miałby się, choć trochę zmienić.
Obecny, przypominający dziecięcy bunt, głos młodych pracowników, obserwowany na dwóch kontynentach to nie wyraz znudzenia konsumpcyjnym stylem życia, ale faktem, że na szeroki konsumpcjonizm nie stać wszystkich zainteresowanych.
Świadomie używam uproszczenia sytuacji, ale komentarze publicystów na temat "oburzonych" pozostawiają wiele do życzenia w kwestii sensowności. Otóż oburzenie w tym przypadku nie jest wynikiem problemów na poziomie czysto egzystencjalnym, ale wynika z pobudek hedonistycznych. Po dekadzie cudownego rozmnażania długów przyszedł czas na ich spłatę. Oburzeni to natomiast ci, którzy wychowani zostali w świecie namnażania, muszą jednak żyć w świecie redukowania. Budzi to sprzeciw uzasadniony w kwestii pytania "dlaczego my?", ale kompletnie niezrozumiały, jeśli chodzi o stwierdzenie "to nie nasza wina".
Zamieszki w Londynie, marsze w Nowym Yorku, okupacja placów w Atenach czy Madrycie to krzyk butnej i co by nie powiedzieć, nieodpowiedzialnej młodzieży. W końcu to nie "oburzeni" dwadzieścia kilka lat temu zakładali fabryki, dokonywali przełomu w technologii, ani nie rozwijali produkcji. Dzisiejsi "oburzeni" to ci, którzy kilkanaście lat wcześniej mieli spokojne i dostatnie dzieciństwo opływające w zabawki, gry komputerowe i poczucie bezpieczeństwa. "Oburzeni" to ludzie, którzy wyszli na ulicę i zażądali tyle samo materialnego dobra co ich rodzice, którzy trzy dekady wcześniej, podobnie jak ci dzisiaj pracowali za marne grosze.
Dlaczego publicyści z taką pozytywną reakcją odnoszą się do oburzonych? Czy protestujący to ci, którzy już uczestniczyli w budowaniu dobrobytu? Czy zbudowali cokolwiek, że tak głośno krzyczą, że im się należy? Dlaczego nikt nie piętnuje ich samolubnego charakteru? W końcu protesty w bogatej Europie nie wynikają z realnej biedy. Czy naprawdę wszystko należy się wszystkim?
Jeszcze większą zagadką pozostaje pytanie dlaczego po dekadzie życia na kredyt, za całą sytuację obwinia się banki i rządy. W końcu autostrady, domy, filharmonie i kurorty nie spadły z nieba, ale zostały sfinansowane za społecznym przyzwoleniem i gwarantowane państwowymi funduszami. Każdy z nas dobrze pamięta równie głośne wiwaty Greków, przy otwieraniu swojego Euro, jak dzisiaj ich niezadowolenie z konieczności cięć.
Im szybciej obalimy mit biednych młodych ludzi, którzy tylko za sprawą złych polityków i pazernych banków nie mają pracy i możliwości, tym szybciej europejska gospodarka zacznie wychodzić z kryzysu. Brak wystarczającej ilości pracy, nędza i niedofinansowanie najniższych warstw społeczeństwa jest uwarunkowane zmieniającymi się możliwościami cywilizacyjnymi. Ludzie żyją dłużej, coraz częściej pozostając aktywni, mniej chorują, jest społeczny nacisk na korzystanie z pracy osób w podeszłym wieku. To tylko niektóre z czynników wpływających na fakt, że nie ma wystarczająco dużo atrakcyjnych miejsc pracy dla wszystkich zainteresowanych, w szczególności tych nowych na rynku pracy.
Należy pamiętać, że z tymi samymi problemami, z którymi Europa i Ameryka spotykają się dzisiaj, Japonia spotkała się już kilkadziesiąt lat temu. Rozwiązania tego problemu jak dotąd nie znaleziono. W Japonii już prawie od dwóch pokoleń młodzi ludzie zmuszeni się brać każdą pracę, na każdych możliwych warunkach, jeżeli chcą pracować. Na bazie tego powstała cała subkultura ludzi odrzucających stałą pracę biurową z założenia i szukających pracy dorywczej lub maksymalnie niezobowiązującej.
Polska na tle innych krajów europejskich wskazywana jest jako zielona wyspa. To jednak nie jest wynikiem czyjegokolwiek działania, ale efektem zakorzeniania nowych standardów konsumpcyjnych. Polacy, w przeciwieństwie do Hiszpanów czy Portugalczyków biorą pracę za 200/300 euro miesięcznie, wychodząc z założenia, że lepiej mieć cokolwiek, niż mieć nic. Zachodnie społeczeństwa wychowały swoje dzieci w głębokim przekonaniu indywidualnej wartości na poziomie 2000 euro miesięcznie. Hiszpańska, czy Grecka młodzież patrzy więc z oburzeniem na konieczność redukcji swojej wartości, a tym samym oczekiwań. Wydaje się więc bardziej sensownym powiedzenie, że "oburzeni" nie są głodni, a jedynie odurzeni dobrobytem.
~bina77
kręgach młodzieży
Napisany październik 28th, 2011
Artykuł: ”Ze sprawozdania Międzyna...
~cool eye
podejście autora do sprawy? Czyżby był "ponad
kreską", było mu z tym tak dobrze, że nierad...
~Pawel
naszych czasach globalizacja i integracja ma
pozytywny charakter. Przedtem świat był
napędzan...
~debilofil
tych młodych ludzi chcą zmusić teraz do tego
aby płacili za gaz, prąd, pełną lodówkę,
d...
~dr Cat Mrucuss
zapłaci tylko ten, który nie ma nic! Gospodarka
musi zostać zresetowana!
Już za późno na ...
~dr Cat Mrucuss
autostrady, domy, filharmonie i kurorty jeszcze
nie zniknęły. Nadal są na swoich miejscach.
T...
~Kasia
którzy tak myślą.
dodaj komentarz »wszystkie wątki »
zgłoś naruszenie prawa »