Eldorado - Środa (Wywczasy)
Słowa kluczowe: polska, bałtyk, wypoczynek
2012-01-09 08:21:08
Współcześnie, kilkaset lat później, możni dzisiejszego świata wciąż docierają do Polski zdziwieni. Kobiety nadal są piękne, ludzie nadal uczciwi, a darmowe miejsce przy stole wciąż czeka. Zdziwieni zachodzą w głowę jak w tak cudownym kraju może istnieć tylko jedna autostrada.
Wywczas de la Baltic
Wywczas to wywczas, chciałoby się zakrzyknąć. Wywczas to czas, gdy wszystkim wydaje się, że można więcej niż zwykle. Dorobkiewicze spod znaku kredytu z wkładką na rozruch, dopieszczają się jedynymi w życiu wakacjami. O tym, że to jedyne wakacje jeszcze nie wiedzą, i być może dobrze, bo tym ważniejsi się czują.
Większość dorobkiewiczów, z oszczędności wybiera plażę nad Bałtykiem, choć to nie tylko oszczędność średnia, ale również atrakcja marna. W Hiszpanii zupełnie za darmo można liznąć południowej architektury, w Tunezji liznąć można prawdziwego kebeba, w Egipcie, przy odrobinie szczęścia również za darmo, można zostać polizanym przez napalonych na Europejki tragarzy.
W Polsce niczego nie da się liznąć, ani tym bardziej być obiektem lizania, przynajmniej w cenie wakacji. W Polsce wszystko wymaga opłaty wstępu, karty dostępu, wpłaty, przedpłaty, albo zapłaty. Wymagają tego przede wszystkim toalety, choć także place zabaw dla dzieci w szkołach nad morzem, które odgradza się szczelnymi parkanami. Jakby na złość świadomości tych wszystkich turystów, że to za ich pieniądze zostały wzniesione.
Wywczas to czas, kiedy wszystkim wydaje się, że można więcej niż zwykle. Więcej można jeść, więcej pić, częściej się upijać. Można też częściej ignorować podstawowe normy społeczne: można bekać, prykać, pluć i drapać sie po wszystkich zakazanych miejscach i to najzupełniej legalnie w miejscach publicznych. Wydaje się, że można, ale tak zdecydowanie się tylko wydaje.
Kukurydza soute
Przedzierając się po chłodne orzeźwienie, przez rozpaloną nagością wielorybów plażę, ułożyłem sobie wierszyk o kukurydzy. Był to wierszyk dużo fajniejszy niż wierszyki wykrzykiwane wcześniej przez kukurydzo-sprzedawców, którzy od bladego świtu przechadzają się w tę i z powrotem. Kiedy już jednak wracałem ze sklepu to zupełnie wypadł mi z głowy. Być może powodem tego było niemiłosiernie palące słońce, a być może chłodne puszki, które obijając się o spieczoną skórę nie pozwalały myśleć o niczym innym, jak o łyku zimnej przyjemności.
Potem już bliżej mojego legowiska, jakby na złość wytrwałości w przypominaniu sobie rymowanki, dwóch sprzedawców kukurydzy urządziło sobie zawody w przekrzykiwaniu.
Pierwszy sprzedawca krzyczał: Jeśli nie chcesz swojej zguby, kukurydzę kup jej luby!
Drugi natomiast: Na bałtyckiej plaży, tylko kukurydza parzy!
Przekrzykiwali się tak długo, że wstrzymali pochód innych kukurydzo-sprzedawców, bo choć nie każdy to wie, to jednak sprzedaż kukurydzy jest na plaży zajęciem licencjonowanym i posegregowanym. Sprzedawcy chodzą jak motorynki w rajdzie Monte Carlo: w równych odstępach wyrabiając określoną liczbę przejść w te i z powrotem, lecz gdy tylko jeden z nich się zatrzyma, zatrzymać się muszą wszyscy.
Płazy i gady marynowane
Powiedz mi, co jesz, a powiem ci kim jesteś - pomyślałem podziwiając festiwal tłuszczu na plaży nad Bałtykiem. Bacznie rozglądam się w porze obiadu, jakie to kaczki królują na kocykach. Obowiązkową przystawką od wczesnych przedpołudniowych godzin są zimne browary. Brzuchaci Polacy łykają ich bez liku, a czasem bez umiaru nawet. Nikt nie przechadza się z puszkami w dłoni, ale każdy trzyma je skrzętnie schowane za parawanem, chowając tym skrzętniej, gdy co jakiś czas plażę przemierza słoneczny partol w granatowych mundurach straży miejskiej. Nikt zdaje się nie wyjaśnił sprawy picia alkoholu w miejscu publicznym, no chyba, że plaża publicznym miejscem nie jest. Browary złocą się, więc w roześmianych ustach niczym kolby kukurydzy rozdawane wszędzie za sześć lub dziewięć złotych.
Bliżej obiadu pojawiają się piersi, rumiane i pachnące, bynajmniej nie olejkami do opalania, ale naturalnym tłuszczykiem, który pojawia się podczas opalania na rożnie. Piersi schodzą najszybciej, zwykle zanim większość zdoła zrozumieć, że też ma ochotę na kurczaka. Już około 13 rożen zwija się do marketu po nowe tuszki.
Potem pojawia się mojej głowie pytanie o mocz. Mocz to temat nie przypadkowy. Na plaży toalet nie ma. Są toalety przy wyjściach z plaży, lecz płatne, w cenie dwa złote za raz. Karnetów zniżkowych również nie ma, choć nawet chciałoby się takowe wykupić. Przez chwilę liczę w myślach, że gdyby każdy z plażowiczów, miał tylko dwa razy dziennie zapłacić po dwa złote za skorzystanie z płatnej toalety, jednego dnia gmina powinna zarobić kilkadziesiąt tysięcy.
Po stanie infrastruktury drogowej wnoszę, że musi zarabiać trochę mniej, chyba że założymy, że część pieniędzy jest defraudowana przez nieuczciwe babcie klozetowe. Czy jednak taka defraudacja może naprawdę istnieć na tak masową skalę?
Jeżeli nie, to co dzieje się z obowiązkowym moczem, który noszą w sobie turyści? Co dzieje się z moczem powstałym w wyniku wypijania niezliczonej ilości browarów? Czy wszyscy noszą to żółte dobro od rano do wieczora, zabierając je ze sobą do hoteli, stancji i na kempingi? Wypite browary łatwo policzyć. Zwykle wieczorem puszki wysypują się tysiącami ze zbyt małych pojemników na śmieci.
Co jeżeli zapobiegliwi i oszczędni turyści, którym starcza na browara, ale nie starcza na toaletę nawadniają Bałtyk całym tym moczem? Co jeżeli opary z brzuchów pijanych siepaczy króla Tuska lądują w morzu, podobnie jak bród z niedomytych w pośpiechu codzienności, ramion i pach? Czy wtedy wchodzenie do takiej wody, nie było by nie tylko niewskazane, ale nawet toksyczne? Spoglądam w morze, ale nie widzę nic nadzwyczajnego. Jakaś młoda pani uczy swoją małą córeczkę pływać. Mała wciąż dławi się wodą, ale bez efektów ubocznych próbuje dalej. W pewnej odległości młodzież używa materaca jako trampoliny, co rusz nurkując w zielonkawe odmęty Bałtyku. Być może chociaż część wczasowiczów używa pampersów, albo polski mocz Polakom nie szkodzi.
Mój kawałek patelni...
Żółtawa plaża zachęca widokiem gorącego piasku. Jak Bałtyk długi i szeroki ciała wczasowiczów rozlały się brzegiem szmaragdowego morza. Leżą leniwie, tylko co jakiś czas odwracając się, to na bok prawy, to na bok lewy. Piasek jest miękki i ciepły. Nie jest gorący jak w Hiszpanii, ani ciemny jak w Chorwacji, ale jest taki swojski, jak niewyciśnięta gąbka do mycia pleców we własnej wannie.
Na tym żółtym polskim piasku, leżę i ja. Co jakiś czas otwieram oczy i ze znudzeniem odkrywam, że białe chmury przesuwają się równie wolno jak chwilę wcześniej.
I nagle w tym błogostanie lenistwa nadciąga chmura ciemna, która szerokim cieniem zaczyna odgradzać mnie od jasności nieba. Otwieram oczy i ze zdziwieniem odkrywam, że to nie chmura, ale inni wczasowicze. Po chwili zdumienia udając smarowanie kremem zaczynam analizować, co dokładnie robią dwie dorosłe osoby, stojąc ze sprzętem do plażowania tuż przy moim kocyku.
Ona mówi: - Patrz kochanie, to chyba tutaj leżeliśmy wczoraj.
On dodaje: - Też mi się tak wydaje.
Zafrasowany zaczynam zastanawiać się, czy może bałtycka plaża jest parcelowana i przydzielana konkretnym turystom, a tylko ja zapomniałem kupić biletu, albo zająłem nieprzydziałowe miejsce. Mimo jednak najszczerszych chęci niczego podobnego nie pamiętam. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy zmartwieni turyści odeszli dwa kroki od mojego ręcznika i tam zaczęli budować swój plażowy pałac, dotarło do mnie, coś czego nie zauważyłem wcześniej. Otóż cała plaża od krawędzi wody, aż po krawędź wydm jest idealnie podzielona na niewielkie, najczęściej prostokątne parcele. Do dzielenia służą parawany, których, jak się wydaje, długość, wysokość i kolorystyka określa zamożność właścicieli.
Mija kolejna chwila i tracę pewność siebie z powodu faktu, że zdaję sobie sprawę, że nie posiadam parawanu. Brak tego atrybutu zamożności poniekąd wyjaśnia zachowanie owych turystów: ja nie mając parawanu bez problemu mógłbym przesunąć kocyk, aby oni z parawanem mogli delektować się poznanym już wcześniej miejscem. Ten fakt obniża rangę mojego wypoczynku i w jednej chwili psuje świadomość, że wypoczynek jest dobrem ogólnodostępnym, a nie prywatnym i reglamentowanym. Kończę odpoczynek z przeświadczeniem, że na wspólnej plaży, naprawdę dobrze wypoczywają tylko prywaciarze - ci, którzy posiedli kawałek piasku dla siebie.













~halban
~Az
nieuctwo: w XVII wieku w Polsce istniał tylko
jeden murowany budynek...
dodaj komentarz »wszystkie wątki »
zgłoś naruszenie prawa »