Eldorado - Poniedziałek
Słowa kluczowe: Szczecin, bałtyk, wypoczynek, polska
2011-12-21 12:48:17
Współcześnie, kilkaset lat później, możni dzisiejszego świata wciąż docierają do Polski zdziwieni. Kobiety nadal są piękne, ludzie nadal uczciwi, a darmowe miejsce przy stole wciąż czeka. Zdziwieni zachodzą w głowę jak w tak cudownym kraju może istnieć tylko jedna autostrada.
Poniedziałek - Dworzec w Szczecinie w niedzielę wieczorem
Syndrom brudnego dworca
Mówię, że to poniedziałek, ale tak naprawdę to niedziela wieczorem. Niedziela jakże niezwykła, bo niedziela wakacyjna. Wraz z powiewem kontynentalnego powietrza zniknęły obrazy sterylnego pomieszczenia, komputery, klimatyzacja, garnitury i wszystko to, co na co dzień nie pozwala nam zwariować, choć zdecydowanie przyczynia się do frustracji. Jedyne co dzisiaj zostało w umyśle to myśl o jutrze. O poniedziałku. O tym magicznym dniu, kiedy obudzę się, gdzieś indziej niż wcześniej i nawet nie będę zastanawiał się, gdzie to jest. Po prostu będę.
Eldorado wita mnie słońcem. Wizytówką eldorado jest dworzec w Szczecinie. Jest to dworzec, tak szary i brudny jak tylko dworzec może być w Polsce. To dworzec, na którym wielu podobnych do mnie, przechadza się szybko i bliżej zamkniętych kas. Przechadza się cicho, aby nie przeszkadzać zapijaczonym menelom, którzy łypią przepitymi oczami na potencjalne ofiary. Nie robią tego nawet specjalnie. Robią to jakby od niechcenia, jakby znużeni i faktem bycia menelami, i tym, że ich ofiarami mają być bogu ducha winni przypadkowi turyści.
Mimo jednak tego pozornego znużenia wzrok menela wypatrzy każdy szczegół: niezbyt głęboko schowany portfel, pozostawioną na chwilę torebkę, nierozpoczętego jeszcze hot-doga, który aż prosi się, żeby na niego napluć i zawłaszczyć.
Wypatrzą również każdego, komu równie jak oni znudzona kioskarka, wyda błyszczącą resztę. Ta reszta to może być dzisiaj najważniejszy łup na świecie. Złotówkę do piwa, do kiełbasy, do wina -jednym zdaniem, złotówkę wystarczy menelowi dołożyć, aby uratować mu życie, sprawić przyjemność, a i po pysku nie dostać.
Dellicatessen
Mijam dworzec i uciekam z dworca. Uciekam w poszukiwaniu uciechy i zapomnienia, w poszukiwaniu morza. I tak dwieście metrów dalej zanurzam się w delikatesy. Z brudnej i połamanej ulicy wchodzę do wnętrza ekskluzywnego dobrobytu. Na półkach wódki wszelakie, za ladami kiełbasy. Wszystko niemal lśni pysznym smakiem i pożywną zawartością.
Widzę jak ludzie stojący koło mnie łypią na owe kiełbasy, prawie jak ci menele na dworcu. Odwracam głowę nieco bardziej i widzę, że to też menele. Chyba inni niż tamci, ale równie menelowaci. Oni najwyraźniej mają już swoje złotówki i mogą je zamieniać w szczęśliwe kabanosy. Przestraszony, że zaraz będę im musiał dołożyć, biorę w pośpiechu swoje zakąski i równie szybko znikam z tej jaskini Aladyna.
Uciekam. Uciekam nad morze. Jeszcze kilka kroków, kilkadziesiąt metrów. Tuż przy dworcu autobusowym kolejny menel próbuje wyłudzić dwa złote. Wysoki, wychudzony, choć postawny i z pewnością nie jednemu już takiemu jak ja turyście, pokazał gdzie przyjezdni zimują w Szczecinie. Wznoszę oczy spoglądając w przelocie na powybijane zęby, skrzywiony nos i wzrok skierowany wprawdzie we mnie, ale rozmarzony o butelce nalewki.
Nie daję się jednak, jestem twardy, jestem twardszy niż kiedykolwiek i ściskając reklamówkę z moim osobistym browarem uciekam schodami w kierunku autobusu, bo jest, mimo późnej pory, ostatni autobus nad morze. Będzie się błąkał po wąskich dróżkach przedmorza ponad dwie godziny, zanim dotrze do oazy wywczasów. Ja na szczęście o tym jeszcze nie wiem, więc siadam spokojnie i czekam.
Letni deszcz
To co otacza mnie w granicach wzroku, to szczyt największej złudy na świecie. Od dziesięciu lat czytam tak wiele o polskim dobrobycie, że z czasem zacząłem w niego nawet wierzyć. Tu jednak widzę jak na dłoni jak dobrobyt wygląda w praktyce. Staram się o tym nie myśleć, ale ten kontrast wbija się w oczy z każdej dosłownie strony zabijając nie tylko frazy redaktorów-pięknoduchów, ale także redaktorów-megalomanów.
Stare metalowe rury powbijane w podłoże spełniają rolę barierek. Malowane tak wiele razy, że nikt nie pamięta skąd pomysł, aby je w ogóle malować. Chodniki i zajezdnia tak dziurawe, że przypominają farmę kretów, a nie dworzec autobusowy w kilkusettysięcznym mieście. Wiaty mające służyć jako zadaszenie zrobione są z falistej dykty dawno już mającej za sobą lata świetności. Dykta jest dziurawa w tak wielu miejscach, że gdy zaczyna siąpić delikatny letni deszcz, woda kapie wszędzie i nie sposób się przed nią schronić.
Lecz mimo najgorszych pierwszych wrażeń odnajduję w tym wszystkim iskierkę nadziei. Wieczorne słońce i puszkowany dar polskiego przemysłu browarniczego wyganiają mnie w stronę toalety. Idę i onieśmielony odnajduję ją w środku holu równie obskurnego jak wszystko inne. Wnętrze jednak to magia czystej glazury, przemiłej obsługi, bieżącej wody, pachnącego mydła i to wszystko za jedyne dwa złote. Wychodząc, stoję chwile w drzwiach, rozważając czy przypadkiem nie zostać chwilę dłużej, delektując się miłą dla uszu muzyką z radia, zamiast siedzieć w chłodnym słońcu na śmierdzącym moczem dworcu.
Dziesiąty browar
Autobus przyjeżdża punktualnie. I ja jestem punktualnie. Stary Autosan lub coś podobnego przypomina, że trzydzieści lat temu transport publiczny też istniał. To co na świecie trzyma się w muzeach, w Polsce wciąż służy w najlepsze. W prawie najlepsze, bo autobus zaliczy awarie, zgodnie z moim pierwszym wrażeniem; o tym jednak jeszcze nie wiem i zauroczony gadatliwym kierowcą wsiadam pełen zaufania. Bo choć w świecie zachodu również używa się sprzętów nie nowych, a czasami nawet wiekowych, to jednak przedtem wysyła się je do kapitalnego remontu.
Ruszamy. Nie ma tłoku. Jest pustka. Kilka osób wracających z pracy, jakaś para po weekendowych imieninach, jedna, zagubiona turystka i dwóch meneli, którzy nawet jak do jakiejś roboty jechali to z pewnością dla nich nie starczyło. Autobus rusza z rykiem drogiego Porsche. Najpierw powoli po kretowisku, potem nieco szybciej z górki w stronę obwodnicy. Potem już wlecze się tym samym tempem cały czas.
Kierowca najpierw gazuje do sześćdziesiątki, a potem wrzuca na luz i nie robi nic, dopóki prędkość nie spadnie do czterdziestki. Wtedy znów gazuje. Tragikomiczna monotonia. Mógłbym stracić cierpliwość jeszcze przed wyjazdem ze Szczecina, ale jak mam świadomość, że nad morze jest 120 kilometrów, nerwy zatrzymuję na inną okazję.
Wieczorną nudę przerywa narzekanie meneli, którzy siedzą dwa siedzenia przede mną. Jeden otwiera browara słowami: "To już k...a dziesiąty. Ty, ja pie...le, k...a nie wiem co oni do tego piwa leją. Kupujesz sześciopak i zaraz nie ma". Donośny odgłos strzelającej zawleczki zwiastuje rychły postój. I rzeczywiście nie mija piętnaście minut i widzę jak menel wstaje i przetacza się do kierowcy prosząc o postój. Jako, że sam mam ochotę skorzystać z toalety, w zasadzie nie mam mu za złe i na najbliższym przystanku również wynurzam się z pojazdu.
Przystanek to całkiem duża miejscowość, choć nazwa dworzec w mieście "X" nieszczególnie tu pasuje. Rozległy ubity plac przy starej stacji PKP służy jak się zdaje głównie, jako zatoka do zawracania. Kilka starych bud, podobnie jak dworzec zamkniętych, sugeruje, że kiedyś mogło istnieć tutaj jakiejś życie. Rozglądam się dłuższą chwilę w poszukiwaniu choćby cienia prywatności. A przecież nie o moją prywatność tu chodzi, ale współpasażerów, których niekoniecznie chciałbym krępować swoją nagością.
Decyduję przejść za żywopłot bujnie rosnący wzdłuż torów kolejowych. Pełna prywatność na wyciągnięcie ręki. Kiedy już jednak rozpinam rozporek w oddali słyszę donośne głosy. Odwracam głowę i odkrywam, że z zamkniętego budynku stacji wynurza się wielopokoleniowa rodzina na niedzielny spacer. Nikogo chyba nie zdziwi, że poruszają się właśnie w moim kierunku.
Weselnicy
Mija może godzina, może dwadzieścia minut. Nie wiem, bo zatraciłem się w monotonii krajobrazu, gazowania i wrzucania na luz, oraz następnych dziesiątych browarów. Zatraciłem się we wsłuchiwaniu i przyglądaniu się czym żyje Polska klasy B. Buraki cukrowe znów obrodziły, na grzybobraniu da się znów zarobić, w biedronkach są najtańsze ziemniaki.
Dojeżdżamy do kolejnej mieściny, gdzie zamiast postoju na siku, kierowca z radosną miną oznajmia nam, że autobus złapał gumę i musi być odholowany. Nie powinniśmy się martwić, bo na dworcu oczekuje zastępstwo. Przesiadając się, uważnie wpatruję się w koła, ale defektu odkryć nie mogę. Jakby na złość, zauważam w niewielkiej odległości od dworca, samochód przyozdobiony w barwy zdecydowanie weselne. To trochę dziwne w niedzielny wieczór, choć z drugiej strony nie dziwne, jeżeli było to naprawdę udane wesele. Nie myślę jednak o tym, zachodzące niedzielne słońce i przed morskie powietrze rekompensują uszczerbek w świadomości. Jestem na wywczasach.
cdn.













~Smakosz
(Wawel)", oznacza słownikowo: pewny, masywny,
mocny... a nie zbudowany z cegieł czy kamieni.
...
~gniewko_syn_ryba
Mamy koniec grudnia, a nie Prima Aprilis, żeby
pisać wierutne bzdury o jednym murowanym
budynk...
~mantyka
jego dalsza mutacja - zapyzializm. :-(
~Az
wieku...żenady ciąg dalszy
dodaj komentarz »wszystkie wątki »
zgłoś naruszenie prawa »