Przejdź do głównej części strony

INTERIA360
interia.pl

Nawigacja

Górne menu

Eldorado - Niedziela

Autor: Radosław Żubrycki (zredagowany przez: Zielonooka, tino71)

Słowa kluczowe: polska, bałtyk, wczasy

fot. Dariusz Rompa/sxc.hu

fot. Dariusz Rompa/sxc.hu

W XVII wieku możni ówczesnego świata docierali do Polski i ze zdziwieniem odkrywali, że w kraju, w którym istniał tylko jeden murowany budynek (Wawel) ludzie są uczciwi, kobiety piękne, a wędrowcy mogą liczyć na darmową kolację przy wigilijnym stole.

Współcześnie, kilkaset lat później, możni dzisiejszego świata wciąż docierają do Polski zdziwieni. Kobiety nadal są piękne, ludzie nadal uczciwi, a darmowe miejsce przy stole wciąż czeka. Zdziwieni zachodzą w głowę, jak w tak cudownym kraju może istnieć tylko jedna autostrada.

Niedziela - Witajcie w raju

Eldorado

Eldorado to nie miejsce, ale stan ducha. Indianie mianem "eldorado" nazywali dorzecze Amazonki, gdzie mnogość form życia była dla nich tym, czym dla Hiszpanów było złoto. Ci jednak w swoim pazernym zaślepieniu nie mogli zrozumieć, że kruszec nie wiele pomoże tam, gdzie nie ma nie tylko miast, ale również zamków, ani oberży. Współcześni Polacy zachowują się trochę na wzór owych Hiszpanów. Złoto traktują dosłownie, jako kruszec, licząc jego ilość i zapominając o tym, że złoto współczesności to przede wszystkim możliwości.

Dzisiejsza Polska to z jednej strony wciąż żywa pamięć o socjalizmie, a z drugiej jej całkowite przeciwieństwo, czyli agresywny kapitalizm. Te dwa nurty stawiają ludzi między tym, co chcieliby dostać, a tym, na co mogą sobie pozwolić. Z jednej strony poczucie misji, a z drugiej świadomość niesprawiedliwości społecznej. Oba te nurty tworzą naród na wskroś przesiąknięty pragnieniami, ale z gustem całkowicie wykreowanym przez media. Nie może mieć gustu przecież ktoś, kto nie jest do końca sobą, a Polacy z pewnością nie będą dopóki nie zrozumieją, że prawdziwe życie jest dokładnie pośrodku między konsumpcją, a oryginalnością.

Ród to waleczny, ale czy naród?

Polacy, choć bardzo by chcieli, wciąż nie mogą dorosnąć do rangi narodu. Są oczywiście społecznością dość rozpoznawalną i widoczną na świecie, ale zbyt przaśną, a zarazem izolującą się, aby można było mówić o polskości światowej. Mimo istnienia wielkiej Polonii we wszystkich praktycznie zakątkach świata nie istnieje żadna polityczna idea kształtująca jedną obowiązują postawę przewodnią Polaków. Niemcy mają swój "Ordnung", Anglicy - chłodne usposobienie, Francuzi kochają się kochać, a Hiszpanie bawić.

Polacy znani są z odwagi i sprytu. Potrafią walczyć i zwyciężać, ale nie potrafią budować. Polaków się wykorzystuje, ale nie uważa za partnerów do tworzenia państwowości. Są w pewnym sensie na wzór włoskich kondotierów z przełomu średniowiecza i renesansu. Waleczni dowódcy do wynajęcia przez tego, kto akurat zapłaci więcej. Chętnie wynajmowani w czasie wojen i równie bezużyteczni tuż po nich. Być może jedyna różnica między wczoraj, a dzisiaj jest taka, że teraz walczymy przy czystych biurkach lub w sterylnych fabrykach, a nie w kurzu pól bitew między Florencją a Mediolanem.

Ktoś może się spytać, po co rozmawiać o polskości światowej, skoro tak wielkie osiągnięcia za nami? Być może to również w części tworzy odpowiedź. Przez ostatnie 300 lat, Polacy byli wolni przez niespełna czterdzieści kilka. Nie zdarzyły się wykształcić dwa pokolenia młodych patriotów, gdy kraj tracił państwowość i niezależność. W tym sensie śmieszy dzisiejsza postawa Polaków, którzy stawiają się na równi z innymi narodami Europy tylko dlatego, że mogą wjechać do Niemiec bez pokazywania paszportu.

Polska może ma osiągnięcia opisane krwią walczących w Powstaniu Warszawskim, czy pod Monte Casino, ale ma również całe rozdziały białych kart historii, podczas których inni szlifowali poczucie własnej wartości, przechodzili z monarchii na demokrację, zdobywali kontynenty i surowce, budowali fabryki nowych możliwości.

Aby ze zlepku czterdziestu milionów mieszkańców wschodniej Europy nazywanej Polską stworzyć państwo ludzi z poczuciem dumy, narodową tożsamością i charakterem, trzeba czasu i dyskusji. Nie wystarczy otwarcie granic, ale również wymiany pokoleń z tych, którzy byli dumni z tego, że potrafili ukraść, na tych, którzy będą dumni, że stworzyli kraj, który inni chcieliby okradać.

Irlandzki kapitan

Polska dla człowieka przyjeżdżającego z Zachodu to najważniejszy "Meksyk" w Europie. Tu się zarabia największe pieniądze, tu są najlepsze kobiety i tu najszybciej można dostać po pysku. Powiedział mi to kiedyś jeden irlandzki kapitan, który miał okazję trochę podróżować po świecie. Powiedział to w dobrej wierze i po kilku głębszych, w niewielkiej tawernie w równie niewielkim porcie w Szkocji.

Oburzyłem się w pierwszej chwili, ale jakiś czas potem zacząłem to analizować. To porównanie po kilku głębszych i głębszym zastanowieniu nie jest bezpodstawne. Polska to kraj od Meksyku może i mniejszy, ale w mentalności zdaje się bardzo podobny.

- Jaka więc jest ta Polska, którą widzę? - myślę chwilę, lecz kapitan snuje swoją opowieść dalej.

- Mój przyjacielu, Polska jaką znam jest taka: wielkie hacjendy bez dojazdów. Prywatne i państwowe. Dramatyczna nierówność społeczna, prywatna i państwowa. Bieda i bogactwo na styku tych samych ulic, na styku tych samych sąsiadów. Małe, ciche i wydrenowane z młodych ludzi miasteczka i jedna, najważniejsza metropolia - stolica, która wciąż tylko chłonie wszystko dookoła.

- Jeździłeś po Polsce? - pytam zażenowany.

- Nie - odpowiada cicho - Miałem polską żonę.

I snuje dalej równie cicho, wciąż patrząc w kufel, a nie na mnie: Ludzie - wąsaci konfidenci biznesu - prezesi firm budowlanych, nażelowani przedstawiciele handlowi, gotowi na sprzedaż wszystkiego i każdemu, zresztą nawet siebie w pakiecie, gdyby tylko ktoś reflektował. I sprzedadzą to wszystko tym szybciej, im bardziej niezrozumiałym mówi ten ktoś językiem.

Klasę niżej zestresowani do granic możliwości pracownicy wszelakiej maści korporacji. Korporacji zbudowanych na żerowaniu na innych korporacjach i innych zestresowanych pracownikach. Poza tym młodzi, którzy czują się panami świata tylko do chwili podjęcia pierwszej pracy oraz kobiety, których narkotycznie misyjny charakter istnienia określa stosunek do seksu - tylko z wymarzonym księciem z bajki, choćby nawet pił i bił.

A wszystko to zamknięte w bułce kebaba - bezosobowej, śmierdzącej czosnkiem i cebulą, lekko zarumienianej w gastronomicznym solarium i napakowanej warzywami bez śladu rozsądku, bo w końcu "więcej" wcale nie znaczy "lepiej". W tym chyba przypadku jest to jedno z najważniejszych stwierdzeń, które niestety wymuszają sami kupujący, zaścielając kolejkami to "kebabowanie", które wydają najbardziej napakowane kebaby.

- Widzisz sam, że to "Meksyk" - podsumował swój wywód kapitan podnosząc czerwony nos z nad szklanki."

- Może Chiny? – odpieram, próbując wyjść ze starcia z godnością.

- "Meksyk"! - kwituje zdecydowanie. - Zobacz - mówi - że brzuchaci Polacy współczesności zaczynają się nawet wizualnie upodabniać do latynosów. Mali, krępi, otyli i wiecznie podpici. To nie jest wasz historyczny stereotyp, to wasza codzienność. To wasze poranki i wieczory, gdy śmierdzące starością autobusy osiągają w końcu stacje docelowe: małe miasteczka, wsie i zadupia położone na skrajach ważnych tras.

To codzienność, gdzie wymalowane tanimi kosmetykami dwudziestolatki bez godności, ściągają z bankomatów wypłaty swoich marzeń. 330 euro miesięcznej pańszczyzny. I kupują farby, kinkiety i firany, aby w swoich małych domkach czuć się mniej jak w czworakach, a więcej jak w bajce o trzech świnkach, w której ta, co zbudowała dom murowany, niemieckiego wilka pokonała.

Polacy to nie Chińczycy Europy, to europejscy Meksykanie tyrający dużo, ale nie więcej niż trzeba. Pracują ciężko, ale tylko tyle, aby wyremontować dom i kupić samochód. Do galerii i kościołów chodzą w tej lub odwrotnej kolejności, ale tylko, aby się pokazać. Kiedy obrządek się kończy kościoły pustoszeją. Galerie podobnie. W restauracjach pojawiają się nie z okazji poszukiwania nowych smaków, ale promocji, zniżek i festynów pierogów, których smak poznają już na najwcześniejszym etapie rozwoju - w kołysce.

Polska to "Meksyk", a polski "Meksyk" gotowy jest na wiele, ale nie więcej niż trzeba. W zasadzie tylko tyle, ile potrzeba i ani krztyny więcej, nic na zapas. No może poza wąsem i brzuchem.

Bunt we mnie narasta, ale logika każe nie walczyć. Buntuje się buńczuczna duma tak wykpiwana w "Braciach Karamazow". Realia to jednak relanium na głowę, a nie rivanol na rany. Bunt w końcu jest pierwszym objawem chęci naprawy. Czy jednak bunt tylko jest we mnie? Polska w kebabie naprawdę dopiero się rozsmakowuje. A przecież ludzie są tym, co jedzą.

Warto było przeczytać?

kliknij aby ocenić

  • Tak, polecam innym
  • Nie warto marnować czasu
AKTUALNA OCENA   63,13 %

Przeczytano razy: 16674

 

Dodatki


Informacje dodatkowe