Przejdź do głównej części strony

INTERIA360

Nawigacja

Górne menu

Ad liminam

Autor: Ewa Utracka (zredagowany przez: Magda Głowala-Habel)

Słowa kluczowe: papież, Watykan, bazylika, grób, ołtarz, Michał Anioł, Groty, beatyfikacja, kanonizacja, proces

Moje pielgrzymowanie, przeżycia i rozmyślania u Progu Apostołów.
Bazylika Św. Piotra

Bazylika Św. Piotra / fot. autor

Rzym!  Jakże  lubię  to  miasto! Błękit  nieba, blask  słońca,  ciepło, zapach  rozczochranych pinii, leniwy  Tyber; Rzym  antyczny – urzekający  prostotą, pełną  harmonii elegancją kolumn i portyków Forum Romanum, doskonałością proporcji  Panteonu, malowniczością Koloseum i Zamku Anioła; Rzym  średniowieczny, dostojny  i surowy, romański i gotycki, jego kościoły i klasztory z dziedzińcami i podcieniami,  domy, uliczki i place; Rzym  Cinquecento,  włoskiego  Renesansu,  radosny,  barwny, taki  ludzki…

Rzym – największy  skarbiec  Europy…

Via  Della  Conzillacione   wiedzie mnie ad liminam, do Watykanu. Powoli wyłania się i potężnieje w oczach  Bazylika Św. Piotra, a gdy wchodzę na plac Św. Piotra zadziwia ogromem i doskonałością, prostotą i pięknem. Kolumnada wokół placu ozdobiona posągami  zaprasza otwierając ramiona do wnętrza świątyni. Starożytny obelisk z egipskiego Heliopolis  pośrodku placu i monumentalna fasada bazyliki budzą zachwyt pielgrzyma.

I  oto  przekraczam progi świątyni, stąpam po cudownych posadzkach. Ileż tu złocistego  światła! Czuję się pyłkiem, niczym,  w tej przedziwnej, boskiej przestrzeni, przytłoczona  ogromem tego arcydzieła architektury; trudno mi się skupić, pomodlić. Obok mnie unosi się szmer rozmów, przyciszone głosy przewodników grup turystycznych i pielgrzymów z całego świata, szuranie tysięcy stóp, błyskają flesze… Oto  brązowy  posąg Św. Piotra Apostoła z wysuniętą prawą  stopą, wytartą od dotyku dłoni wiernych.

Oto monumentalny, brązowy baldachim nad grobem Księcia Apostołów – dzieło Berniniego – wsparty na "kręconych" kolumnach, nad nim kopuła projektu Michała Anioła, po bokach pełne złoceń kaplice i posągi świętych… Oto  złoty ołtarz Tronu Św. Piotra z wbudowanym – jak głosi tradycja – drewnianym  tronem Wielkiego Apostoła…

Po schodkach schodzę do grobu  Św. Piotra, oświetlonego lampami oliwnymi, duszy  Bazyliki Jego imienia. Po krótkiej modlitwie – wracam. I znowu cudne mozaiki, ozdoby w kształcie gałązek  oliwnych, posągi  świętych  stojące  w  loggiach, ołtarze –  pod  jednym  z  nich, w kaplicy  św. Sebastiana  przygotowano  miejsce  spoczynku  dla  naszego, polskiego  Papieża.

Wreszcie "Pieta" - dzieło Michała Anioła zabezpieczone kuloodporną szybą od czasu zamachu szaleńca.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                           

Przed  cudowną  rzeźbą  z  białego, kararyjskiego  marmuru,  zafascynowany, jak  zawsze, tłum. Maryja  spoczywająca  na  skale  trzyma  w  ramionach  ciało  Syna…

Prostota,  skromność, wymowa…

Jakże  pełne zwykłego,  ludzkiego  uczucia  i  symbolicznego  wyrazu  jest  to  arcydzieło! W atmosferze  niezwykłości  i  świętości  tego  miejsca  budzącego  wielki  szacunek u  wszystkich,  wśród  tylu  cudownych  dzieł  sztuki  z  wielu  epok  traci  się  poczucie  czasu.  Ogrom  świątyni  uświadamia  potęgę  wiary  i  Kościoła, który  trwał  pomimo  prześladowań,  zawieruch  dziejowych,  politycznych  i  trwa nadal.

Wychodzę  na światło  dzienne  przez  jedno  z pięciu  wejść, z  których  najważniejsze  są  Święte  Drzwi, otwierane  tylko  w  Roku  Świętym.

Stoję na  placu  Św. Piotra  i  wiem, że  jeśli  jeszcze  będzie  mi  dane  przekroczyć  progi  tej  Bazyliki, to  będą  towarzyszyć  mi  te  same  przeżycia  i  uczucia, bo to miejsce nie  ma  sobie  równych.

Z  myślą o licznych  odwiedzających  grób Papieża Jana Pawła II otwarto specjalną, podziemną trasę od strony Muzeów Watykańskich wiodącą  do Grot Watykańskich, dotychczasowego miejsca pochówku  naszego wielkiego Rodaka. Wolno sunie kolejka pielgrzymów, turystów, chrześcijan innych obrządków, wyznawców różnych religii; jednych przywiodła tu ciekawość, innych – chęć oddania pokłonu jednemu z największych myślicieli  naszej epoki, jeszcze  innych – potrzeba  cichej modlitwy, wniknięcia we własne sumienie, a wielu - zadumy nad przemijaniem…

"Szukałem  was, a teraz wy  przyszliście do mnie. Dziękuję wam  za  to"…

Każdy zatrzymuje się na chwilę przed  skromną, marmurową płytą z napisem "Joannes Paulus II". Dla wielu z tych przybyszów Papież wciąż żyje, czeka, a oni Go odwiedzają... "Szukałem  was, a teraz wy  przyszliście do mnie. Dziękuję wam  za  to"… Zawsze  gromadził  przy sobie masy  ludzkie, przemawiał do nich, uczył, modlił  się  z  nimi i śpiewał w ich językach; często  żartował, czasem gromił, a przede wszystkim zawsze  znajdował drogę  do ludzkich  serc i sumień. Widziałam i słyszałam to. W ostatnich  dziesięcioleciach, a szczególnie za pontyfikatu  Jana Pawła II, możliwości  oddziaływania na szerokie rzesze ludzi wzrosły niewspółmiernie dzięki mediom elektronicznym i ułatwieniom komunikacyjnym.

Przystaję z boku i spoglądam na twarze pielgrzymów pogrążonych w modlitwie, w zadumie, w podziwie, na wyraz  ich  oczu: oni już zdecydowali o Jego świętości; zdają się modlić "do Niego",  a nie "za Niego"; Santo subito!

W pierwszych wiekach  chrześcijaństwa właśnie tak to się odbywało: vox  populi, vox  Dei!  Papież Benedykt XVI spełnił to oczekiwanie wiernych i ogłosił rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego swego Poprzednika na tronie Piotrowym już w miesiąc po uroczystościach  pogrzebowych, 13 maja – to ważna data w życiu naszego Papieża. Pomimo uproszczenia przez Niego reguł procesów beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego duchowni i świeccy eksperci wykonali ogromną pracę przy analizowaniu wszystkich pism, tych publikowanych i niepublikowanych, całej spuścizny naukowej i literackiej, przesłuchano wielką ilość świadków, by  stwierdzić, że "Sługa Boży wypełniał cnoty chrześcijańskie w stopniu heroicznym". A cud?

Dla nas, wiernych Kościoła Katolickiego, zdarza się on każdego dnia, od z górą sześciu lat… "Setki  nas  suną przez  Groty…"

Przeczytano razy: 3264
Oceń tekst:
OCENA: 78%
  • Tak, polecam innym
  • Nie warto marnować czasu
 

Ostatnio dodane

Bat na koty - Jerzy Niemczuk – przedpremierowo!Bat na koty  - Jerzy Niemczuk – przedpremierowo!"Nic złego nie zrobiłaś, tylko zło tobie zrobiło. Ono winne i od kogo innego pochodzi".czytaj więcej

Dodatki


Wasze komentarze (81)

Dodaj komentarz

~korzenie zła -

wolimy fałszywą wiarę od żadnej * Wszystkie grzechy świętego Autor tekstu: Agnieszka Zakrzewicz Jan Paweł II bez wątpienia był jednym z najbardziej kochanych i charyzmatycznych papieży w całej historii Kościoła katolickiego. Przynajmniej 250 tys. pielgrzymów, którzy przyjadą do Rzymu na beatyfikację z całego świata, jest najlepszym wyrazem spontanicznych, żywych uczuć jakie potrafił wzbudzić jedynie polski papież. „Santo subito!" — krzyczały tłumy na pogrzebie w 2005 r. I rzeczywiście Karol Wojtyła pobił nowy rekord. Jest Sługą Bożym najszybciej wyniesionym na ołtarze, bo o 15 dni wyprzedził nawet Matkę Teresę z Kalkuty. Do świętości pozostał już tylko jeden krokŚ Nie brakuje jednak głosów, że cały ten pośpiech był dość dziwny. I o wątpliwościach — dwa tygodnie przed beatyfikacją — przypomniał nie byle kto — bo nowojorski „Newsweek", w artykule „Fast-Track Saint" autorstwa Johna L. Allena z „National Catholic Report". „Niektórzy mają obiekcje co do tego (pośpiechu z jakim beatyfikacja się odbywa - przyp. aut), biorąc pod uwagę pytania które pozostały bez odpowiedzi, dotyczące ukrywania przez Jana Pawła II skandali seksualnych w Kościele katolickim." - pisał John L. Allen w swoim artykule w „Newsweek" z 17 kwietnia 2011 r. — „Jan Paweł II notorycznie przewodził "fabryce świętych" podczas swojego 27-letniego pontyfikatu. On sam wyprodukował więcej beatyfikacji (1.338) i kanonizacji (482) niż wszyscy jego poprzednicy razem wzięci — a widząc, że tradycja katolicka na przestrzeni 2000 lat uznawała jedynie 263 świętych, jest to wyczyn nie byle jaki. Ta lawina aureoli była rezultatem przemyślanej polityki. W 1983 r., Jan Paweł II zrewolucjonizował proces kanonizacyjny, czyniąc go szybszym, tańszym i mniej antagonistycznym, poprzez wyeliminowanie urzędu „adwokata diabła" i obniżenie wymaganej liczby cudów. Jego celem było wywyższyć współczesne wzory świętości, aby pokazać znużonemu, świeckiemu światu, że świętość żyje także w chwili obecnej." Znany i ceniony korespondent z Rzymu, autor biografii Benedykta XVI, który zaledwie w marcu 2010 r. bronił zaciekle nowego papieża oskarżonego przez „New York Times" o tuszowanie sprawy ojca Lawrencea Murphyego z Milwauke, gdy ten był jeszcze szefem Kongregacji Doktryny Wiary — dziś nie ma skrupułów: „Kiedy entuzjazm został ostudzony przez ujawnienie roli, jaką papież (Jan Paweł II) odegrał w skandalu pedofilii, wątpliwości same się nasuwają". Niektóre beatyfikacje uruchomione przez Wojtyłę pokazały, że lepiej śpieszyć się powoli, więc może należało postąpić w ten sam sposób również i w jego przypadku? — rozważał rzymski korespondent z „National Catholic Report", przypominając w „Newsweek" o sprawie Marcial Maciel Degollado — założyciela kontrowersyjnego zgromadzenia Legion Chrystusa i o tym, że Jan Paweł II był jego wielkim mecenasem oraz chronił go do końca. Pomimo, że w połowie lat 90., dochodzenia pokazały, że Maciel prowadził podwójne życie, które dobrze ukrywał, pomimo, że oskarżenia o pedofilię zostały przedstawione w Kongregacji Doktryny Wiary i kardynał Ratzinger chciał zareagować — osoby bliskie papieżowi stanęły mu na drodze. Dopiero w 2006 r., gdy Ratzinger został papieżem, odsunął meksykańskiego Legionistę. Hierarchia watykańska przymykała oczy i nie nakazywała biskupom, aby zgłaszali księży pedofilów na policję. „Sposób w jaki Benedykt XVI odwrócił ten stan rzeczy, może zostać poddany dyskusji, ale odpowiedzialności Karola Wojtyły nie można negować." — pisał Allen. To prawda, że artykuł Allena, który odbił się echem także we Włoszech, jest przynajmniej „dziwny". Kto, jak kto — ale Allen jest akurat osobą dobrze poinformowaną o tym, co dzieje się za murami Watykanu i to on w epoce post-wojtyłowej stał się dziennikarskim barometrem nastrojów purpurowej arystokracji. Powracają obawy, które już w styczniu powtarzali doświadczeni watykaniści, że to nie jakość cudu (uzdrowienie siostry Marie Simon Pierre z choroby parkinsona) wyhamowała beatyfikację, która była przewidywana już wiosną 2010 r., lecz cienie, które zaczęły padać na pontyfikat Jana Pawła II, może nie bezpośrednio na osobę Sługi Bożego, ale na jego najbliższych współpracowników, których wybierał i darzył zaufaniem (zobacz "Santo subito", ale bez pośpiechu). Ten sam powód był najprawdopodobniej katalizatorem beatyfikacji, która powinna nastąpić jak najszybciej — zanim Kościół będzie musiał rozliczyć się ze skandalu pedofilii. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w Watykanie trwają porachunki wewnętrzne „nowych" i „starych" stronnictw kardynałów i że papież Benedykt XVI nie ma ochoty brać tylko na siebie winy za grzechy księży-pedofilów. Adwokaci diabła Nawet jeżeli papież Polak zlikwidował urząd „Adwokata diabła", aby przyśpieszyć procesy kanonizacyjne i pracę „Fabryki świętych" — jak powszechnie nazywa się Kongregację Spraw Kanonizacyjnych, również w kuluarach watykańskich — nie uciszył go. Rolę adwokata diabła przejęła prasa. Jak widać - dziennikarze, nawet katoliccy, nie wahają się przypominać o grzechach najświętszego ze świętych. Już w kwietniu ubiegłego roku watykanista Marco Politi przypomniał historię Marcial Maciel Degollado na łamach dziennika „Il Fatto quotidiano", dodając jednak nowy szczegół: Ratzinger chciał ukarać wielebnego pedofila, ale zatrzymał go kard. Angelo Sodano. Zdaniem Politiego „są dowody na to, że skandal był ukrywany". Oskarżenia przeciwko katolickiemu prezbiterowi z Meksyku po raz pierwszy zostały wysunięte już w 1948 r. W 1978 r. o pedofilię oskarżał go były prezydent Legionu Chrystusa w USA Juan Vaca (i jedna z jego ofiar) w liście skierowanym do nowego papieża Polaka Jana Pawła II. Pisał także do Jego świątobliwości w 1989 r. — bez odpowiedzi i bez skutku. W końcu — widząc bezkarność Marciala Maciel Degollado, który przez dziesięciolecia molestował wielokrotnie ponad 30 nieletnich uczniów Legionu — w 1997 r. ośmiu byłych Legionistów ujawniło seksualne przestępstwa swojego zwierzchnika na łamach dziennika „The Hartford Courant". Wtedy po raz pierwszy wybuchł skandal, bo szczegóły były wstrząsające. Ulubionym zajęciem wielebnego pedofila była wzajemna masturbacja — ojciec Marcial Maciel leżał nagi w swoim łóżku i prosił chłopców, aby masowali mu obolały brzuch i genitalia. Zapewniał ich, że papież dał mu specjalną dyspensę na to, bo nie ma w tym nic złego. Karol Wojtyła był już wtedy chory na parkinsona — zajmował się tylko najważniejszymi sprawami Kościoła i problemy natury administracyjnej delegował swoim najbliższym współpracownikom: sekretarzowi stanu — kard. Angelo Sodano, osobistemu sekretarzowi — abp. Stanisławowi Dziwiszowi oraz prefektowi Kongregacji Doktryny Wiary — kard. Josephowi Ratzingerowi. „17 października 1998 r., dwie ofiary — Arturo Jurado Guzman i José Barba Martin — udały się bezpośrednio do sekretariatu Kongregacji Doktryny Wiary, kierowanej przez Ratzingera. Spotkali się z sekretarzem — ojcem Gianfranco Girotti, domagając się oficjalnie otwarcia procesu kanonicznego w stosunku do Marciala. Towarzyszył im adwokat Martha Wegan, znana dobrze w Watykanie i znana kardynałowi Ratzingerowi. Fakt, że mogli złożyć oficjalne oskarżenie o pedofilię w stosunku do ojca Marcial Maciela Degollado, założyciela Legionu Chrystusa, dodał odwagi byłym Legionistom. Lecz 24 grudnia 1999 r. adwokatka Wegan napisała do swoich podopiecznych: "Upłynęło już siedemnaście miesięcy i jedyna oficjalna wiadomość jaką otrzymałam to, że sprawa jest bardzo delikatna i są też inne donosy." 31 lipca 2000 r. doszło do kolejnego spotkania w Watykanie z ojcem Girotti. 31 lipca 2000 r. adwokatka Wegan poinformowała swoich podopiecznych: „Chwilowo sprawa jest zamknięta". — pisał Marco Politi w kwietniu 2010 r. w „Il Fatto quotidiano". Już w 1999 r. Sandro Magister — watykanista włoskiego tygodnika „L'Espresso" opisał dokładnie cały skandal pedofilski, przytaczając szczegółowo zeznania ofiar. Wracając do tematu w 2002 r. Magister pisał na łamach „L'Espresso", że Watykan blokuje proces kanoniczny bardzo znanego i wpływowego duchownego, oskarżonego o liczne nadużycia seksualne. W portalu prowadzonym przez znanego i cenionego watykanistę „Chiesa.espressoonline" znajduje się wiele dokumentów, a wśród nich list do abp. Stanisława Dziwisza — sekretarza papieskiego, z dnia 2 listopada 2002 r., napisany przez księdza Antonio Roqueąí Ornela — byłego członka „Legio Christi" i adwokata seminarzystów, którzy w młodości cierpieli ciężkie i wielokrotne agresje seksualne ze strony założyciela zgromadzenia. Jest także tłumaczenie na język polski, w którym można przeczytać: „1. Towarzyszyłem profesorom Arturo Jurado GuzmĄn i Jose de Jesús Barba Martín, pełnomocnikom legalnym grupy moich klientów przed sekretarzem świętej Kongregacji dla Obrony Wiary, żeby przedstawić tę sprawę; P. Gianfranco Girotti, Ofm, w sobotę 17 października roku 1998; 2. Oskarżenie w języku łacińskim było przedstawione oficjalnie w tej samej Kongregacji dnia 18 lutego 1999. Oskarżenia, zgodnie z prawem kościelnym, są wolne od przekroczenia terminu; 3. Odpowiedź, za pośrednictwem trzeciej osoby, przyszła do moich klientów datowana z dniem 24 grudnia 1999, bez żadnej eksplikacji: "pro nunc przyczyna procesu jest zawieszona"; 4. W dniu 9 września roku, adwokat Martha Wegan doręczyła osobiście mój list dla ojca G.G., w którym ja jako prawnik nalegałem, że prawo kościelne obowiązuje obie strony w procesie. Na ten list nigdy nie przyszła odpowiedź bezpośrednia albo pośrednia." Także na list księdza Antonio Roqueąí Ornela nie przyszła nigdy żadna odpowiedź. Zdaniem Sandro Magister list ten jest jednak dowodem, że papież Jan Paweł II był poinformowany o przestępstwach Marcial Maciel Degollado, a przynajmniej były poinformowane najbliższe mu osoby. Dopiero Benedykt XVI zareagował Legion Chrystusa i jego założyciel spotkał się ze szczególnie dużą życzliwością papieża Jana Pawła II. Ojciec Maciel został zaproszony do towarzyszenia papieżowi w czasie jego pielgrzymek do Meksyku w 1979, 1990 i 1993. Jan Paweł II powołał go także na eksperta Światowego Synodu Biskupów w Watykanie (1991, 1993 i 1997), stałego radcę Kongregacji Duchowieństwa (od 1994), delegata na Konferencję Episkopatów Latynoamerykańskich w Santo Domingo (Dominikana, 1992). Maciel był również m.in. kanclerzem Papieskiego Athenaeum Regina Apostolorum w Rzymie. W 1994 uroczyście obchodził 50-lecie święceń kapłańskich. W 1993 roku Jan Paweł II publicznie wskazał na ojca Maciela jako na „przewodnika, wzór dla młodych", wcześniej był trzykrotnie delegatem papieskim na synody biskupów, w 2002 roku osobiście witał papieża w Meksyku, a w 2004 roku papież zdążył jeszcze pogratulować mu osobiście z okazji 60-lecia święceń kapłańskich za jego „ogromną, hojną i owocną kapłańską posługę". Dopiero w 2004 r., kilka miesięcy przed śmiercią Jana Pawła II, kard. Ratzinger otworzył dochodzenie w sprawie Marcial Maciel Degollado. „Nawet kiedy Ratzinger zorientował się, że to nie dym lecz ogień, osoby bliskie Janowi Pawłowi II stały na przeszkodzie" — pisał Johna L. Allena w „Newsweeku" 17 kwietnia br. Tama pękła gdy nastał nowy papież. W maju 2006 r. Benedyk XVI nakazał by Marcial Maciel Degollado wycofał się i spędził resztę życia na modlitwie i pokucie, a Legioniści uznali jego grzechy, włącznie z bigamią i posiadaniem dzieci. Wielebny pedofil zmarł 30 stycznia 2008 w Houston — nie poniósł żadnej kary. 1 maja 2010, po naradzie z udziałem papieża Benedykta XVI na temat skandalu pedofilii i seksualnego wykorzystywania seminarzystów przez Degollado, Watykan przyznał, że duchowny dopuścił się skandalu najcięższego i niemoralnego zachowania, licznych przestępstw i prowadził życie pozbawione skrupułów. Miejmy nadzieję, że w przyszłości nikomu nie przyjdzie do głowy by zrobić go świętym... „Maciel przedstawia model negowania i utrudniania dochodzeń w sprawach skandali seksualnych ze strony Jana Pawła II" — napisał Allen. — "Watykan twierdzi, że uznanie kogoś za świętego wcale nie oznacza uznania wszystkich wyborów politycznych jego pontyfikatu. Na przykład, kiedy papież Pius IX był beatyfikowany w 2000 r., funkcjonariusze Watykanu zapewnili, że gest ten nie oznacza aprobowania jego polityki względem Żydów. Pielgrzymi i wierni, którzy zapełnią Plac św. Piotra pierwszego maja, bez wątpienia będą wdzięczni za okazję, że mogą ponownie poczuć czar starego Jana Pawła II. Inni, jednakże, będą zastanawiać się czy to nie jest przypadek, w którym legendarna powolność Watykanu w podejmowaniu decyzji nie przysłużyłaby mu się lepiej." W cieniu San Pietro, 24 kwietnia 2011r. Zobacz też Wywiad z Bernie Mcdaid Jakie grzechy wypomina się błogosławionemu? 1. Jednym z oskarżeń, które najczęściej wysuwają pod adresem Jana Pawła II „adwokaci diabła", jest to, że w imię walki z komunizmem, wspierał politycznie i finansowo nie tylko Solidarność, ale także prawicowe dyktatury w Ameryce Południowej - nie zrozumiał roli i znaczenia teologii wyzwolenia. Trudno zapomnieć zdjęcie papieża z Augusto Pinochetem na balkonie Pałacu La Moneda, podczas wizyty w Chile w 1987 r. i to jak chłodno przyjął ojca Oscara Romero zabitego w 1980 r., oraz odmówił spotkania Matkom z Placu Majowego). 2. Nie brakowało nigdy krytyk za uprzywilejowanie Opus Dei — organizacji laickiej uważanej niemal za sektę. Jan Paweł II w 1982 zmienił status Opus Dei z instytutu świeckich na prałaturę personalną i kanonizował w 2002 r. założyciela organizacji Josemaría EscrivĄ de Balaguera. Wiele dyskusji w mediach wywołała informacja, że Karol Wojtyła używał włosiennicy i umartwiał swoje ciało. 3. Nie tylko media, ale i opinia publiczna krytykowała politykę seksualną papieża, a przede wszystkim całkowity zakaz używania prezerwatywy, nawet w celach ochrony przed AIDS. Choroba ta rozwinęła się w latach trzydziestych XX wieku - niektórzy podkreślają zbieżność wybuchu epidemii w Stanach Zjednoczonych z początkiem pontyfikatu Jana Pawła II. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że od momentu odkrycia wirusa umarło 25 milionów osób, co czyni z AIDS największą epidemię w historii. Wirusem HIV jest zarażonych ok 33 mln ludzi. Tylko w 2005 r. (rok śmierci papieża) umarło od 2,8 do 3,6 mln ludzi. 4. Krytykowano także brak otwarcia Wojtyły w stosunku do homoseksualizmu, który zmieniłby politykę Kościoła i uprzedzenia znacznej części katolików. Skoro Jan Paweł II dokonał mea culpa za liczne grzechy Kościoła na przestrzeni wieków - prześladowania Żydów czy masakry na rdzennej ludności Ameryki Południowej, dlaczego nie potrafił wybaczyć homoseksualistom, napiętnowanym od czasów biblijnych? Niektórzy uważają, że podczas pontyfikatu Karola Wojtyły wzrosła homofobia. 5. Podczas swojego pontyfikatu Jan Paweł II był wielokrotnie krytykowany przez kobiety, które domagały się równouprawnienia poprzez kapłaństwo — nie tylko przez feministki, także przez katoliczki, a nawet siostry zakonne. Karol Wojtyła zamknął definitywnie temat kapłaństwa kobiet. 6. Najcięższym oskarżeniem wysuwanym coraz częściej w stosunku do Jana Pawła II jest przymykanie oczu na skandale pedofilii, które były znane już podczas jego pontyfikatu i o których byli informowani jego najbliżsi współpracownicy - kard. Angelo Sodano i sekretarz osobisty abp. Stanisław Dziwisz. Wielka plama pontyfikatu to ochrona wielebnego pedofila Marcial Maciela Degollado. Najprawdopodobniej papież zrobił w sprawie pedofilii zbyt mało. 7. Zbyt mało zrobił także w stosunku do afer finansowych, które podczas jego 27 letniego pontyfikatu przynajmniej dwa razy mocno skompromitowały bank watykański - IOR, który funkcjonował na terenie Watykanu niczym okienko „raju fiskalnego". Agnieszka Zakrzewicz Dziennikarka i krytyk sztuki. Autorka książki Papież i kobieta. Od 1994 r. mieszka w Rzymie. Prowadzi serwis Bez Granic. Strona www autora Liczba tekstów na portalu: 37 Pokaż inne teksty autora Oryginał.. (link) (Ostatnia zmiana: dzisiaj)

~oko -

TYLU PAPIEZY,bylo i jeszcze bedzie ,przyczepili sie do naszego i robia z niego jak dobrze pojdzie BOGA - jeszcze troche to pewnie przeniosa stolice do watykanu - nie nie czs moze popukac sie w leb i dac sobie wreszcie swiety spokoj????nowa moda na uzaleznienie sie ; od papierosow ,od alkoholu , od internetu a teraz od nieboszczyka.CZY TO JEST NORMALNE????

~konodont -

Dlaczego rozum wzbrania się przed wiarą w Boga, którego mogą pożreć myszy? Autor tekstu: Konrad Szocik Ateizm radykalny księdza Jana Mesliera. Wstęp Na czym może polegać przewaga ateisty — księdza nad ateistą — filozofem, który nigdy nie miał związku ze stanem duchownym? Przede wszystkim na znajomości wewnętrznych regulacji instytucji Kościoła, dotyczących kwestii doktrynalnych, dogmatycznych, etycznych, a także rytuałów, ceremonii, jednym słowem, całej działalności teoretyczno — praktycznej religii rzymskokatolickiej. Studia w seminarium duchownym po prostu pozwalają na zaznajomienie się z ustaleniami tej gminy wyznaniowej, zwłaszcza ze wszystkimi twierdzeniami dotyczącymi prawdziwości istnienia i natury Boga oraz sensowności religii. Dlatego lektura tekstów Jana Mesliera jest szczególnie istotna z merytorycznego, odwołującego się do naukowej rzetelności, punktu widzenia [ 1 ]. Meslier stale bierze pod uwagę argumenty swojego ideowego przeciwnika - instytucji Kościoła rzymskokatolickiego, a ogólniej, wszystkich twierdzeń uznających istnienie Boga i sensowność religii. Krytyka religii i samego pojęcia Boga autorstwa Mesliera posiada olbrzymie znaczenie dla każdego czytelnika ceniącego kryteria zdroworozsądkowe i racjonalne, odwołującego się do doświadczenia i obserwacji. Specyfika każdej religii podlega kryteriom filozoficznej oceny, mającej prawo do poddawania analizie wszystkich koncepcji światopoglądowych. A zatem również religijnych, których twierdzenia przyjmowane są wyłącznie wskutek podzielanej tradycji, będącej jedynie wytworami ludzkiej wyobraźni, niepopartymi jakimikolwiek obserwacjami. Nawet fundamentalne dla każdej religii twierdzenie o jej boskiej genezie z perspektywy filozofii wymaga rzetelnego uzasadnienia, wskazującego właśnie na jej boską inspirację. Wszystkie twierdzenia religijne są jedynie wytworem ludzkiej wyobraźni. Ze względu na nasz obszar kulturowy religią podlegającą rozważaniom jest chrześcijaństwo. Podział na protestantyzm i katolicyzm nie ma większego znaczenia, jakkolwiek w przypadku rozważania kwestii ekonomicznych, społecznych i politycznych instytucjonalna potęga Kościoła katolickiego, doskonale znana nawet z pobieżnej lektury historii Europy, plasuje go na pierwszym miejscu w rankingu najpotężniejszych gmin wyznaniowych. Każde twierdzenie religijne, łącznie z samą tezą uznającą istnienie Boga, jest wyłącznie wytworem ludzkiej wyobraźni. Świadczy o tym zarówno istnienie olbrzymiej ilości religii i sekt religijnych, z których każda rości sobie pretensje do bycia jedyną prawdziwą, jak również sama ich, kulturowa i historyczna, względność. Gdyby przynajmniej istnienie Boga podlegało kryteriom racjonalnego, odwołującego się do doświadczenia i obserwacji, dowodzenia, postawa ateistyczna wymagałaby fanatycznego, wynikającego ze złej woli, opowiedzenia się za absurdalnym stanowiskiem światopoglądowym, negującym istnienie tego, co oczywiste. Tak jednak nie jest, za to fanatyzm bez trudu spotykany jest wśród osób reprezentujących postawę teistyczną. Co więcej, zdaniem Mesliera, podzielanie przekonań religijnych z natury zakłada fanatyzm, rozumiany jako bezkrytyczną i bezrefleksyjną akceptację nawet najdziwniejszych, najbardziej nieprawdopodobnych i paradoksalnych, tez. Meslier wskazywał na bezgraniczność ludzkiej wyobraźni, której bogactwo jest w stanie wygenerować zastępy najrozmaitszych bóstw. Czołowe twierdzenia gminy rzymskokatolickiej, sugerujące istnienie jednego — trzech bogów, z których jeden jest tak naprawdę człowiekiem, zrodzonym ze związku odwiecznego Boga z kobietą, czy wreszcie teza o ponownym ożywieniu tegoż Boga po jego uprzednim zabiciu, są paradoksalne i niedorzeczne z perspektywy rozumu i nauki. Dlatego można je akceptować wyłącznie na drodze wiary, to znaczy takiej afirmacji, która zakłada niemożliwość uzasadnienia ich istnienia w oparciu o dostępne człowiekowi środki, czyli poznanie zmysłowe i racjonalne. Zatem, jeżeli doświadczenie i obserwacja nie wskazują na istnienie żadnej sfery nadprzyrodzonej, skąd pojawiła się idea nie tylko samego Boga, ale całej sfery nadnaturalnej, tak szczegółowo opisywanej przez systemy religijne i teologiczne? Zdaniem Mesliera, wszystkie tezy religijne zostały wygenerowane przez ludzką wyobraźnię. Poznawczy aparat człowieka rejestruje tylko to, co dostępne jest ludzkim zmysłom. Wszelkie uogólnienia konstruowane są za pomocą racjonalnej refleksji. Niemniej odnoszą się do obserwowanych zmysłowo zjawisk. Problem pojawia się w przypadku takich twierdzeń, które wskazują na byty bądź zjawiska nie mające żadnej podstawy w ludzkich zmysłach. Tak jest w przypadku idei boskości i wszystkich, generowanych przez nią, pojęć religijno — teologicznych. Czysto filozoficzny wniosek sugerujący istnienie niewidzialnego bytu, mającego wyjaśniać genezę materii, nie ma nic wspólnego z Bogiem przedstawianym w religijnych wyobrażeniach. Inna sprawa, że w dziejach idei te dwie, zupełnie różnie kategorie, zostały ze sobą utożsamione. Poza tym, wydedukowanie hipotetycznego, wiecznego bytu, interpretowanego jako pierwszy poruszyciel pozbawiony przyczyny, możliwe jest przy specyficznych, uprzednio przyjętych przez danego filozofa, założeniach. Doskonale można uznać bogactwo i różnorodność materii za wystarczające do wygenerowania takich fenomenów, jak życie czy sfera intelektualna. Również teza o wiecznym istnieniu materii nie jest mniej prawdopodobna niż teza o istnieniu bytu, którego nikt nigdy nie widział i nic o nim nie wie. Tym bardziej, że teistyczne wyjaśnienie genezy świata zasadza się na błędzie „ignotum per ignotum", gdy to, co nieznane, czy przynajmniej poznane zaledwie częściowo — świat i materię — wyjaśnia się za pomocą kategorii w ogóle nieznanej, nie zbadanej i niepojętej, czyli pojęcia Boga. Idea tolerancji i neutralności światopoglądowej jako socjologiczno — polityczny ideał Mesliera Jaki może być najważniejszy wniosek, istotny również dla współczesnego czytelnika, wynikający z rozważań Mesliera, wskazujących na wyobraźnię jako jedyne źródło religijnych koncepcji? To ideał sekularyzacji i neutralności światopoglądowej państwa i społeczeństwa, które nie może promować żadnego systemu opierającego się na postulatach zrodzonych przez wyobraźnię. Ten postulat z pewnością jest kłopotliwy dla przedstawicieli religii pozytywnych, ufundowanych na władzy, autorytecie i nakazie. Jednak w przestrzeni publicznej jedyną instancją rozstrzygającą mogą być idee generowane przez kryteria racjonalności, odwołujące się do doświadczenia i obserwacji. Chodzi o takie idee, które potencjalnie mogą zostać zaakceptowane przez każdego członka danej społeczności [ 2 ]. W tym celu muszą odwoływać się do czynników wspólnych wszystkim ludziom, których istnienie i funkcjonowanie nie rodzą żadnych wątpliwości. Wyobraźnia, nie ograniczona kryteriami czasoprzestrzennymi, konstruuje rozmaite idee. Tym samym postulaty religijne, zresztą różne w różnych systemach religijnych, nie mają żadnych podstaw do wysuwanych przez siebie roszczeń domagających się ich powszechnej akceptowalności. Doskonałą ilustracją tego problemu jest idea prawa naturalnego. Prawo naturalne, według definicji zaproponowanej m. in. przez Mesliera, La Mettriego czy Kanta, oznacza ideę takiego postępowania, co do którego chciałoby się, aby stało się prawem powszechnym, obowiązującym każdego człowieka. Uzasadnieniem i motywacją do respektowania norm etyki a — teistycznej jest odwoływanie się do instynktu samozachowawczego, który skłania każdego normalnego człowieka do unikania cierpienia i śmierci. Religia natomiast, przedstawia jako inspirację dla akceptowania jej zasad etycznych ideę Boga, który za dobro wynagradza, a za zło karze. Przewaga systemu naturalnego, a — teistycznego, polega na tym, że nie każdy podziela istnienie takiego Boga, natomiast każdy, ze względu na wspólne wszystkim ludziom podłoże psychofizjologiczne, wynikające z przynależenia do wspólnego gatunku zwierzęcego, instynktownie skłania się ku zachowaniu własnego życia, bezpieczeństwa, szeroko rozumianego dobrostanu i wolności. Postawa religijna jest niemożliwa bez wyrzeczenia się kryteriów racjonalności i naukowości Nawet ludzie Kościoła, duchowni i świeccy, nie negują irracjonalnego charakteru dogmatów katolickich, otaczając je nimbem tajemniczości. Jak wspomnieliśmy, główne idee religijne są sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i wszystkim, co dostępne jest ludzkiemu doświadczeniu. To dowodzi, że jedynym, możliwym źródłem dla każdego twierdzenia, które nie zostało zrodzone wskutek doświadczenia, jest jedynie wyobraźnia. Rzecz jasna, religia jako prawdziwą genezę wskazuje boskie objawienie. Niemniej, sam ten postulat nie został przez nikogo udowodniony, a jako że ani doświadczenie, ani obserwacja, ani rozumowe badanie nie sugerują istnienia niczego, co można by określić tym mianem, ponownie wyobraźnia jawi się jako jedyne, możliwe źródło przekonań religijnych. Jedynym argumentem przywoływanym przez przedstawicieli religii jest autorytet instytucji Kościoła, która, jako depozytariusz świętych tekstów i tradycji, jest gwarantem prawdziwości prawd objawionych, przekazywanych z pokolenia na pokolenie w sposób bezrefleksyjny i bezkrytyczny. Jednak sama powaga instytucji Kościoła i przypisywany jej autorytet to za mało, aby uznać istnienie, prawdziwość i sensowność objawienia bez odniesienia do badania rozumowego, bez odwoływania się do doświadczenia i obserwacji [ 3 ]. Rzecz jasna, idea neutralności światopoglądowej i pluralizmu zakłada zupełną wolność w przyjmowaniu i podzielaniu dowolnych systemów światopoglądowych, nawet tak irracjonalnych i niedorzecznych, jak religijne. Zatem nikt nie zabrania ich podzielania. Uwagi te odnoszą się do sytuacji, w których ludzie Kościoła domagają się powszechnej akceptowalności ich twierdzeń. Właśnie takie zastrzeżenia, typowe dla współczesnych procesów sekularyzacyjnych, miał na myśli Meslier, postulując zredukowanie religii do sfery prywatnej. Aby religijny wytwór wyobraźni zyskał status uniwersalnie obowiązującego, musi zostać zweryfikowany w sposób potencjalnie mogący zostać zaakceptowany przez każdego członka danej społeczności. Meslier kwestionował nie tylko dogmatyczne, ale również etyczne twierdzenia religijne, wykazując nonsensowność każdego z nich. Wskazywał na nikłą wartość moralną systemów religijnych, w przeciwieństwie do wysokiej merytorycznie i praktycznie rangi wspomnianego prawa naturalnego. Nawet wśród najbardziej religijnie usposobionych osób, w konkretnych, praktycznych sytuacjach egzystencjalnych, wyższą rangę zyskuje sąd i opinia ludzka, niż boska. Nawet najzagorzalszy fanatyk religijny w samotności jest zdolny do wykonywania takich czynności, których powstydziłby się w obecności nawet jednego, najniżej cenionego w społeczeństwie, człowieka. Wyobrażenie Boga jako bytu obdarzonego wszechmocą i wszechwiedzą, całą dobę widzącego każdego człowieka, nie przeszkadza osobom podzielającym przekonania religijne wykonywać czynności zabronionych zarówno przez prawo świeckie, jak i boskie. Dzieje się to nawet pomimo groźby wiecznego potępienia. Takie postępowanie nie świadczy, rzecz jasna, o celowym i świadomie złym zamiarze, ale o zmysłowym, typowo zwierzęcym, usposobieniu każdego człowieka, który poważnie respektuje tylko to, co jawi się w zmysłowym postrzeganiu. Człowiek ceni i obawia się tylko tego, co może zobaczyć i odczuć. Natomiast idea Boga jest do tego stopnia abstrakcyjna i odległa, że nie jest w stanie wywrzeć realnego wpływu na ludzkie zachowanie, jakkolwiek regulacje kościelne mogą kierować ludzkim postępowaniem. Z perspektywy czysto racjonalnej, empirycznej, katolicki Bóg jest jedynie kawałkiem ciasta. W ten sposób Meslier opisywał hostię, która w katolicyzmie została utożsamiona z prawdziwym, żywym Bogiem. Z naukowego punktu widzenia hostia zawsze będzie kawałkiem ciasta, co nie wyklucza inwencji ludzkiej wyobraźni, widzącej w niej, tak jak ma to miejsce w katolicyzmie, prawdziwego i potężnego Boga. A właściwie olbrzymią ilość milionów bogów, którzy każdego dnia w tysiącach kościołów są stwarzani przez słowa wypowiadane przez księży. Na dodatek, ten potężny, odwieczny, wszystko stwarzający Bóg, nieschowany do pojemnika, mógłby zostać pożarty przez myszy. Ta, przedstawiona przez Mesliera, filozoficzna i religioznawczo — fenomenologiczna charakterystyka obrządku gminy rzymskokatolickiej, oddaje perspektywę czysto racjonalną i empiryczną, która w hostii widzi wyłącznie kawałek ciasta. Ten przykład jest chyba najdoskonalszą ilustracją paradoksalnego, irracjonalnego i obcego wszelkiemu doświadczeniu, charakteru doktryny rzymskokatolickiej. Równocześnie przekonuje, że afirmacja twierdzeń tej religii, podobnie jak każdej innej, wymaga ujęcia w nawias, czy uznania za nieistotne, orzeczeń rozumu i kryteriów empirycznych. Nie ulega wątpliwości, że konsekwentne kierowanie się zaleceniami własnego rozumu, stałe odwoływanie się do doświadczenia i obserwacji, uczyniłoby akceptację jakiejkolwiek religii po prostu niemożliwą. Meslier dostrzega specyficzny, moralno — socjologiczny dualizm, funkcjonujący wśród osób podzielających religijny światopogląd. Wskazuje na dysproporcję między formalnie, teoretycznie olbrzymią wartością przyznawaną religii, a jej praktyczną marginalizacją. Jeżeli religia jest przedstawiana jako najważniejszy fenomen ludzkiego życia, dlaczego kwestii jej wyboru oraz jej treściom poświęca się tak mało uwagi? Meslier słusznie spostrzega, że poszczególne, osobiście interesujące człowieka zagadnienia, związane z jego ekonomicznymi i materialnymi korzyściami, są nieporównanie bardziej absorbujące niż kwestie religijne. Świadczy to zapewne o abstrakcyjnym, obcym ludzkiej naturze, charakterze idei religijnych, postulujących istnienie sfery niepotwierdzanej przez żadne, czysto ludzkie, doświadczenie. Dlatego tradycja i wychowanie w popularyzacji i utrzymywaniu religii pozytywnych ogrywają fundamentalną rolę. Każda religia nadaje sobie immunitet przed roszczeniami rozumu, którym jest aura tajemnicy. Podstawowa kwestia dla każdej religii, istnienie Boga, w katolicyzmie staje się bardzo kłopotliwym zagadnieniem. Chodzi, rzecz jasna, o ilość bogów/Boga, który wprawdzie jest jeden, ale w trzech osobach. Zatem albo jest jeden, albo jest ich trzech. Teologia katolicka tę, oczywistą już dla każdego, potrafiącego liczyć do trzech dziecka, sprzeczność, „wyjaśnia" właśnie jako wielką, boską tajemnicę, niezbadaną i niedostępną dla żadnego, ludzkiego rozumu. Również inne dogmaty naznaczone są piętnem paradoksalności i niedorzeczności, których jedynym obrońcą jest nimb tajemniczości. Tak jest zarówno z dziewictwem Maryi, Matki Boga, jak z samym Jezusem, który jest z jednej strony odwiecznym Słowem, z a drugiej, po prostu zrodzonym na Bliskim Wschodzie przed dwoma tysiącami lat, człowiekiem. Niezależnie od przypisywanych tym opowieściom świętych i boskich wartości filozof, jako reprezentant ludzkiego rozumu i doświadczenia, których istnienie jest niekwestionowalne, a zatem nie stanowi przedmiotu wiary, ma prawo oceniać je właśnie z perspektywy rozumu. I dlatego ocenia je jako niedorzeczne i absurdalne, co nie zmienia faktu, że po ujęciu w nawias kryteriów racjonalności i naukowości można uznać realne istnienie każdego wytworu swojej, bądź cudzej, wyobraźni. Bezkompromisowość i radykalność powyższych poglądów Mesliera sprawia, że jego decyzja o niepublikowaniu za swojego życia swoich rękopisów jest uzasadniona z perspektywy ludzkiego instynktu samozachowawczego. Jakkolwiek, właśnie z filozoficznego punktu widzenia, Meslier po prostu podał naukowy, czysto obserwacyjny, opis ceremonii i wierzeń religijnych, z którymi musi zgodzić się nawet najbardziej religijna osoba. Podsumowanie Przykłady podawane przez Mesliera, wykazujące paradoksalność — z perspektywy racjonalnej i empirycznej — twierdzeń religijnych, można by mnożyć bez ograniczeń, aż do ich wyczerpania. Wskazać można dwie grupy tematyczne, w które Meslier pogrupował swoje analizy. Jedną jest płaszczyzna dogmatyczna. Tutaj Meslier odnosi się do poszczególnych twierdzeń religijnych, dotyczących istnienia i natury Boga, jak również rzekomej ważności i prawdziwości poszczególnych praktyk religijnych. Wspomniany przykład hostii jest zapewne najjaskrawszą ilustracją stosowanej przez niego metody w odniesieniu do kwestii dogmatycznych. Drugim aspektem jest sfera etyczna, polityczna i społeczna. Nie ulega wątpliwości, że z perspektywy analiz filozoficznych jest to zagadnienie nie tylko mniej interesujące, ale także nieporównanie mniej kontrowersyjne, niż analiza dogmatów, która zawiodła Mesliera do określenia katolickiego Boga jako Boga — ciasta — mąki, którego największym przeciwnikiem są myszy, a dopiero w drugiej kolejności, Diabeł. Po prostu istnienia myszy nikt nie kwestionuje, podczas gdy realne istnienie Diabła jest nieporównanie trudniejsze do wykazania. Przytaczanie etyczno — społecznej krytyki religii w ogóle nie ma sensu, ponieważ jest to tematyka doskonale znana w dziejach idei i podejmowana również przez głęboko religijnych myślicieli. Krytyka Mesliera w tym aspekcie niewiele różni się od fanatyka wiary w Boga, Kierkegaarda, który krytykował samo istnienie instytucji religijnych, określając księży mianem „złodziei" i „ludożerców" [ 4 ], jakkolwiek pozakonfesyjną wiarę w Boga uważał za fundament ludzkiej egzystencji. Tym, co najbardziej może uderzyć czytelnika Testamentu Mesliera, jest jego stałe, oczywiście bardzo krytyczne, odwoływanie się do fanatyzmu religijnego. Jest to jednocześnie ta idea, którą można by wskazać jako najistotniejsze przesłanie, uniwersalne i istotne także dzisiaj, pomimo upływu trzech stuleci od powstania tych rękopisów. Wskazanie na wyobraźnię jako na jedyne źródło religijnych twierdzeń stanowi dla Mesliera punkt wyjścia do dalszego zakwestionowania roszczeń, domagających się nadania partykularnym przekonaniom religijnym uniwersalnego wymiaru i powszechnej, społecznej akceptacji. Meslier szczególnie ostro krytykuje fanatyczne usposobienie, nierzadko pojawiające się wśród podzielających religijny światopogląd, osób. Ubolewa nad nietolerancją i autorytarnym, wręcz despotycznym ustosunkowaniem się ludzi Kościoła do przedstawicieli innych koncepcji światopoglądowych, zarówno religijnych, jak i świeckich. Taki skutek przynosi nadanie religii statusu pochodzącej od Boga, umocowanej w jego odwiecznej, niezmiennej i prawdziwej woli. Niestety, taką właściwość przypisuje sobie każda religia. Dlatego ranga prawdziwości poszczególnych systemów religijnych mogła zostać rozstrzygnięta wyłącznie na drodze krwawego, zbrojnego starcia. Historia pokazuje, że Bóg stał wyłącznie po stronie najsilniejszych, którzy za pomocą oręża byli w stanie udowodnić sprzyjającą im wolę Opatrzności. Paradoks wskazywany przez Mesliera polega na tym, że fanatyzm „chrystusowców" i „religiantów" dotyczy tych poglądów, które są zupełnie oderwane od rzeczywistości i całkowicie nie do zaakceptowania z perspektywy rozumu i doświadczenia. A tylko odniesienie do doświadczenia i obserwacji pozwoli ludzkości wyjść z błędów, w które dostała się wskutek opierania się na systemach zrodzonych przez wyobraźnię [ 5 ]. Przypisy: [ 1 ] Wszystkie przywoływane w tekście poglądy Jana Mesliera pochodzą z jego Testamentu. Por. J. Meslier, Testament, przeł. Z. Bieńkowski, Kraków 1955, s. 19 - 422. [ 2 ] K. Szocik, Dlaczego potrzebna jest sekularyzacja?, Przegląd, Nr 11 (585), 20 marca 2011 r., s. 50 - 51. [ 3 ] J. O. de La Mettrie, L' Homme machine, Paris 1921. [ 4 ] Por. K. Szocik, Krytyka instytucji kościoła i relacji kościół - państwo w filozofii Kierkegaarda, Przegląd Filozoficzny. Nowa seria, 2008, nr 1 (65), Warszawa 2008, s. 101 - 109. [ 5 ] P. H. D'Holbach, System przyrody, czyli prawa świata fizycznego i moralnego, t. I, przeł. K. Szaniawski, Kraków 1957, s. 53. Konrad Szocik Doktorant Instytutu Filozofii UJ. Liczba tekstów na portalu: 11 Pokaż inne teksty autora Oryginał.. (link) (Ostatnia zmiana: dzisiaj)

~Misiek -

I to jest właśnie tragedia, katolicy zamiast modlić się do Boga to wybierają ludzi. A człowiek nie jest Bogiem. Nie dość tego jak mówi Biblia to w niebie mogą być tylko święci, wg KK trochę ich jest ale co z resztą ludzi?

~ostatnie tchnienie -

Wielkanoc zmartwychwstania Autor tekstu: Mariusz Agnosiewicz "Grób jest otwarty. Jakiż to wielki cud, Pan powstał z martwych! Kto w to uwierzy! Przecież go zabraliście, szelmy" Epigramaty weneckie, Goethe Pochodzenie idei "Ten cud nie ma w sobie niczego, co by poganom nie było znane, nie może więc ich razić" — pisze chrześcijański apologeta Orygenes. W istocie, zmartwychwstanie bogów jest koncepcją bliską pogaństwu, choć większość chrześcijan sądzi dziś, że jest to cecha specyficzna ich religii. Początkowo żydzi nie wierzyli w zmartwychwstanie; Pięcioksiąg, czyli najstarsza część Biblii nic o tym nie wspomina. Po raz pierwszy jest ona wyrażona w Księdze Daniela z ok. 165 r. p.n.e. Żydzi przeszczepili do swej religii to wierzenie, gdyż zbyt wielu ich wówczas ginęło w tzw. wojnach machabejskich. Należało dać religijny fundament do dalszych walk — nadzieję zmartwychwstania. Izraelici przejęli to od Persów, pod zwierzchnictwem których pozostawali w latach 539-333. Skopiowali to dość dokładnie, nawet symboliczne zmartwychwstanie Jezusa po trzech dniach pochodzi z Persji (w zaratusztranizmie wierzono, że dusza przez trzy dni po śmierci pozostaje w martwym ciele, pod koniec dnia czwartego udaje się ona na most cynwat, który przebiega nad otchłanią piekielną, na którym to dokonuje się rozrachunku). Oprócz Jezusa tego samego dokonało wielu innych bogów pogańskich, m.in.: babiloński Tammuz, którego kult dotarł aż do Jerozolimy, syryjski Adonis („Pan"), frygijski Attis (trzeciego dnia), egipski Ozyrys (po trzech dniach), tracki Dionizos i in. W historii zmartwychwstania Ozyrysa zbieżne są nawet rozbieżności (!): w jednej wersji do jego grobu przychodzą trzy osoby (tak jak u Marka), w innej zaś dwie kobiety (tak jak u Mateusza). Kobiety, które szły do grobu Ozyrysa, niosły oczywiście balsam, czyli tak jak w opowieściach biblijnych. "Kiedy się zestawia te fakta z tym, co się odbywa w Europie między Wielkim Piątkiem a niedzielą Wielkanocną, rozumiemy, że pojęcie o bogu umarłym i zmartwychwstałym tym łatwiej znalazło wiarę, że było bardzo rozpowszechnione w niższych warstwach społeczeństwa" (Reinach) Zmartwychwstanie Jezusa Tragiczny koniec Jezusa-Mesjasza spowodował z całą pewnością szok wśród jego uczniów, przeto myśl o jego z-martwych-powstaniu tym łatwiej mogła się zrodzić i upowszechnić. Początkowo było to z całą pewnością nabożne wierzenie, nie opierające się na żadnych dowodach historycznych czy empirycznych. A więc najpierw „ujrzała" go Maria Magdalena (cierpiąca okresowo na ciężkie niedyspozycje psychiczne). Początkowo inni nie chcieli jej słuchać, lecz szybko to do nich dotarło — on zmartwychwstał! Jak w reakcji łańcuchowej zaczęli go kolejno „widzieć". Jednym z pierwszych, który tę koncepcję gorliwie propagował wśród chrześcijan i pogan był Paweł z Tarsu. Dla niego był to jednak fakt duchowy, to zmartwychwstanie nie miało nic wspólnego z ożywieniem trupa, nic nie wie o żadnych „dowodach", które znajdujemy w późniejszych ewangeliach. Ta idea pozwoliła jednak pozbierać się uczniom przygnębionym stratą swego Nauczyciela. Szybko też narosło wokół tego wiele legend, które znajdują odbicie w ewangeliach — pusty grób, aniołowie, cuda atmosferyczne, ożywienia zmarłych, rozdarcie zasłony świątynnej, straże przy grobie, spisane niezwykle nieudolnie. Wszystkie te „fakty", podane chrześcijanom w niemal doskonałej sprzeczności, są dziś wielkim pomnikiem Nadziei, którą tamci pragnęli odzyskać po śmierci swego przewodnika; a może też dowodem wyrzutów sumienia, jakie musieli czuć po tym, kiedy go zawiedli i zostawili samego. Oczywiście idea ta mogła łatwo przyciągnąć jednych pogan, a zniechęcić innych. Pyta się więc Celsus — dlaczego wasz zmartwychwstały bóg ma być lepszy od naszych? — "Zgoda, załóżmy, że naprawdę to powiedział [że po śmierci zmartwychwstanie — przyp.]. Iluż jednak innych ludzi opowiadało o takich cudach po to, by przekonać naiwnych słuchaczy i ciągnąć zyski z oszustwa? Podobno to samo uczynił wśród Scytów Zamolksis, uczeń Pitagorasa, sam Pitagoras w Italii oraz Rampsinit w Egipcie; ten ostatni, jak mówią, w Hadesie grał w kości z boginią Demeter i otrzymał od niej dar w postaci złotego ręcznika; to samo miał czynić Orfeusz u Odrysów, Protesillos w Tessalii, Herakles na Tenaron i Tezeusz. Trzeba się jednak zastanowić nad tym, czy któryś z nich naprawdę umarł i później naprawdęw tym samym ciele zmartwychwstał. A może sądzicie, słusznie zresztą, że opowiadania innych są bajkami, ale równocześnie uważacie, że tylko wy znaleźliście znakomite i wiarygodne rozwiązanie dramatu: jego słowa wypowiedziane na krzyżu, gdy oddawał ducha, trzęsienie ziemi i ciemności? Twierdzicie, że za życia nie pomógł sam sobie, natomiast po śmierci zmartwychwstał i pokazał ślady męki i ręce przebite gwoździami. Któż to widział? Jakaś szalona kobieta, jak mówicie, i może jeszcze ktoś z tej samej bandy oszustów, kto dzięki naturalnym skłonnościom ulegał złudzeniom, albo, jak to się często zdarza, miał chorą wyobraźnię, która przedstawiała mu jego własne pragnienia jako rzeczywiste fakty; albo, co jest najbardziej prawdopodobne, chciał tak wspaniałym cudem oszołomić innych i swym kłamstwem pobudzić do działania innych oszustów" [Przeciw Celsusowi — Orygenes; Akademia Teologii Katolickiej, Warszawa 1977, (II, 55)] . Wiara w zmartwychwstanie jest zła i nie powinna była tak zdominować wierzeń chrześcijan. Do dziś pozostaje ona głównym artykułem religii, który przyćmił sobą wszystkie inne, włącznie z tym o miłości. Jezus przyszedł aby nauczać moralności i na tym przecież polegało jego życie. Chrześcijanie nigdy tego nie podjęli. Albowiem łatwiej jest wierzyć w zjawy i duchy niż praktykować wzniosłe uczynki. Łatwiej jest zbudować religię opartą na nadziei i obietnicach, niż na wyrzeczeniach i moralności. I do dziś jeszcze legenda o zmartwychwstaniu, wyrosła z marzeń i złudzeń ludzi sprzed dwóch tysięcy lat, stanowi nieprzebrane wprost źródło natchnień i interpretacji dla jednych, a okazję do spędzenia kilku wspólnych chwil z rodziną i znajomymi, dla innych. Mariusz Agnosiewicz Redaktor naczelny Racjonalisty, założyciel PSR, prezes Fundacji Wolnej Myśli. Autor książek Kościół a faszyzm. Anatomia kolaboracji (2009), Heretyckie dziedzictwo Europy (2011). Koordynator ceremonii humanistycznych. Strona www autora Liczba tekstów na portalu: 580 Pokaż inne teksty autora Oryginał.. (link) (Ostatnia zmiana: 17-05-2002)

~605 lat tortur -

żelaznym obcasem i pięścią rzymscy papierze władali ziemią * INKWIZYCJA - POLSKIE NAPISY 60 Minut Berean Beacon link

~jad i slogany -

Czy zmartwychwstanie jest sprzeczne z nauką? Autor tekstu: Jerry Coyne Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska Tak by się zdawało, prawda? Ostatecznie w ciągu ostatnich kilku tysięcy lat była jedna, wątpliwa relacja o kimś, kto powrócił do życia po tym, jak przez kilka dni był martwy. Poza tym — zero. Aha, ale pomijasz niesłychaną kreatywność akomodacjonistów, szczególnie Matta Rossano, profesora psychologii na Southeastern Louisiana University (już go wcześniej spotkaliśmy). W PuffHo [Huffington Post] Rossano próbuje pokazać, że zmartwychwstanie i nauka istotnie są zgodne. Dzieła pojednania dokonuje dwoma twierdzeniami: 1.To było coś więcej niż tylko „martwa osoba powracająca do życia". Rossano otrzymuje tu trochę pomocy od papieża Ratzi’ego, który w nowej książce (jak urzędujący papież znajduje czas na pisanie książki?) interpretuje zmartwychwstanie Jezusa swoim owieczkom. Razi powiada: „Każdy, kto zbliża się do relacji Zmartwychwstania w przekonaniu, że wie, co powstanie z martwych znaczy, w sposób nieunikniony nie rozumie tych relacji i potem odrzuci je jako bezsensowne" (s.243). Rossano zgadza się: W rzeczywistości, jeśli Zmartwychwstanie Jezusa było „zaledwie" powrotem do życia w jakiś sposób, który moglibyśmy zrozumieć, to miałoby to niewielkie znaczenie... [Cytuje Ratziego]: „Jezus nie powrócił do normalnego ludzkiego życia na tym świecie, jak Łazarz i inni, których Jezus podniósł z martwych. Wkroczył w inne życie, nowe życie — wkroczył w olbrzymią szerokość samego Boga Ś" (s. 244). . . .Ponieważ jest to coś całkowicie nowego, nie może reprezentować naruszenia praw natury, jak je rozumie nauka... . . . Tak więc zgodnie z tym poglądem Zmartwychwstanie (jak wszystkie prawdziwe cuda) nie jest sprzeczne z nauką, ale jest wskaźnikiem, że nauka (jeszcze?) nie opisuje pełnego zakresu rzeczywistości. Zauważcie dokonaną tutaj sztuczkę. Pytanie zamieniło się z „czy to się rzeczywiście zdarzyło?" w "wiedząc, że to się zdarzyło, co to znaczyło?" Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale co w tym nie jest naruszeniem prawa natury? Martwy to martwy. Jeśli zaś rozszerzasz koncepcję biologii i fizyki tak, że zmartwychwstanie staje się „prawem natury" — tyle tylko, że jeszcze go nie zrozumieliśmy — to jakim sposobem przejawiło się ono tylko raz? Oczywiście, każdy cud można przeinterpretować na prawo natury, ale kiedy to zrobisz, to nie masz już dłużej cudu, o którym sądziłem, że jest zawieszeniem praw natury przez Boga. Rossano dochodzi do wniosku: Przyjmijmy na chwilę możliwość, że Zmartwychwstanie jest zgodne z interpretacją Benedykta: nie jest naruszeniem prawa natury ale wskazówką czegoś poza naszym naukowym rozumieniem wszechświata. Ma to interesujące implikacje dla zrozumienia jak wierzący i sceptycy podchodzą do sprawy. Jeśli Zmartwychwstanie nie narusza nauki, to nauka niekoniecznie stanowi przeszkodę w zaakceptowaniu realności Zmartwychwstania. 2. Istnieją właściwie całkiem dobre dowody na naukowo akceptowalne Zmartwychwstanie. Rossano zadaje dobre pytanie: „Co przekonuje wierzącego, że Zmartwychwstanie wzbudza tak wielki szacunek, kiedy inne pełne polotu możliwości, takie jak życie pozaziemskie lub podróże w czasie tego nie robią?" Rossano rozważa jedną odpowiedź: poświęcenie historyczne. „Nie ma informacji o ludziach poświęcających się do punktu męczeństwa innym wyobrażonym możliwościom, jak to robili dla Zmartwychwstania". Odrzuca to jednak, tak jak powinien, bo nie jest to żaden dowód. Wielu ludzi poświęciło się dla wątpliwych twierdzeń: scjentolodzy i mormoni są tylko dwoma niedawnymi przykładami. Poświęcenie nie mówi nic o rzeczywistości. Tak więc kluczowym pytaniem dotyczącym interpretacji Zmartwychwstania jest: Czy historia chrześcijaństwa po ukrzyżowaniu jest nadzwyczajna? Czy zmusza bezstronnego obserwatora do przyznania, że zdecydowanie unikatowe wydarzenie prawdopodobnie jest jego najlepszym wyjaśnieniem? Wyraźnie uważa, że odpowiedź brzmi „tak". Jaka jest jednak różnica między nadzwyczajną historią chrześcijaństwa po ukrzyżowaniu, która w końcu jest właśnie „poświęceniem historycznym" jego wyznawców, męczeństwem itd. A jeśli nie są one przekonujące dla sceptyka, to nie jest przekonujący także argument „historyczny". Historia islamu po Mahomecie także jest nadzwyczajna, jak również historia scjentologii po Xenu i historia mormonizmu po Josphie Smith. Wszystko to pokazuje, że łatwowierni ludzie potrafią poświęcić się dla niewiarygodnej idei. Jeśli chodzi o najlepsze wytłumaczenie tego „zdecydowanie unikatowego zdarzenia", zdaję się na Hume'a. W oparciu o ten ckliwy argument Rossano wzywa do wzajemnej kurtuazji między sceptykami a wierzącymi: Jest tutaj przesłanie, całkowicie zgodne z okresem Wielkanocy, kiedy w umysłach mamy przede wszystkim koncepcję czegoś radykalnie nowego. To wokół takich kwestii, jak poruszone powyżej sceptycy i wierzący powinni z szacunkiem angażować się wzajemnie, zamiast przerzucania się uproszczonymi i często pełnymi jadu sloganami, co staje się coraz częściej normą. Jak można zajmować się tego rodzaju śliskimi pseudo-dowodami „z szacunkiem"? Właściwą odpowiedzią jest powiedzenie: „martwy to martwy" i poproszenie o dowody. Tekst oryginału. Why evolution is true, 19 kwietnia 2011 Jerry Coyne Profesor na wydziale ekologii i ewolucji University of Chicago, niedawno wydawnictwo Viking wydało jego książkę pt: Why Evolution is True. (Polskie wydanie: "Ewolucja jest faktem", Prószyński i Ska, 2009r.) Liczba tekstów na portalu: 66 Pokaż inne teksty autora Oryginał.. (link) (Ostatnia zmiana: dzisiaj)

~w walce z ciemnotą -

Magia egzorcyzmów i demonologii Autor tekstu: Andrzej Koraszewski W Toruniu, przy ulicy Gagarina, pierwszego kosmonauty świata, zbiorą się w sobotę 27 lutego 2010 r. egzorcyści i demonolodzy. Zbiorą się pod egidą Wydziału Teologicznego Uniwersytetu imienia Mikołaja Kopernika. Przed wejściem powinien ich powitać Hagrid i tłum czarowników, bowiem nie ma szans na to, aby we władzach szacownego uniwersytetu znalazła się miotła, która mogłaby wymieść to towarzystwo z uniwersyteckich sal. Z kół naukowych nie słychać okrzyków wstydu i zażenowania. Wszyscy udają, że wszystko jest w najlepszym porządku. Studenci chichoczą na stronie, najwyraźniej nikt nie uważa, że sprawa jest poważna, a nawet dramatyczna. Uczeni egzorcyści i demonolodzy radzić będą nad strategią walki z szatanem kryjącym się w dziełach traktujących o Harrym Potterze. Jak wynika z zapowiedzi prasowych (dostępnych również w szatańskim internecie), ujawniona zostanie cała prawda o magii. Ostatnie spotkanie egzorcystów, o którym czytałem, miało miejsce na jakieś Łysej czy też Jasnej Górze i było to śmieszne, a nawet bulwersujące, ale jakoś tam na swoim miejscu. Stopniowy podbój uniwersytetów przez walczących z szatanem egzorcystów i demonologów oznacza nową jakość zarówno w polskiej nauce, jak i w polskiej polityce. Czy możemy oczekiwać protestów skierowanych do Rektora i senatu UMK, do premiera Tuska i minister Kudryckiej? Przesadzam, czy też You know who zakradł się na teren znakomitej uczelni? Kto ma protestować? Gdzie są polscy uczeni, którym leży na sercu przyszłość polskiej nauki? Gdzie są intelektualiści? Czy skończy się na informacyjnej notce w lokalnym wydaniu „Gazety Wyborczej"? Czy ci ludzie nie widzą co się dzieje? Gdzie są studenci, zawsze tak skorzy do wyrażania swoich protestów? Gdzie jest lewica? Do stu tysięcy czarownic na miotłach, czy wśród rektorów naszych państwowych uczelni nie ma ani jednego Dumbledore’a? Czy powstrzymuje ich tylko strach, czy rzeczywiście członkowie Senatu UMK sądzą, że wszystko jest w porządku, że sympozjum egzorcystów i demonologów pod egidą uniwersytetu jest w XXI wieku czymś naturalnym i oczywistym? No cóż, nie kto inny jak „lewica laicka" przyłożyła rękę do wpuszczenia wydziałów teologicznych na państwowe uniwersytety, sądzili zapewne, że to gest na rzecz rozwoju polskiej nauki. Sympozjum egzorcystów i demonologów jest oczywistą konsekwencją procesów, który obserwowaliśmy od lat, milczenia kiedy zapraszano biskupów do święcenia nie tylko fabryk podpasek i wozów policyjnych, ale i naukowych laboratoriów. Chciało by się zapytać, gdzie są ci bardziej światli biskupi i teolodzy? Co na to sympozjum mówi biskup Życiński czy ksiądz profesor Jan Andrzej Kłoczowski? Czy oni też sądzą, że wszystko jest w porządku? Niektórzy świeccy intelektualiści przed laty wskazywali na tego typu kapłanów jako na gwarantów, że ten Kościół będzie cywilizowany, że to nie będzie sojusz z średniowieczem. Diabła tam, ci cywilizowani kapłani, jeśli nawet mają coś przeciwko, to są równie lękliwi jak uczeni, którzy nieco kręcą się na tyłkach niespokojnie ale udają, że nic się nie dzieje. Dzisiejszy toruński „Głos uczelni" opublikował wywiad z rektorem UMK, profesorem Andrzejem Radzimińskim. Pierwsze pytanie brzmiało: "Czy UMK to dobry uniwersytet polski, czy może już europejski?" Pan rektor był zadowolony z siebie i ze swojego uniwersytetu, czy wiedział już o planowanym sympozjum demonologów, czy wiedział o nim przeprowadzający wywiad Winicjusz Schulz? A gdyby wiedział, czy odważyłby się zadać tak drażliwe pytanie? Winicjusz Schulz o sympozjum demonologów i egzorcystów nie pytał. A gdyby zapytał, czy możemy sobie wyobrazić co pan rektor by odpowiedział? Prof. Andrzej Radzimiński ma 52 lata, jest historykiem, specjalistą w dziedzinie badań nad dziejami struktur kościelnych i duchowieństwem w Polsce, Niemczech oraz państwie zakonu krzyżackiego w Prusach. Mógłby sypnąć informacjami o historii spotkań egzorcystów i demonologów w Toruniu, popisać się znajomością przedmiotu, nawiązać do sympozjów wileńskich, boć przecie UMK to kontynuacja Uniwersytetu Wileńskiego, a tam nie tylko szkiełko i oko uczonego, ale i dziadów tradycja. Może przesadzam, może to błaha sprawa, którą nie warto się zajmować, może wzywanie do protestów wynika z jakiegoś przewrażliwienia i braku tolerancji, braku otwarcia na egzorcystę i demonologa oraz nazbyt ciepłego spojrzenia na Harrego Pottera? Dopiero co czytałem ogromny elaborat o gigantycznym centrum oświatowym w Katarze. Tamtejszy uniwersytet ma umowy o współpracę z czołowymi uniwersytetami w Ameryce i w Europie, ma również potężny wydział Studiów Islamistycznych kierowany przez „uczonego" który ma zakaz wjazdu do USA i do Wielkiej Brytanii z powodu swojej sławy w walce z szatanem. W zderzeniu cywilizacji opartej na wiedzy z cywilizacją opartą na micie widzimy jak cywilizacja oparta na wiedzy krok po kroku oddaje pole uczonym egzorcystom, jak demonolodzy przejmują instytucje nauki, jak nowa kontrreformacja bierze górę nie tylko w Presji, czy Katarze, ale i w samej kolebce renesansowych tradycji. Toruń, miasto Mikołaja Kopernika, tego, którego inkwizycja nie zdołała spalić, bo upomniano się o niego w 17 lat po jego śmierci, tego, który należy do herosów nowożytnej nauki, w tym mieście, na uniwersytecie jego imienia urządza się imprezę spod znaku najmroczniejszych tradycji — i nikt nie zaprotestuje, nikt nie podniesie głosu? Obawiam się, że pora umierać. Co, że wy macie dwadzieścia lat, a ja siedemdziesiąt to łatwo mi mówić? Więc zróbcie coś do wszystkich diabłów! Andrzej Koraszewski Były dziennikarz BBC (także wiceszef polskiej sekcji) i współpracownik paryskiej "Kultury". Z Racjonalistą współpracuje od września 2004 r. Zastępca redaktora naczelnego Racjonalisty. Strona www autora Numer GG: 2098433 Liczba tekstów na portalu: 468 Pokaż inne teksty autora Liczba tłumaczeń: 48 Pokaż tłumaczenia autora Oryginał.. (link) (Ostatnia zmiana: 28-02-2010)

~brednie klechów -

Dziesięcioro przykazań Autor tekstu: Christopher Hitchens Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska Dziesięcioro przykazań wyryto w kamieniu, ale może nadeszła pora aby wyryć je na nowo. Z całą pokorą autor niniejszego podejmuje się tego zadania, przycinając te, które są etycznie wątpliwe, kwestionując niemożliwe i uzupełniając pewne poważne przeoczenia. Tabula rasa: Nie będziesz przestrzegać przestarzałych przykazów. Ilustracja Edwarda Sorela. Co robimy, kiedy chcemy zrewidować długotrwałą politykę lub system, który już nam nie służy lub przestał dawać pożyteczne rezultaty? Zaczynamy od ostrożnego stwierdzenia: „No cóż, to nie jest wyryte w kamieniu". Ludzie rozumieją przez to, że dana sprawa nie została zapisana na niezmiennych kamiennych tablicach. Tak więc późniejsze fetysze, takie jak parytet złota lub rzekomo święte prawa wolnego rynku mogą zostać odrzucone, gdyż nie są wyryte w granicie ani marmurze. Co jednak można zrobić, kiedy oryginalna wersja wyryta w kamieniu stanowczo wymaga przeróbki? Kto chwyci za dłuto rewizjonisty? Istnieje jednak biblijny precedens, ponieważ przekazanie Bożego prawa przez Mojżesza pojawia się w Piśmie Świętym w trzech lub czterech zupełnie różnych wersjach. (Kiedy słyszysz ludzi, żądających ekspozycji Dziesięciorga Przykazań w sądach i klasach szkolnych, zawsze pytaj, o który zestaw im chodzi. Działa za każdym razem.) Pierwszy i najsłynniejszy zestaw pojawia się w Księdze Wyjścia w rozdziale 20, ale kończy się tym, że sam Mojżesz rozwala rzekomo najświętszy, znany człowiekowi artefakt: oryginalne, podyktowane przez Boga tablice Świętych Nakazów. Drugie wydanie przyszło w Księdze Wyjścia, rozdział 34, gdzie po niebiańskiej sesji przeróbek przedstawiono nowe i zupełnie inne tablice, które po raz pierwszy nazwano „dziesięciorgiem przykazań". W piątym rozdziale Księgi Prawa Powtórzonego Mojżesz raz jeszcze gromadzi swoją publiczność i recytuje oryginalne przemówienie na Synaju, z jedną, bardzo istotną poprawką (uzasadnienie przykazania szabatu w obu wersjach bardzo się różni). Wyraźnie jednak niezadowolony z efektu, zbiera swoją owczarnię raz jeszcze, w rozdziale 22, kiedy na horyzoncie pojawia się rzeka Jordan, i daje dodatkowy zestaw rozkazów — głównie lapidarne klątwy, które także miały być wyryte w kamieniu. Podobnie jak ze złotymi płytami, na których Joseph Smith znalazł Księgę Mormonów w stanie Nowy Jork, nie przetrwał żaden ślad tych oryginalnych, choć sprzecznych, tablic. Jesteśmy więc w pełni uprawnieni do traktowania ich jako pracy w toku. Czy nie może być tam jakichś starych przykazań, które da się wysłać na emeryturę, a także przyjąć jakieś nowe? Weźmy najsłynniejsze Top 10 po kolei (w wersji Biblii Tysiąclecia): I i II Te przykazania są w rzeczywistości mieszanką pokrewnych zakazów. Ja jestem Pan, Twój BógŚ Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie. Użycie dużych i małych liter intrygująco sugeruje, że być może istnieją inni bogowie, ale nie zasługują w równym stopniu na cześć i nabożną grozę. (Uczeni mają różne zdania co do epoki, w której naród żydowski zdecydował się na monoteizm.) Następnie pojawia się zakaz „rzeźbienia" lub też malowania „obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią". Wydaje się to być zakazem sztuki figuratywnej, tak jak pewni muzułmanie interpretują Koran jako zakazujący wszelkiego przedstawiania jakiejkolwiek postaci ludzkiej, nie mówiąc nawet o postaci świętej. (Z pewnością wydaje się to zniechęcaniem do chrześcijańskiej ikonografii, z krucyfiksami, statuetkami dziewicy i świętych.) Ale jest to zakaz bardzo stanowczy, bo po nim przychodzi przypomnienie, że Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia. Kolektywne karanie przyszłych dzieci za grzech lèse-majesté nie każdemu wydaje się szczególnie moralną obietnicą. III Nie będziesz wzywał imienia Pana, Boga twego do czczych rzeczy, gdyż Pan nie pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych rzeczy. Słychać tutaj nieco płaczliwy i powtarzający się ton, jak gdyby zranionej próżności. Nikt nie wie jak przestrzegać tego przykazania lub unikać bluźnierstwa albo bezbożności. Mówię na przykład „Bóg tylko wie", kiedy naprawdę szczerze mam zamiar powiedzieć „nikt nie wie". Czy jest to ontologicznie niebezpieczne? Czy niezmienne prawa nie powinny być wyraźne i jednoznaczne? IV Pamiętaj o dniu szabatu, aby go uświęcić. To pozornie krótkie przykazanie ciągnie się długo — przez cztery wersety — i podkreśla znaczenie dnia poświęconego panu, podczas którego nie wolno pozwolić ani dzieciom, ani służącym i zwierzętom na wykonywanie jakiejkolwiek pracy. (Pytanie: dlaczego jest to zaadresowane specjalnie do ludzi, którzy mają zatrudniony personel?) Nikt nie sprzeciwia się temu, aby był dzień odpoczynku. Międzynarodowy ruch komunistyczny rozpoczął się od ogłoszenia strajku o ośmiogodzinny dzień pracy 1 maja 1886 r. przeciwko chrześcijańskim pracodawcom, którzy używali dziecięcej siły roboczej przez siedem dni w tygodniu. Ale w Księdze Wyjścia 20:8-11 jako powód tego dnia wolnego podaje się, że w „sześciu dniach bowiem uczynił Pan niebo, ziemię, morze oraz wszystko, co jest w nim, w siódmym zaś dniu odpoczął". Niemniej w Księdze Prawa Powtórzonego 5:15 podaje się inny powód dochowywania szabatu: „Pamiętaj, że byłeś niewolnikiem w ziemi egipskiej i wyprowadził cię stamtąd Pan, Bóg twój, ręką mocną i wyciągniętym ramieniem; przeto ci nakazał Pan, Bóg twój, strzec dnia szabatu". To przypomnienie wcześniejszej niewoli może i jest lepsze, ale także tutaj sygnały są pomieszane. Dlaczego nie można polecać odpoczynku dla niego samego? A także, dlaczego nieomylny, wszechwiedzący i wszechmocny nie może się zdecydować, jaki jest prawdziwy powód? V Czcij ojca twego i matkę twoją. Choć może się to wydawać niewinne, jest to jedyne przykazanie, które podaje zachętę zamiast groźby. Zarówno Księga Wyjścia, jak Księga Powtórzonego Prawa namawiają do tego z tego samego powodu: „abyś długo żył na ziemi, którą Pan, Bóg twój, da tobie". Jest tu może delikatna sugestia, by szanować Ojca i Matkę w celu otrzymania spadku — Izraelici już otrzymali obietnicę terytorium Kannanejczyków, okupowane wówczas przez innych ludzi, więc na spadku można się nieźle obłowić. Ale dlaczego nie zaproponować synowskiego oddania jako rzeczy dobrej samej w sobie? VI Nie będziesz zabijał. To wielce wysławiane przykazanie w sposób oczywisty nie może znaczyć tego, co wydaje się znaczyć w języku angielskim (i polskim, MK). W hebrajskim oryginale wydaje się być odpowiednikiem „Nie będziesz mordował". Możemy być dość pewni, że „oryginalny zamiar" w żaden sposób nie jest pacyfistyczny, ponieważ bezpośrednio po tym, jak Mojżesz w napadzie wściekłości tłucze tablice, wzywa on swoją frakcję Lewitów i mówi (Księga Wyjścia 32:27-28): I rzekł do nich: Tak mówi Pan, Bóg Izraela: „Każdy z was niech przypasze miecz do boku. Przejdźcie tam i z powrotem od jednej bramy w obozie do drugiej i zabijajcie: kto swego brata, kto swego przyjaciela, kto swego krewnego". Synowie Lewiego uczynili według rozkazu Mojżesza, i zabito w tym dniu około trzech tysięcy mężów. Ten rozkaz, ze swoim wstępem na dziewięć słów, w sposób oczywisty także jest pewnego rodzaju przykazaniem. Cała Księga Wyjścia jest środowiskiem bogatym w przykazania, nafaszerowana innymi rozkazami zabijania ludzi za niezliczone pomniejsze przewinienia (włącznie z pogwałceniem szabatu) i zawiera także złowieszczy wers: „Nie pozwolisz żyć czarownicy", który chrześcijanie uważali za boską instrukcję do całkiem niedawnych czasów w historii ludzkości. Niewątpliwie potrzebna tu jest praca myślowa: co jest zabijaniem pierwszego lub trzeciego stopnia, a co nie jest? Rozróżnienie zabójstwa od morderstwa nie jest łatwym zadaniem, które pozostawiono nam, śmiertelnym: co mamy zrobić, jeśli sam Bóg nie potrafi tego rozróżnić? VII Nie będziesz cudzołożył. Z jakiegoś powodu „siódme" jest jedynym przykazaniem nadal szeroko znanym, włącznie z jego numerem. Pozamałżeńska wiedza cielesna była prawdopodobnie większym zagrożeniem dla społeczeństwa, kiedy rodziny i plemiona były bardziej zżyte i bardziej związane surowymi normami honoru. Cudzołóstwo, dostarczywszy surowca dla większości sztuk teatralnych i powieści kiedykolwiek publikowanych w językach spoza Bliskiego Wschodu, nie przestaje być wielkim źródłem nieszczęścia, radości i zafascynowania. Większość kodeksów kryminalnych dawno już zrezygnowała z traktowania go jako przestępstwa karanego prawem; nagrody i kary za ten występek starannie wymierzają jego sprawcy i ofiary. Być może nie zasługuje on na klasyfikacje tuż obok morderstwa, kradzieży lub krzywoprzysięstwa, co doprowadza nas do: VIII Nie będziesz kradł. Nie ma tu czego kwestionować. Ci, którzy ciężko pracowali, żeby zdobyć trochę własności, mają prawo żywić urazę do tych, którzy wolą ukraść niż pracować, a kiedy społeczeństwo rozwija się do punktu, kiedy istnieje bogactwo nie należące do nikogo — własność publiczna lub społeczna — ci, którzy grabią ją dla własnej korzyści, słusznie traktowani są z nienawiścią i pogardą. Co prawda dobrobyt niektórych rodzin i państw także zbudowany jest na początkowym złodziejstwie, ale w takim wypadku można zastosować tę samą zasadę dezaprobaty. IX Nie będziesz mówił przeciw bliźniemu twemu kłamstwa jako świadectwa. Możliwe, że jest to najbardziej finezyjne orzeczenie w całym Dekalogu. Społeczeństwo ludzkie jest niewyobrażalne bez tego, by słowa do pewnego stopnia były gwarancją i w sporach prawnych słusznie żądamy przysięgi, która obwarowana jest surowymi karami za krzywoprzysięstwo. Do niedawna wiele zeznań przed Kongresem składano bez zaprzysięgania świadków; pozwalało to na wiele oficjalnych kłamstw. Nic tak nie skupia uwagi niż przypomnienie, że mówi się pod przysięgą. Słowo „świadek" wyraża jedno z naszych najszlachetniejszych pojęć. „Świadczenie" pociąga za sobą wysoką odpowiedzialność moralną. Zauważmy także, jak stosunkowo elastyczne jest to przykazanie. Jego clou to słowo „przeciw". Jeśli jesteś całkowicie przekonany o czyjejś niewinności i nieco tylko zakrywasz prawdę stojąc w miejscu dla świadków, technicznie jesteś niewątpliwie winien krzywoprzysięstwa i osobiście możesz mieć wyrzuty sumienia. Ale jeśli świadomie kłamiesz, żeby oskarżyć kogoś, kto nie jest winny, zrobiłeś coś nikczemnego. X Nie będziesz pożądał domu bliźniego twego. Nie będziesz pożądał żony bliźniego twego, ani jego niewolnika, ani jego niewolnicy, ani jego wołu, ani jego osła, ani żadnej rzeczy, która należy do bliźniego twego. Jest kilka szczegółów, które powodują, że to przykazanie budzi chyba najwięcej wątpliwości. Pomijając wiele dowcipów o tym, czy jest w porządku pożądanie żony bliźniego twego nadaremno, musisz także tutaj zauważyć, jak przy przykazaniu o szabacie, że jest ono adresowane do klasy posiadającej sługi i własność. Co więcej, zestawia ono żonę z resztą dobytku (a w owej epoce, mogło na dodatek brzmieć „żon bliźniego twego"). Zauważ także, że żaden konkretny akt nie zostaje tu uznany za albo obowiązkowy (szabat), albo zabroniony (krzywoprzysięstwo). Zamiast tego jest to pierwsze, ale nie ostatnie wprowadzenie w Biblii pojęcia "myślo-zbrodni". W zasadzie mówi ci się: nawet o tym nie myśl. (Jezus z Nazaretu w Nowym Testamencie idzie o krok dalej, oznajmiając że pożądając w sercu już popełniłeś grzech cudzołóstwa. Równie dobrze mógłbyś pójść na całego, bo i tak zostaniesz powieszony lub ukamieniowany. Mądrzy ustawodawcy wiedzą, że błędem jest ogłaszanie praw, których żadną miarą nie da się przestrzegać. Są tu dalsze zastrzeżenia. Z „lewicowego" punktu widzenia, czy rzeczywiście moralne jest zakazywanie uważanie zysków bogaczy za nieuczciwie zdobyte lub żądania sprawiedliwszego podziału bogactwa? Z „prawicowego" punktu widzenia, dlaczego ambicja i pragnienie dóbr jest niegodziwe? I czy zawiść nie jest wielkim bodźcem do naśladowania i współzawodnictwa? Uczestniczyłem kiedyś w debacie na te tematy z rabinem Haraldem Kushnerem, autorem pocieszającej książki Kiedy złe rzeczy zdarzają się dobrym ludziom [ 1 ] i powiedział mi, że istnieje uczony argument talmudyczny, midrasz, utrzymujący, iż bliźni w tym kontekście znaczy bezpośredni sąsiad z pobliskiego domu. Zresztą istnieją przekonujące argumenty, że „bliźni" w większość Biblii znaczy tylko „inny Żyd". Wydaje się jednak marnowaniem przykazu, jeśli ma on być ograniczony tylko do Kowalskich albo do Semitów. Z tego przeglądu wyłania się, co następuje: Dziesięcioro Przykazań wywodzi się z etyki sytuacyjnej. Mają wszystkie objawy autorstwa człowieka i improwizacji pod naciskiem. Są adresowane do nomadycznego plemienia, którego główna gospodarka opierała się na prymitywnym rolnictwie i którego bogactwo jest czasami liczone w ludziach, jak również w zwierzętach. Są również adresowane do grupy, której obiecano ziemię i stada innych ludzi: Amalekitów i Midianitów i innych, których Bóg nakazał zabijać, gwałcić, brać w niewolę i wyniszczyć. I to także jest ważne, ponieważ na każdym kroku swojej mozolnej podróży przypomina się Izraelitom, by przestrzegali praw nie dlatego, że są one słuszne, ale tylko dlatego, że doprowadzą ich do podboju (ziemi, która — tak się składa — jest jedyną częścią Bliskiego Wschodu, na której nie ma żadnej ropy naftowej). Jak to przycinać i jak to poprawiać? Numery jeden do trzech można po prostu wyrzucić, ponieważ nie mają nic wspólnego z moralnością i nie są niczym innym jak długim przeczyszczaniem gardła drażliwego dyktatora. Sam strach przed niewidzialną władzą nie jest zdrową podstawą etyki. Związany z tym zakaz rzeźby i sztuki figuratywnej także powinien zostać zniesiony. Numer cztery mógłby zostać, chociaż okresy odpoczynku nie są właściwie imperatywem etycznym i są podyktowane w równym stopniu względami praktycznymi co nakazem niebieskim. Numer czwarty, z usuniętymi zbędnymi wersami pierwszym, trzecim i czwartym (w żaden sposób nie mogą one odnosić się do nie-Żydów) sugeruje przynajmniej, że istnieją prawa obok obowiązków. Dla milionów ludzi przez tysiące lat szabat był nudnym brzemieniem obowiązków i ścisłego trzymania się przepisów zamiast dniem swobody i rekreacji. Doprowadziło to także do absurdalnej hipokryzji, która wydaje się traktować Boga jak głupka: On nie zauważy, jeśli zrobimy nasze windy tak, by zatrzymywały się na każdym piętrze, żeby pobożny Żyd nie musiał naciskać guzika. To jest szkodliwe i naciągane. Jeśli chodzi o numer piąty, jak najbardziej, szanujmy starszych, ale dlaczego brak tam zakazu maltretowania dzieci? (Nieposłuszeństwo ze strony dzieci karane jest śmiercią według Księgi Kapłańskiej 20:9, tylko kilka wersów powyżej nakazu kary śmierci dla homoseksualistów.) Okrutne albo niegrzeczne dzieci to koszmar, ale okrutny lub brutalny rodzic może dokonać nieskończenie więcej szkód. Niemniej w długiej i wyczerpującej liście zakazów rodzicielski sadyzm lub zaniedbywanie ani razu nie jest potępione. Notatka adresowana na Synaj: proszę uzupełnić ten brak. Numer sześć: zauważmy, że systemy stworzone przez zwykłych ludzi poradziły sobie lepiej ze zróżnicowaniem skali moralnej zabicia człowieka. Notatka na ten sam adres: Jesteś moralnym Absolutem, prawda? Jeśli tak, to co z biednymi, zmasakrowanymi Midianitami? Numer siedem: No dobrze, jeśli musisz, ale czy poligamia jest cudzołóstwem? A także, czy natura ludzka nie mogła być stworzona w nieco większej zgodności z trwałą monogamią? Po co stwarzać ludzi z pożądaniem w sercach? A zresztą, co z gwałtem? Wydaje się bardzo usilnie rekomendowany wraz z ludobójstwem, niewolnictwem i dzieciobójstwem w Księdze Liczb 31:1-18, a z pewnością stanowi raczej skrajną wersję seksu pozamałżeńskiego. Numery osiem i dziewięć: godne podziwu. Krótkie i na temat z użytecznym niuansem w kluczowym słowie „przeciw". Numer 10: krzywdzi kobiety czyniąc je własnością, a także wymaga nieustannego niebiańskiego podsłuchu prywatnych myśli. Przykazanie złowrogie i despotyczne, ponieważ nie można go przestrzegać, co czyni grzeszników z bardzo nawet dobrych ludzi. Próbuję jak umiem nie patrzeć na sprawy poprzez soczewkę późniejszej wiedzy. Tylko Wszechmocny może przeglądać wszystko sub specie aeternitatis: z punktu widzenia wieczności. Należy także unikać kulturowego i historycznego relatywizmu: nie ma sensu retroaktywnie nakazywać Dzieciom Izraela, by rozwinęły teorię chorobotwórczych zarazków (w celu uniknięcia błędnego uznawania zaraz za karę boską) lub rozumiały astronomię (żeby nie robić głupich przepowiedni i przechwałek na podstawie planet i gwiazd). Niemniej, jeśli myślimy o złu, które dzisiaj nęka ludzkość i które jest dziełem człowieka, nie zaś natury, bylibyśmy moralnie głusi i ślepi, gdybyśmy nie mieli silnych uczuć w sprawie ludobójstwa, niewolnictwa, gwałtu, maltretowania dzieci, represji seksualnej, przestępstw białych kołnierzyków, bezmyślnego niszczenia świata naturalnego oraz ludzi, którzy bardzo głośno paplają przez komórkę w restauracjach. (A jeszcze problem ludzi, którzy równocześnie popełniają samobójstwo i morderstwo, wrzeszcząc „Bóg jest wielki": czy wzywają oni imienia Bożego nadaremno, czy nie?) Trudno traktować siebie z wystarczającą powagą, by zaczynać zdanie biblijnymi słowami „Nie będziesz". Każdy jednak może zmobilizować wystarczającą pewność siebie, żeby powiedzieć: Nie potępiaj ludzi na podstawie ich przynależności etnicznej lub koloru skóry. Nigdy nie używaj ludzi jako prywatnej własności. Gardź tymi, którzy używają przemocy lub groźby przemocy w stosunkach seksualnych. Ukryj twarz i szlochaj, jeśli ośmielisz się skrzywdzić dziecko. Nie potępiaj ludzi za ich wrodzoną naturę — dlaczego Bóg miałby stworzyć tak wielu homoseksualistów, tylko po to, by ich torturować i niszczyć? Bądź świadomy, że także jesteś zwierzęciem i zależysz od natury, więc myśl i działaj zgodnie z tym. Nie wyobrażaj sobie, że możesz uniknąć osądu, jeśli rabujesz ludzi tylko za pomocą fałszywych broszur zamiast grożąc nożem. Wyłącz tę cholerną komórkę — nie masz pojęcia jak nieważna dla nas jest twoja rozmowa. Oskarż wszystkich dżihadystów i krzyżowców, że są tym kim są: psychopatycznymi zbrodniarzami o paskudnych urojeniach. Bądź gotów wyrzec się każdego boga i każdej religii, jeśli jej święte przykazania zaprzeczają któremukolwiek z powyższych. Krótko mówiąc: nie połykaj swojego kodeksu moralnego ani w formie tabliczek, ani tabletek. Tekst oryginału. Przypisy: [ 1 ] Verbinum, Warszawa 1993, przekład Małgorzata Koraszewska. Christopher Hitchens Brytyjski pisarz i dziennikarz mieszkający obecnie w Stanach Zjednoczonych. Autor słynnej książki "Bóg nie jest wielki". Należy do czołówki tzw. "nowych ateistów". Liczba tekstów na portalu: 4 Pokaż inne teksty autora Oryginał.. (link) (Ostatnia zmiana: 29-05-2010)

~brednie klechów -

Drodzy koledzy niewierzący Autor tekstu: Christopher Hitchens Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska Christopher Hitchens miał wystapić na konwencji Amerykańskich Ateistów, ale musiał odwołać wystąpienie z powodu choroby. Zamiast tego wysłał ten list: Drodzy koledzy niewierzący, Nic nie powstrzymałoby mnie przed dołączeniem do was poza utratą głosu (przynajmniej głosu, którym mówię), co z kolei spowodowane jest długą sprzeczką, jaką prowadzę obecnie z widmem śmierci. Nikomu jeszcze nie udało się wygrać tej sprzeczki, chociaż istnieją solidne argumenty, które można przedstawić, jak długo trwa dyskusja. Stwierdziłem, że w miarę jak wróg staje się bardziej znajomy, wszystkie szczególne błagania o zbawienie, odkupienie i nadnaturalne wybawienie wydają mi się jeszcze bardziej puste i sztuczne niż przedtem. Mam nadzieję uczestniczyć w obronie i przekazywaniu tej lekcji jeszcze przez wiele lat, ale obecnie stwierdzam, że lepiej jest zaufać dwóm rzeczom: wiedzy i zasadom nowoczesnej nauki medycznej oraz przyjaźni niezliczonych przyjaciół i rodziny, z których wszyscy są odporni na fałszywą pociechę religii. To te siły, między innymi, przyspieszą nadejście dnia, kiedy ludzkość uwolni się od ukutych przez umysł kajdan służalczości i zabobonu. To nasza wrodzona solidarność, nie zaś jakiś despotyzm z niebios, jest źródłem naszej moralności i naszego poczucia przyzwoitości. To podstawowe poczucie przyzwoitości oburza się codziennie. Nasz teokratyczny wróg jest wyraźnie widoczny. W zmiennej postaci rozciąga się od jawnego zagrożenia uzbrojonych w broń nuklearną mułłów do podstępnych kampanii wprowadzenia ogłupiającej pseudonauki do amerykańskich szkół. W ciągu ostatnich kilku lat pojawiły się jednak dodające otuchy oznaki prawdziwego i spontanicznego oporu dla tego złowrogiego nonsensu: oporu, który odrzuca prawo oprychów i tyranów do absurdalnego twierdzenia, że mają boga po swojej stronie. To, że byłem małą częścią tego oporu jest największym honorem mojego życia: wzorem i pierwowzorem wszelkiej dyktatury jest poddanie rozumu absolutyzmowi i porzucenie krytycznych, obiektywnych dociekań. Pospolitą nazwą na to śmiertelne urojenie jest religia i musimy nauczyć się nowych sposobów zwalczania jej w sferze publicznej, tak jak nauczyliśmy się uwalniać się od niej prywatnie. Naszą bronią jest umysł ironiczny przeciwko dosłownemu; umysł otwarty przeciwko łatwowiernemu; odważne poszukiwanie prawdy przeciwko zastrachanym i służalczym siłom, które ustanowiłyby ograniczenia dla badań (i które głupio twierdzą, że już mamy wszelką potrzebną nam prawdę). Być może ponad wszystko zatwierdzamy życie przeciwko kultom śmierci i ludzkich ofiar, i obawiamy się nie nieuniknionej śmierci, ale raczej takiego życia ludzkiego, które jest ścieśnione i wypaczone przez żałosną potrzebę oferowania bezmyślnych pochlebstw lub mroczną wiarę, że prawa natury reagują na zawodzenia i zaklęcia. Jako dziedzice świeckiej rewolucji ateiści amerykańscy mają specjalną odpowiedzialność obrony i utrzymywania w mocy Konstytucji, która pilnuje granicy między Kościołem a Państwem. To także jest honor i przywilej. Uwierzcie mi, kiedy mówię, że jestem z wami, choć nie cieleśnie (a duchem tylko metaforycznie ...) Budujcie rozdzielający mur Jeffersona. I pozostańcie niewierni. Z poważaniem Christopher Hitchens Źródło: Pharyngula,22 kwietnia 2011 Christopher Hitchens Brytyjski pisarz i dziennikarz mieszkający obecnie w Stanach Zjednoczonych. Autor słynnej książki "Bóg nie jest wielki". Należy do czołówki tzw. "nowych ateistów". Liczba tekstów na portalu: 4 Pokaż inne teksty autora Oryginał.. (link) (Ostatnia zmiana: dzisiaj)